Ogłoszenie
Studio Nagrań zostało przebudowane i uruchomione w oparciu o najnowsze dostępne skrypty phpBB. W procesie konwersji z dotychczasowej wersji ("by Przemo") mogły wystąpić drobne błędy. W przypadku dostrzeżenia jakichkolwiek nieprawidłowości proszę informować Administrację.

Recenzje spawngamer'apolscy wykonawcy-mój top 30

Świetne recenzje płyt, których lubi słuchać spawngamer.

Moderatorzy: fantomasz, spawngamer

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #45813 autor: spawngamer » 16 lut 2007, 8:43

Ostatni post z poprzedniej strony:

14.KONRAD KUCZ-BEZKRESNE ŁĄKI (2002)
Kucz ma swym koncie wiele projektów dzięki którym można nadać mu miano artysty niepokornego wciąż poszukującego zarówno w obrębie gatunków stricte związanych z el muzyką jak i wychodzących poza nie. Łączenie el brzmień z folklorem, a zarazem piękny, naznaczony stygmatem indywidualności NBS. Stworzenie pojęcia sacro ambientu czyli fuzji pieśni kościelnych z ambientem obok ciekawych, troszkę robionych z przymrużeniem oka parafraz retro el ( choćby Autostrada nawiązująca do Autobahn Kraftwerk ). Najlepiej ową różnorodność oddaje podwójny album „Nagrania Bardzo Archiwalne”. Z poza el muzycznych działań jak Konrad wspomina: „Schlafrock to była taka audycja w Rozgłośni Harcerskiej. to była druga połowa lat 90-tych. Pracowałem tam razem z moim kumplem ze studiów Wojtkiem Applem. To był audycja satyryczna. Nadawaliśmy wszystko co kojarzyło się nam z szeroko pojętym kiczem. W domu zbierałem płyty winylowe z Polski i demoludów. Oj! Były śmieszne rzeczy. Czasem brałem mikrofon i szedłem na miasto robiąc wywiady z ludźmi na absurdalne tematy. To bardzo wesoły okres. Z czasem sami nagrywaliśmy piosenki montowane z samych sampli ze wspomnianych winyli. Pierwsi robiliśmy w Polsce montaże sampli z polskich seriali i bitów. Nie mogliśmy tego opublikować (choć była firma która chciała wydać płytę PAŁAC KULTURY) bo problemy były z prawami do sampli. Wielka szkoda bo nagrania były bardzo jajcarskie! Tam też poznaliśmy Kasię Nowicką "Novikę". Ona nam zaproponowała skomponowanie piosenki. Powstała wówczas "Where is the love". Umieszczona na składankowym insercie do MACHINY dostrzeżona została przez firmę BMG. No i było FUTRO!” Tym którzy tego trio nie mieli szansy posłuchać naprawdę polecam miłe dla ucha dźwięki z ich jedynego krążka.
Ale mimo wielokrotnych wolt od dark industrialu pierwszych kawałków po Futro jest jedna stała w jego twórczości : ”Ambienty idą od samego początku mojej przygody z instrumentami.”
Dzieło życia Konrada to cykl „Vita Contemplativa”, na którym dokonuje syntezy tematyki religijnej z ambientem. „To była konsekwencja mojego zainteresowania rodzimym folklorem, który jest przecież przesiąknięty religijnością. Podjąłem tę próbę również z innego powodu – od dawna denerwował mnie zły gust naszej muzyki kościelnej. Dlatego postanowiłem stworzyć nowy gatunek – sacro-ambient. Ale, niestety, początkowo spotkałem się z dużymi oporami wśród przedstawicieli Kościoła – obawiano się, że moja muzyka to new age, który, być może zresztą ze słusznych powodów, cieszy się złą opinią wśród chrześcijan. Ale udało mi się wyjaśnić pewne zawiłości terminologiczne i wykonałem dwukrotnie kompozycje z cyklu „Vita Contemplativa” w warszawskim kościele. Dzięki pomocy księdza, z którym przygotowywałem te spotkania, nabrały one charakteru prawdziwego misterium: paliło się mnóstwo świec, płonęły wonne kadzidła, recytowano fragmenty Biblii. Nadal pracuję nad tym projektem, chcąc go uzupełnić o komputerowe wizualizacje.” Za najważniejszego mentora Kucz uznaje Brian Eno szczególnie album „Discreet Music”. „Bardzo spodobała mi się filozofia, jaka go zrodziła – pragnienie tworzenia minimalistycznej muzyki tła, która wymagałaby od odbiorcy zupełnie nowego nastawienia do materii dźwiękowej. Eno wyzwolił moją wyobraźnię, która poszybowała w kierunku metafizyki. Dlatego najbardziej inspirują mnie niezwykłe wizje świętych i mistyków, wyobrażenia raju i życia po śmierci. Mój ambient to muzyka typowo kontemplacyjna.” Stąd nastawienie Konrada na minimal ambient , który ewoluował przez różne etapy inspiracji od muzyki gregoriańskiej po polski transowy folk w minimal ethno ambient realizowany metodą modyfikowanego samplingu. Dużo tu odgłosów przyrody a i typowe w ambiencie odchodzenie od linearnie rozwijanej linii melodycznej wcale nie cechuje jego dokonań w tym gatunku.
”Bezkresne Łąki” jak sam tytuł wskazuje odnosi się do obrazowania przyrody i tak naprawdę o tej płycie już ...napisałem! Zrąb tego materiału jest podwaliną płyty „Soporus” który artysta wykorzystał ze względu na to że miał go akurat na podorędziu. Co ciekawe istnieje kilka wersji gdyż podstawowy podział klasyfikuje ten krążek na wersję dub z bitem i bez bitu w formie ortodoksyjnego ambientu. Wersja dub zaś zawiera wersję krótszą i dłuższą ze zmienionym programem. Wolę tą skróconą gdzie brak kompozycji „Anioł do nieba”,”Anioł z nieba” oraz „Bezkresne Łąki” a gdzie zaś pojawia się dłuższa prawie dwukrotnie niż na Soporus wersja utworu „Breathe” oraz zremiksowane „Bezkresne Łąki” i „Bory Białowieskie” (pierwszy krótszy drugi dłuższy).
Odległe porykiwania żubra otwierają „Bory Białowieskie”. Na ich tle samotnie rozplanowane odgłosy przeszkadzajek, szumy przechodzące między kanałami, ledwo zarysowane oszczędne takty. Wszystko to tworzy miłą, powabną atmosferę w którą wchodzi hipnotyzująca sekcja rytmiczna na tle której wiruje wprowadzając nas w transowe wyciszenie ledwo zaznaczona melodia. Wyszukana struktura i niekonwencjonalne dobieranie barw buduje niebanalną impresję gdzie leniwe formy wciągają niczym narkotyk. Zakończenie to zgubienie sekcji i powrót do odrętwiałych dźwięków, pełnych przestrzenności odgłosów wykorzystanych na początku z dodaniem świergotów ptaków na tle minimalistycznych wtrętów. Breathe” to jak dla mnie fenomenalne odniesienie do Biosphere. Samotny basowy pomruk otoczony powtarzalną przytłumioną strukturą oraz sample przypominające omiatający nas wiatr z niespodziewanym dodatkiem w postaci dubowej sekcji tworzą majestatyczną atmosferę. Dłuższa wersja ma czysto ambientowy wstęp o minimalistycznym charakterze i tym silniej na wyobraźnię wpływa dźwięk basu. Zresztą do posłuchania: http://s003.wyslijto.pl/index.php?file_ ... k=pozyczka „Bory tucholskie cz.1” to czysty enowski ambient ledwo wzbogacony samplami treli ptactwa, zmieszanego z wyciem skarżącego się basiora i porykiwaniami zaznaczającego terytorium żubra. Jednak artysta wzbogaca go o rytm dawkując konstrukcję tworzącą zręb melodii, dodając ambientowej fakturze pulsującej dynamiki znowu w mocno podkreślonym dubowym stylu przez co na dalszym planie utwór jest marzycielski, na bliższym pogodno – sympatyczny. Na Soporusie utwór ten przechodzi w część drugą a tu ryk żubra urywa go i wchodzimy w przedzielające tą suitę „Bezkresne Łąki 2”. T wersja studyjna tego utworu gdzie ambientową konstrukcję opleciono nowoczesnymi formami współczesnych brzmień dubu. Odgłosy łąki w promieniach letniego słońca przygrzewającego z góry – trele ptaków, cykady, szum trawy i nagle nastrojowe syntezatorowe subtelności w ambientowym stylu wsparte dubowymi zakrętasami w złagodzonej laswellowskiej stylistyce. Spokojny rytm i delikatna melodia tworzą niesamowitą kreację pełną relaksacji ale i pewnej podskórnej zadumy. Ta muzyka wchłania słuchacza który zatraca się w jej pastelowym brzmieniu. Subtelnie w oddali słychać pohukiwania sowy a muzyka snuje się leniwie z głośników miękkimi dźwiękami. W części drugiej Borów Tucholskich zmianą jest podkład który ma bardziej industrialny charakter ale minimalistyczna forma pozostaje a na koniec Kucz funduje nam oczyszczającą wszystko burzę z deszczem.
Skomasowana kwintesencja stylu tego artysty. Jeśli ktoś nie słuchał- o kuczyzmie nie wie za wiele. A warto. (8.82/10)
1.Bory Białowieskie(10.58)
2.Breathe (7.24)
3.Bory Tucholskie 1(10.46)
4.Bezkresne Łąki 2(9.42)
5.Bory Tucholskie 2(8.35)

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

 
TEST
Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #46216 autor: spawngamer » 21 lut 2007, 19:42

13. KALIŃSKI DARIUSZ-PS.150(1996)
Dariusz Kaliński obiecał mi napisać parę słów o tym tytule i nie tylko, jak znajdzie czas...a że już dość długo znaleźć go nie może najwyżej dodamy jego wspomnienia jak już uda mu się wygospodarować na nie chwilę...
Ten tytuł pojawił się na kasecie a fani przerobili go na CDDA i sam autor traktuje go jako „archeologię wykopaliskową”.
W Ps.150 przez parę sekund wstęp zaczerpnięty żywcem z Revolutions JMJ, wyprowadza nas w pole gdyż cały utwór to radosna, pogodna sowizdrzalska krotochwila na syntezatory gdzie prym wiedzie folkowe brzmienie fujarki. Zaskakujące wprowadzenie całkowicie może zmylić potencjalnego odbiorcę tej płyty. Albowiem kolejne utwory zmieniają stylistykę. „Błękit” roztacza piękną syntezatorową zasłonę, gdzie tęcza barw mieni się w spokojnej melodii z gracją przystrojonej ozdobnikami. Oszczędność i budowanie nastroju bez wyszukanego przepychu ale i bez minimalizmu. Ciekawie brzmi płaczliwe zawodzenie syntezatora i dodanie rytmu zaczerpniętego z tanga. Ładne i miłe dla ucha i co najważniejsze nie nużące. Szum wiatru otwiera utwór „Zwrócony ku górze” oparty na mocnych, dynamicznych stringach w jarrowkim stylu, z łagodnym refrenem budującym nastrojową przez moment atmosferę. Nie na darmo użyłem słowa refren gdyż kompozycja ma piosenkową strukturę z interesującym rozplanowaniem brzmień, z ciekawą subtelną orkiestracją przy końcu. Nastrojowy mały nokturn oparto na pojedynczych barwach tworzących intymną bajkowo pozytywkową atmosferę gdzie wiodący dźwięk przypomina uderzenia o sopelki lodu z pozostającymi w tle wstawkami imitacji orkiestracji oraz werbli. Wreszcie znakomite „Gdzieś w dżungli”. Tytuł nie na darmo przywołuje afrykańskie gęstwiny albowiem poprzez cały kawałek słychać odgłosy charakterystyczne dla zwierząt tam mieszkających czyli słoni, małp itp. Całość oparto na perkusyjnych odgłosach wydobywanych jakby z plemiennych afrykańskich bębnów w konfrontacji z wpadającą w ucho melodią. Ciekawie rozplanowanie akcentów uatrakcyjniających cały przekaz Świetna aranżacja czyni z niego mój ulubiony kawałek. Kolejna muzyczna opowieść „Ocean wspomnień” odpowiednio zainicjowano szumem morza, wiatru i tajemniczo brzmiącymi odgłosami budującymi nastrój wraz z fujarką i imitacją mocno wyeksponowanego strunowego wibrafonu a następnie pięknej, zadumanej partii fortepianowej. Pełna nostalgia . Tak więc każda melodia ma nieprzypadkowy tytuł, który odzwierciedlenie odnajduje w dźwiękach. Minimalistyczny oparty na fortepianie wstęp wspiera po chwili żywszy, porywający rytm i ciekawa melodia. Artysta chętnie powtarza ją i rozbudowuje o kolejne brzmienia instrumentarium. Słychać tu wyraźnie inspiracje wesołą, radosna muzyką ludową w klimacie podobnym do otwierającego płytę utworu. Kontynuacja oparto wyraźnie na brzmieniach Vangelisa z Chariots Of Fire. Melancholijnie poprowadzony fortepian z nie narzucającymi się wtrąceniami smyczków z syntezatora i oszczędnymi samplami tworzy niebanalny klimat i subtelnej i powabnej kompozycji. I znowu flet i znowu marszowy rytm, tak poprowadzono utwór „Teraz jest czas”. Kolejna ładna melodia i zabieg z rozbudową barw przy kolejnym powtórzeniu wszystkich taktów. Co w tym utworze uderza to ciekawie zaaranżowana monodeklamacja w wykonaniu samego artysty (There’s no time, time to loose, time is now) . Najdłuższe „Poprzez wieki” to niezwykle ciekawy ukłon w stronę ambientowych klimatów i...Oldfielda. Zestawy dzwonków chromatycznych w konfrontacji z zasępionym pogłosem gitary elektrycznej przewijają się przez cały utwór dopuszczając po chwili syntezator ledwo zarysowujący linię melodyczną za to kompozycja wypełnia się sporym zestawem ozdobników. Nagle spoza nich wyłania się czysto oldfieldowskie, folkowe brzmienie gitary jak żywo wyjęte z którejś z jego suit z lat osiemdziesiątych. Wyraźnie opowiadana jest nam wielowarstwowa historia podróży w czasie gdzie i brzmienie saksofonu tenorowego ma swoje miejsce a gdzie dzwonki i echo gitarowe ma za pewnie symbolizować pewną stałość niektórych elementów świata na przestrzeni czasu.(8.84/10)
Do posłuchania: http://s004.wyslijto.pl/index.php?file_ ... wn=&gk=gsm

1.Ps.150 (4.40)
2.Błękit (5.52)
3.Zwrócony ku górze ( 5.49)
4.Mały nokturn (2.55)
5. Gdzieś w dżungli (5.56)
6.Ocean wspomnień (6.49)
7.Część pierwsza (5.49)
8.Część druga (5.27)
9.Teraz jest czas (3.25)
10.Poprzez wieki (8.52)
Ostatnio zmieniony 23 lut 2007, 10:03 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #46295 autor: spawngamer » 23 lut 2007, 10:02

12.NEURON GATES –OUT FROM THE MINDS (2000)
Urodzony w Gdańsku Dariusz Stawicki w wieku siedmiu lat rozpoczął edukację w szkole muzycznej I stopnia w klasie fortepianu. Po jej ukończeniu kontynuował naukę muzyczną przez kolejne dwa lata. Jak wspomina: „El muzyka ale była mi bliska od połowy szkoły podstawowej. Już w szkole muzycznej nie lubiłem grać wszystkich tych dziwnych rzeczy więc szukałem czegoś innego i tak dokopałem się el muzy”. Zainspirowany klasyczną odmianą elektroniki postanowił stworzyć własny projekt muzyczny. Tak oto w 1997 roku razem z Dominikiem Markiewiczem założył duet Neuron Gates. W ciągu trzech lat spotkań na próbach narodziły się pomysły, z których część posłużyła jako tło muzyczne w programach i reklamach regionalnej stacji telewizyjnej TVG oraz PTK 1 i PTK 2 oraz jako prezentacje multimedialne na 3 CD. W 2000 roku zdecydowali się na wydanie debiutanckiego krążka. ”Jeżeli chodzi o nazwę płyty to wymyśliliśmy ją tak (Out From The Minds –przyp. aut.) ponieważ muzyka płynęła z wnętrza naszych myśli to tak dokładnie ją nazwaliśmy”. Dariusz wspomina: „Ta płyta powstawała w bardzo prymitywnych warunkach. Dziś śmieje się, że w ogóle dałem radę ją wydać! Sporo nagrywaliśmy u Dominika na działce i u mnie w domu. Powstała bez żadnego profesjonalnego a nawet półprofesjonalnego miksu nie wspominając o odsłuchach czy nawet słuchawkach...Kolega elektronik przerobił mikser bo miał wejścia gramofonowe a ja potrzebowałem wejść liniowych na syntezatory...Prawda jest taka że bardzo chcieliśmy nagrać płytę a jak się chce to nawet sprzęt nie stoi na przeszkodzie! Jedynie postprodukcja czyli prosty mastering był robiony na nieco ambitniejszym sprzęcie. Ale choć uważam, że wiele w nim niedociągnięć to był moim pierwszym i bardzo dla mnie ważnym projektem”.
W maju 2001 roku Dominik wycofał się ze wspólnego projektu, jak mówi Darek miał inny pomysł na życie ale obaj do dziś są zaprzyjaźnieni. Nie umniejszając roli Markiewicza którego kompozycją jest Jan a Thinker i Dream Fly to częściowo jego pomysły, rzeczywistym Spiritus Movens przedsięwzięcia był Dariusz Stawicki. Nazwa pozostała jego własnością z tym, że Darek z czasem związał się z jednym z trójmiejskich klubów GGOG i tak powstał projekt Dhuna. Live acty Dhuny odbyły się m.in. w Zionie (Stocznia Gdańska), na festiwalu Moondalla oraz w Uśmiechu (plaża Gdańsk-Brzeźno). Dhuna to projekt, zwrócony w kierunku alternatywnej muzyki klubowej, spokojny chillout z wokalami Heleny Janek oraz pulsujący goa trance. „Postawiłem tą muzyką kolejny krok do przodu. Myślę, że dopiero odpowiedni duch i połączenie które daje psytrance czy chillout dopełniają pełnię relaksu przy el muzyce trance”. Powstaje właśnie album w duchu chillout z wokalami i uzupełniony żywymi bębnami, gongami i ogólnie z dużą zawartością brzmień wschodu Prawdopodobnie zostanie wydany jako The Return i jest już nawet gotowa okładka. Miałem też okazję wysłuchać dwa utwory będące w fazie obróbki ( brzmią interesująco).
Ale to nie koniec. Stawicki nigdy nie zamierzał zarzucić Neuron Gates, zawsze tliły się pomysły, przeszkodą był jednak brak sprzętu. Pracuje obecnie już od dłuższego czasu nad muzyką do jednego z większych oceanariów, którą po dużym koncercie na rzecz tego parku wodnego zamierza wydać pod szyldem Neuron Gates. Co intrygujące, muzyka ma mieć oblicze ambientu! Obydwie płyty ujrzą światło dzienne w tym roku na przełomie lipca i sierpnia. Od dwóch lat Stawicki mieszka w Manchesterze i za zarobione tam pieniądze wyposażył w Polsce własne studio nagraniowe które wciąż rozbudowuje tak aby kolejne płyty były już tylko jego produkcji. Przeszkodą jest jednak odległość ale w czerwcu na dłuższy czas ma zamiar wrócić do Polski, skończyć materiał, pojeździć trochę zagranicę z koncertami i zrobić duży koncert w Gdańsku z oprawą w postaci baletu na wodzie, laserów i wielkiej grafiki –jest już po wstępnych rozmowach na ten temat.
Wracając do Out From The Minds. „Inspiracji było wiele myślę jednak, że najważniejszą było same życie i to co się działo wokół mnie- tam zawsze szukam inspiracji”. Rzeczywiście, powstanie tego tytułu ma bardzo osobiste, intymne podłoże.„Ta płyta to same wspomnienia,
piękne wspomnienia, zwłaszcza Via Saluzzo, kawałek od którego wszystko się zaczęło; moja przygoda z el muzą, spotkanie z Dominikiem itd. Wróciłem wtedy, w 1997 roku, z Włoch gdzie pojechałem za swoją ukochaną dziewczyną, Magdą, z którą spędziłem kilka lat swego życia nie znając jej adresu ani telefonu...Po burzliwym związku załatwiłem nam pracę, ona pojechała pierwsza ja miałem dojechać za 2 miesiące a ona poznała jakiegoś Włocha i z nim uciekła a ja wariat pojechałem za nią w świat...Wróciłem z niczym albo inaczej z bagażem doświadczeń
i przelałem to na muzykę...” Osobiste przeżycia spowodowały, że samo życie tworzyło tytuły i muzykę. Trzy utwory jako zarysy i pomysły powstały jeszcze przed rozstaniem z dziewczyną; Vega, Via Saluzzo i Electric Road.
„Natomiast od strony muzycznej na pewno wielu z twórców muzyki el których słucham gdzieś przenikało przez to co robię, ale
wiesz nigdy nie starałem się naśladować brzmień z innych wykonawców”.
Inspiracją do Vegi był film „Contact” Roberta Zemeckisa gdzie owa gwiazda ma podstawowe znaczenie dla akcji filmu. I mamy tu typowo kosmiczne, zapętlone dźwięki roztaczające wizje nieziemskich kreacji z niewielka ilością wstawek bardziej skupiony na otoczeniu słuchacza szczelną otuliną harmonicznych dźwięków.
”Alien powstał kiedy dowiedziałem się, że moja była poznała jakiegoś faceta”. Mroźny wiatr i nerwowy podkład z mocno zaakcentowaną sekcją rytmiczną i wiodącą barwą syntezatora przypominającą z resztą składników kompozycje JMJ. Krótki utwór, gwałtownie wyciszony z wyraźnym upustem za pomocą głośnej muzyki żalu i złych emocji.
Electric Road powstał kiedy Sawicki pracował w salonie Opla jako sprzedawca samochodów jako miłą melodię do jazdy samochodem dlatego słychać na początku odpalanie samochodu. Sposobem poprowadzenia melodii i aranżacji mocno przypomina mi pierwszą kompozycję a wplecenie sampli hamowania samochodu i przejeżdżającego samochodu wzmaga atmosferę podróży gdzie słyszałbym nawet pokłosie (wstawka bębnów) Drive Inn Schulze’a i Bloss’a.
Fly „Tak sobie powiedziałem: leć więcej już nie mogę zrobić...” Ten utwór pokazuje nam zupełnie nowe oblicze Neuron Gates, które okazuje się wielowarstwowym nagromadzeniem różnych stylów. Przepiękna, nas swój sposób wyciszona kompozycja operująca spokojnym rytmem prezentuje duży talent aranżacyjny muzyków którzy w niebanalny sposób budują świetny klimat. Równomierne uderzenia podkładu z wplecioną, powtarzaną frazą muzyczną i pełnym mocy biciem bębnów ociera się o patos a’la Vangelis.
„Jan to dedykacja dla taty Dominika za wsparcie i wiarę w nas”. Ciepła, pogodna kompozycja oparta na pracy keyboardu z minimalną ilością wtrętów po chwili rozwija się w ładną, głośną melodię opartą na sekcji rytmicznej. Ten zabieg powtarzany jest ponownie i tworzy jakby zwrotkę i powtarzany refren.
Via Saluzzo (Dla Ciebie). Intymne, nastrojowe otwarcie oparte na wysokich dźwiękach, roztacza nad całym utworem nie nachalną, spokojną prawie relaksacyjną atmosferę z dodanym jako dynamiczniejszy akcent automatem perkusyjnym.
„Freedom - zrzuciłem z siebie bagaż i poczułem się lepiej”. Mylący spokój pierwszych taktów przeradza się w potok, kaskadę dźwięków spontanicznie wydobywanych spod klawiszy syntezatorów. Tak jak przystało na radość z wolności.
„Thinker- bo jednak zawsze cos zostaje w myślach...”Subtelna melodia nieśmiało snuje się z głośników. Nostalgia i zaduma wymieszana z pewnym rodzajem smutku. Wyeksponowany fortepian i barwa przypominająca ksylofon. Piękna, krucha melodia.
Sonearly to ciekawa zabawa słowem. Chodziło o So Nearly czyli tak blisko, ale ponieważ Dariusz jest wcześniakiem, który leżał miesiąc w inkubatorze specjalnie popełnił błąd. Tu mam bardzo mocne skojarzenia z Vangelisem z Rydwanów Ognia ale Darek stwierdza, że to przypadek ot, ten sam sprzęt to i podobieństwa. Kolejny zadumany landszaft utkany z ciekawych dźwięków.
„Dream Fly to opowieść o tym jak jechałem pociągiem do Włoch i myślami byłem daleko od realnego świata.”. Słychać tu ponownie smutek i rozmyślania artysty udźwiękowione za pomocą sampli monotonnych uderzeń kół jadącego pociągu i melodii przekazującej stan ducha artysty.
”Friends do dedykacja dla wszystkich przyjaciół za to ze w nas wierzą i że chcą słuchać tego co robię i robiliśmy razem z Dodo”. Świetne, pełne werwy zakończenie rozładowujące otępiałą, prawie ponurą atmosferę tego krążka. Pogodne dźwięki każą nam z nadzieją patrzeć w przyszłość, bo czas najlepiej leczy rany!
Świetna płyta robiona w chałupniczych warunkach wskazująca, że przykre wydarzenia z życia implikują powstawanie ciekawych ich prób okiełznania w duszy i umyśle poprzez artystyczne formy wyrazu. Cieszę się, że projekt będzie miał ciąg dalszy.(8.87/10)
Jeśli ktoś chciałby poznać muzykę Dariusza Stawickiego niech pisze na: daro.s@wp.pl
Aby pokazać różne oblicza tej muzyki do posłuchania wybrałem utwory dynamiczny i spokojny:
http://s000.wyslijto.pl/index.php?file_ ... =&gk=cisco
http://s003.wyslijto.pl/index.php?file_ ... gk=leasing
1.Vega-6.21
2.Alien-2.51
3.Electric Road-3.16
4.Fly –3.00
5.Jan-4.11
6.Via Saluzzo( Dla Ciebie)-3.18
7.Freedom –2.39
8.Thinker-3.11
9.Sonearly –3.18
10.Dream Fly-4.22
11.Friends-2.50

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #46428 autor: spawngamer » 25 lut 2007, 19:49

11.TOMASZ KUBIAK-OUT OF ENVIRONMENT SPACE (1994,2000)
Najpierw był solowy debiut kasetowy w 1994 roku. Płyta CD z 2000 roku, została od nowa zmiksowana i różni się trochę od wydania z kasety, są inne czasy. Na kasecie są dwie długie suity, zaś na płycie przypisano im indeksy dwunastu kompozycji.
Płytę otwierają tajemnicze ”bladerunnerowskie” odgłosy przyszłości i wprzęgnięte w nie syntezatorowe wokalizy. Po chwili mieszanka doniosłego chóru z brzmieniem organ spleciona dość gwałtownymi wejściami zestawów szumów i świstów tworzy pompatyczno romantyczny klimat. Po delikatnościach, organy stopniowo coraz mocniej zaznaczają swoją obecność aż do zadęcia we wszystkie piszczałki i wchodzimy w Part 2, do którego pierwsza część jest wyraźną introdukcją. Znowu zestaw ozdób w postindustrialnym brzmieniu i wreszcie organy wygrywają motyw przewodni. Nerwowa melodia wsparta vangelisowskim podkładem powtarzających się basowych tonów, nagle przechodzi w bardzo naturalny sposób poprzez dodanie sekwencji w NBS. Całość tworzy doniosłą atmosferę gdzie szczególnie wyróżniłbym brzmienie organów, które nadają całości patetyczności i uszlachetniają jej brzmienie. Ściana berlińskich dźwięków z melodyjnym zrębem konstrukcji brzmi arcyciekawie i intrygująco jako świeży zabieg odmładzający ducha typowego „berlina”. Teraz to już nic nowego, choćby Gert Emmens ale pamiętajmy że to był 1994 rok! Kosmiczno technoidalne efekty wprowadzają nas w Part 3 gdzie vangelisowskie zawijasy uzyskujemy w korelacji z muzycznym tematem przypominającym wprowadzenie do serialu SF „Star Trek”. Znowu muzyka wytwarza pewien rodzaj atmosfery może nie zagrożenia ale napięcia gdzie świetnie wykorzystano parę taktów fortepianowych i ciekawy podkład. W połowie utworu dochodzi rozmiękczający ten nastrój łagodnymi dźwiękami sekwenser i mamy kolejna porcję „Neue Berliner Schule”. Króciutki Part 4 to właściwie kontynuacja wcześniejszego tematu ze zmienioną barwą syntezatorów i podkładem ze stringów a pominięciem sekwencji które prawie niesłyszalnie snują się w tle. Part 5 ciągnie ten temat i ponownie na pierwszy plan powraca sekwensyjność . W tych trzech utworach słychać najwyraźniej że na kasecie stanowiły integralną całość gdzie wszystkie utwory z płyty były zamieszczone jako dwie suity na stronach A i B. Nadal pozostajemy w kręgu melodyjnego NBS gdzie Kubiak używa miękkich, nie nachalnych barw i mimo ze jest w miarę głośno jest zarazem intymnie... Pod koniec tej części następuje przygotowanie do odbioru kolejnej kompozycji. Part 6 to po prostu majstersztyk nastroju. Dawkowanie atmosfery znakomicie wzmacniane wejściami kolejnych brzmień syntezatora tworzy utwór nietuzinkowy który śmiało można nazwać arcydziełem, jedną z najpiękniejszych kompozycji polskiej el muzyki podług moich ocen. Dla mnie brzmi jak pełna radości kolęda bez słów. Ale można ją odbierać wielowarstwowo. Wysokie, dźwięczące tony, feerie przelewających się barw naśladujących jakby spadające gwiazdy, wzmocnione syntezatorem a następnie brzmieniem organ, świetnie imitują piękno i potęgę ugwieżdżonego zimowego nieba widzianego z górskiej polany lub ogromu wszechświata w wizji fajerwerków tworzących się w kosmosie planet. Za pomocą właściwie prostych środków Kubiak ukazuje swą maestrię wydobywania z melodii niezapomnianych wrażeń estetycznych zdolnych poruszyć zadziwionego słuchacza. Całość przy końcu ginie w świstach i terkotach wpadając w wichrowe szumy wyznaczające uspokojenie aury w kolejnej kompozycji. Otaczają nas błogie dźwięki wprowadzające klimat spokoju i błogostanu, oparty na pojedynczej powtarzanej frazie, fantomowych chórkach i wirujących wokół nas samplach z zaskakującym crescendo z sekcją smyczkową i kotłami w roli głównej, wprowadzającymi do Part 8, kontynuującym naznaczoną linie melodyczną z wykorzystaniem m.in. werbli nadających całości większej dawki energii i swoistej doniosłości z lejącymi się zestawami
syntezatorowych pasaży ponownie z głośnym, pełnym emocji finałem. Part 9 brzmi po nim niczym cisza w uszach po solidnej porcji decybeli. Łagodny flet plus zestaw świdrujących sampli, zastępuje wysunięty na czoło chór w stylu Tomity. Part 10 powtarza i kontynuuje część 9 z tym, że w bardziej patetycznym nastroju z wyłaniającym się wyrafinowanym, wyszukanym brzmieniem syntezatora wcześniej zapętlonym jako podkład a na pierwszym planie artysta snuje solówki, aż nastrojowa prawie smutna melodia ginie w girlandach ozdób. Part 11 to jakby przebojowe wpadające w ucho dzieło, gdzie artysta znowu postawił na powtarzalność ciekawego motywu który przyobleka wielością różnorakich składników tworzących ciekawą fakturę tej kompozycji. Part 12 to znowu te wietrzne zabawy na wstępie i znowu obrazowanie a przynajmniej barwa syntezatora przypominająca chórki Tomity ten zwiewny nastrój zostaje zburzony przez dramatyczne wejście dostojnych brzmień organów nadających zamykającej kompozycji dużej dawki mocy i patetyzmu podsumowując całość wydawnictwa w interesujący, zapadający w pamięć sposób.
Ekspresywny, pełen nieukrywanych emocji i dynamiki styl, czasami „noir”, etapami wyciszony do subtelnych melodii, gdzie sekwencyjne pulsowanie miesza się z gotyckim romantyzmem reprezentowanym od strony instrumentarium przez brzmienie organ i generowane elektronicznie chórki, skłania mnie do refleksji że gdyby Beethoven dożył czasów syntezatorów prawdopodobnie grałby bardzo podobnie. Tyle, że gdy nawet ogłuchł to i tak tworzył nadal. Wielka szkoda, że Tomasz Kubiak sensu w tym już nie widzi...(9/10)
Do posłuchania: http://s002.wyslijto.pl/index.php?file_ ... =&gk=forex
Oraz: http://s000.wyslijto.pl/index.php?file_ ... =&gk=forex
Instrumentarium: Casio SZ1, Roland U220, Roland JD800, Alexis Quadraverb, Mackie Microseries 1202, Atari 1040 ST, Steinberg Pro 24
1.Part 1(3.55)
2. Part 2(5.27)
3. Part 3(5.05)
4. Part 4(1.33)
5. Part 5(3.15)
6. Part 6(4.19)
7. Part 7(3.09)
8. Part 8(5.39)
9. Part 9(2.13)
10. Part 10(5.50)
11. Part 11(5.24)
12. Part 12(3.21)

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #46430 autor: spawngamer » 25 lut 2007, 20:00

Wkraczam do strefy pucharowej czyli TOP 10 dlatego mały konkursik z nagrodami (cosik wymyslimy ) - może ktoś się pokusi odgadnąć pierwszą trójkę a może nawet piątkę? :wink:

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #46445 autor: spawngamer » 25 lut 2007, 21:46

10.KONRAD KUCZ –BABIE LATO (1999)
Jak się to zaczęło? Kucz wspomina: „Pod koniec lat 70-tych głównym źródłem informacji o muzyce była radiowa „Trójka”. Słuchałem jej więc bardzo często i pewnego dnia trafiłem na audycję Jerzego Kordowicza, który prezentował najnowsze dokonania muzyków wykorzystujących elektroniczne instrumentarium. Nagrywałem te programy i słuchałem potem na okrągło. Najpierw zafascynował mnie Isao Tomita, potem Klaus Schulze i Tangerine Dream. Marzyłem o robieniu własnej muzyki. Słuchałem niemal non stop muzyki elektronicznej. Tak fanatycznie ich uwielbiałem, że gotowy byłem dla nich się pochlastać.” A to było już niepokojące dla rodziców Konrada. Po maturze dostał od nich aby w końcu mógł się wyżyć komputer Atari a po zdaniu na studia (Konrad Kucz rocznik 1966, ukończył wydział grafiki warszawskiej ASP w pracowni prof. W.Winieckiego specjalizując się w grafice warsztatowej typu akwaforta, akwatinta, łączy również techniki druku ręcznego z technikami komputerowymi. Swoje koncerty oprawia plastycznie własnymi produkcjami), pierwszy syntezator Roland & Juno 2 który jak się okazało nie dawał jednak możliwości rejestrowania sekwencji. Na sekwenser Roland MSQ100, który jak na tamte czasy kosztował naprawdę sporo, zarobił za pierwszą chałturę (okładka na winyla Polskich Nagrań Richarda Straussa). Zaś za pieniądze zarobione na praktykach kupił sampler AKAI 612 (na małe dyskietki) i zaczęło się szaleństwo wgrywania bez opamiętania wszystkiego co się da! Już wtedy intrygowała go muzyka sakralna i zakonne klimaty ale sprzęt mógł nie wiele bo nie było magnetofonów DAT tylko DECK-i na które nagrywał tworzone w zaciszu domowym pierwsze kompozycje przy pomocy m.in. adaptera z którego zgrywał na żywca skrawki muzyki chóralnej Monteverdiego lub jego ulubionych madrygalistów. Początki to jednak industrial, muzyka intuicyjna, która nie wymagała dużych umiejętności gry na instrumentach i mógł ją robić laik. W tym klimacie odbył się sceniczny debiut Konrada, w którym miał swój udział oczywiście Artur Lasoń, znany ze swej pomocnej dłoni.18 listopada 1988 roku w warszawskim klubie PARK przy sporej publiczności (Konrad śmieje się że ma dużą rodzinę i wielu znajomych), dał ponad godzinny występ w stylu klasycznego dark industrialu spod znaku Laibach czy Throbbing Gristle. „Z czasem znużyło mnie jednak to hałaśliwe i mroczne granie. Zacząłem szukać czegoś, co dałoby wytchnienie i spokój.” I tu wpadł na pomysł odkrywczego połączenia ilustracyjnej elektroniki z rodzimym folklorem. „Nigdy nie chciałem zawężać się do jednego stylu muzycznego. Działalność Józefa Skrzeka dała mi impuls do oderwania się od naśladowania innych i podjęcia próby stworzenia czegoś własnego. Ponieważ jeździłem dużo w góry, które zawsze kojarzyły mi się z czymś idealnym i nieosiągalnym, postanowiłem spróbować wpleść w elektronikę elementy folkloru podhalańskiego. Nie było to trudne, gdyż zarówno muzyka elektroniczna, jak i etniczna ma w sobie pewną transowość.” Dodatkowe impulsy dały mu zagraniczne dokonania m.in Brian Eno i David Bowie w utworze Warsaw, który ujął go tym że tak fenomenalnie pochwycił klimat naszego góralskiego folkloru stając się wzorem jak te rzeczy interpretować. Także twórczość Szymanowskiego, Góreckiego, Kilara jak i kompozycje Vangelisa z Irene Papas na Odes stały się bezpośrednią inspiracją do zrealizowania muzyki z wplecionym folklorem. Dla el fanów folkor był trudny do przyjęcia a dla miłośników folk zaś syntezatory eliminowały tą muzykę z kręgu ich zainteresowań. Konrad porwał się więc z motyką na słońce i... wygrał. Ta płyta jest tego zdecydowanym przykładem. Jednak nie folklor góralski a mazowiecki jest podwaliną tego tytułu, który jest kontynuacją „Snów Polskich”(94) z tym, że z bogatszą aranżacją, dodaniem sekwencji i gitary elektrycznej.
Konrad wspomina: „To bardzo specyficzny okres. Właściwie pozytywny emocjonalnie. Nareszcie poczułem odrobinę czegoś co się określa jako poczucie względnej stabilizacji. To był ostatni moment kiedy jeszcze osiągałem takie głębokie stany odizolowania, takiego przyjemnego zapomnienia się w fantazjach. Właśnie wtedy pojawiło się kilka nowych urządzeń KORG MS10 i MS20. Na nich robiłem sekwencje i ciepłe solówki. Miałem jeszcze KORGA POLY SIX którego arpeggiator fenomenalnie wytwarzał mi te tapety ambientowe niemal we wszystkich utworach. To fenomenalny instrument. Wówczas żyłem jeszcze planami realizacji projektów ethno-ambientowych. Jak wielokrotnie już pisałem zrealizowanie najprostszych pomysłów często stwarza ogrom problemów. Wszystko wymaga nakładów finansowych. Chciałem wykorzystać grę ludowych artystów. Nawet jeśli się takowych znalazło to nikt za darmo nie zagra. Trzeba takiego delikwenta przywieść, opłacić studio, dać nocleg itp. Te wstawki pochodzą z archiwów Polskich Nagrań. Był moment że firma gotowa była zainwestować w projekt ale nagle zmienił się szef i wszystko szlag trafił. Zostały więc nagrania. To tych taśm ludowych dogrywałem muzykę. Tak więc pozostało to w fazie demo. Dziwnie się tego teraz słucha - ni to New Age ni to Eno'wski ambient i ten sekwenser na końcu. Dziś bym nie potrafił zrobić takiej muzyki. Część z tych kompozycji bez ludowych wstawek akustycznych poszło do Paris Music na ilustrowanie filmów. Niech sobie trochę zarobią. Taki jest los niszowej muzyki w dzisiejszych czasach...”
Mam dwie wersje tej płyty. Dłuższa, ponad godzinna zawiera m.in. trzy dodatkowe kompozycje, prawie dwukrotnie dłuższe wersje „Gorące Babie Lato 1” i „Wiśniowy sad Antoniego”, dwie inne niż na wersji krótszej „folkowe” impresje, a zarazem zredukowany do niecałych dwóch minut, prawdopodobnie pierwotny szkielet kompozycji „Świt nad jeziorem Lipczynek”. Jednak to recenzji wybrałem bardziej zwartą według mnie w przekazie, wersję krótszą.
Odległe pastelowe pejzaże malowane pociągnięciami klawiatury. Znowu Kucza czarowanie narkotyczną muzyką. Ten minimalizm tworzy mimo ascezy wielobarwną tkaninę rozpościerającą słuchaczowi wielce miłą dla ucha nastrojowość. „Gorące babie lato” to tęskne, zadumane dźwięki iskrzące się wstawką syntezatora określającego tą porę roku jako przyciągającą nasze wspomnienia a końcowy przelewający się dźwięk jest jak refleks słońca odbitego na zdjęciach...„Pobłogosław Panie” – błogie, miękkie granie z wplecionym świetnie ludowym zaśpiewem i grą skrzypek zza przypiecka. Tu więc dobitnie Kucz realizuje swój projekt ethno ambientu przepięknie wsparty dodaniem sekcji smyczków nadających kompozycji czegoś wzniosłego. Kolejne barwy syntezatorów wspomagają niesamowite, relaksacyjno zadumane wrażenia niesione przez ten utwór. Kolejna klasyczna pozycja folklorystyczna „Drzemał Jasiek przy strumyku” to piękna impresja z szumem strumyka i wpleceniem skocznego, ludowego tańca. No i zaczyna się nie zgadzać z programem na okładce kolejność utworów jako że trzeci jest Folk 7 który jest w trackliście szósty, co burzy kolejność ale najbardziej zaskakującą nieścisłość wprowadza utwór siódmy mający mieć 6.37 a w rzeczywistości trwający 8.29 –ale nie to jest tu istotne. Kucz umieścił dwie, krótkie muzyczne dygresje, które nazwał Folk 6 i 7 .Szóstka to trele ptaków wplecione w typowo ludową melodię poprowadzona ciekawą, ciepłą barwą syntezatora. Siódemka znowu świergoty ale z dodaniem świerszczy i kolejna wariacja wesołej piosnki z mazowieckich przyzb. „Wiśniowy sad Antoniego” bardzo enowski początek z brzmień przypominających gitarę, minimalistyczne rozwinięcie, rozmarzony, miły klimat letniego lenistwa. Prawie czuć te owocowe drzewa przepuszczające zza konarów żar słońca a kolejne dźwięki nadają całości metafizycznej głębi opowieści o tym jak cudowna potrafi być każda chwila w obcowaniu z przyrodą. „Świt nad jeziorem Lipczynek” oparto również na odgłosach fauny z pozostającą na odleglejszym planie kolejną transpozycją ludowej melodii granej niezwykle ciepłą barwą. Dziwny jak na nurt ambientowy minimalizm bo promieniujący radością i kojącym spokojem co jak na zamierzenia tego gatunku posługującego się zimnymi dronami tworzy oryginalne ukazanie tego stylu. Z tym, że druga część tego utworu przechodzi w typowe ambientowe granie pełne dysonansów i dźwiękowych plam tyle, że bogatych w wzajemne przenikania. „W gorących promieniach zachodzącego słońca” właściwie sam tytuł zwięźle streszcza całość utworu. Moja ulubiona kompozycja na tym krążku z pięknymi wstawkami tworzącymi fenomenalny klimat iluminacji. „Wiosenny Powiew” –zadumana, zwiewna atmosfera przypominająca soundtrack do...hollywodzkiej romantycznej opowieści. Poprowadzenie tej kompozycji idealnie wpasowuje się w konwencję tych obrazów. Gdyby ktoś Kuczowi zaproponował miejsce tamże obok Kaczmarka to kto wie....”Gorące Babie Lato 2” kolejne odgłosy żywych stworzeń i szemranie strumyka...kolejne tęskne dźwięki a wszystko zaskakująco wsparte progrockową w brzmieniu gitarą elektryczną dodającą całemu obrazkowi odrobinę psychodelii. Słońce mruga do nas ciepłem, my na łące mrużymy oczy wylegując się w jego cieple i marzymy a właściwie kontemplujemy tą przemijającą przewspaniałą chwilę zapętloną dodatkowo dodaną sekwencją. Wirujące takty nadają tej próbie przełożenia na język muzyki tego co mogą poczuć nasze zmysły wzroku i dotyku dodatkowego splendoru. Tak obrazowe kompozycje to naprawdę rzadkość.
Niech sam Konrad oceni tą płytę: „Ta płyta kończyła pewien okres w moim życiu. Okres kontemplacji i bujania w obłokach. Potem przyszedł czas na radykalne zmiany które były bardzo potrzebne. Zaczął się okres Futra. Może kiedyś wrócę do tych projektów żeby zrealizować je od nowa z folk muzykami. Ale z mojej praktyki wiem już że na ich twórczy udział nie mogę liczyć. Wszystko trzeba rozpisać na nuty i kazać zagrać. To niezmierna rzadkość trafić na osobowość twórczą wśród muzyków folk. Ale się zdarzają. Z pewnością definitywnie odrzucam łączenie techno bitów i w ogóle bitów, agresywnej elektroniki. To nie ma przyszłości, to się gryzie. Myślę że tylko dyskretne łączenie syntetyka z akustyką ma sens. Zawsze wzorem będzie w tym względzie Vangelis.”
Wierzcie mi, jeśli nic nie macie Kucza to sięgnijcie przynajmniej po tą pozycję. Według mnie najciekawszy album w jego dorobku. Wystarczy napisać do Konrada na konrad@kucz.net i dograć z nim szczegóły. (9.11/10)
Do posłuchania : http://s006.wyslijto.pl/index.php?file_ ... n=&gk=bank
Oraz http://s000.wyslijto.pl/index.php?file_ ... =&gk=money
1.Gorące babie lato 1-6.18
2.Pobłogosław Panie-4.59
3.Drzemał Jasiek przy strumyku-2.27
4.Folk 7-1.31
5.Wiśniowy sad Antoniego-3.19
6.Świt nad jeziorem Lipczynek-6.11
7.W gorących promieniach zachodzącego słońca-8.29
8.Folk 6-1.23
9.Wiosenny posiew-3.11
10.Gorące babie lato 2-10.09
Ostatnio zmieniony 09 mar 2007, 2:28 przez spawngamer, łącznie zmieniany 2 razy.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #46542 autor: spawngamer » 27 lut 2007, 18:31

9.REMOTE. SPACES-SPIRALE(1998)
Elektroniczne operacje muzyczne czyli Remote. Spaces . Jaki początek miała ich przygoda z el?
Krzysztof Horn wspomina: „w moim przypadku to było tak, że swoje spotkanie z el-muzyką zacząłem w szóstej klasie szkoły podstawowej. Zaczęło się od Jarre'a, to była płyta z koncertu w Houston. Pamiętam jak wtedy pierwszy raz usłyszałem te dźwięki, po prostu oniemiałem, usiadłem w fotelu i puszczałem po 3-4 razy tą płytę i tak się zaczęło. Z Konradem poznaliśmy się na treningach karate. Wyglądało to mniej więcej tak, że w trakcie treningu biegaliśmy "kółka". Konrad zapytał czy słuchałem Jarre'a. Po przebiegnięciu dwóch kółek ja zapytałem czy słuchał Vangelisa i jak mu się podobało. Następne dwa kółka minęły i usłyszałem, że tak. W 1992 roku poszliśmy do ogniska muzycznego, tam uczyliśmy się gry na keyboardach. Na początku, każdy z nas próbował coś stworzyć w zaciszu domowym”. Po trosze są więc samoukami. Po pół roku doszli do wniosku, że warto spróbować zrobić coś profesjonalnie razem. W zimowy wieczór 1993 gdy panowie spotkali się na wspólne nagranie powstał zespół Srebrne Marzenia. Jak wspominają Krzysztof miał wtedy taki "fajny" keyboard Casio CA-100, a Konrad Yamahę z małymi klawiszami. Muzyka powstawała w zaciszu pokoju Krzysztofa gdzie mieściło się ich małe studio Krzysiek przyszedł do Konrada z klawiszami pod pachą i nagrywane odbywało się przy użyciu mikrofonu przyłożonego do głośników instrumentów (nie znali wówczas techniki podłączenia się liniowego). Tak więc efekt gdzie było słychać m.in. skrzypiące krzesła był pod względem realizacji totalną prowizorką. Konrad Jakrzewski wspomina to tak: „granie "dżemów" wyglądało zabawnie. W domu Krzyśka, siedząc w pokoju jedliśmy, graliśmy na komputerze i "klawiszach" tworząc jednocześnie swoje "dżemy". Pamiętam jak pożyczyliśmy kiedyś od Roberta Piotrowskiego "klawisze", od brata Krzyśka "kombinowany" wzmacniacz i jakiś mikser (od którego odpadały gałki) i nagraliśmy wtedy ten nasz pierwszy elektroniczny "dżem". Wyglądały one wtedy na zasadzie podobnej do spotkań muzyków jazzowych, którzy siadając do instrumentów zaczynali wspólnie grać bez wcześniejszego omawiania repertuaru, bez przygotowania. na pewno oni robią to dużo lepiej. W naszym przypadku wyglądało to nieco inaczej. w trakcie trwania pierwszego utworu (nawet dało się to słuchać) było dosyć dobrze, później jednak było gorzej. Działo się tak, ponieważ nagrywaliśmy w mono, a także inwencja twórcza tak nas poniosła, że przestaliśmy siebie słuchać próbując zagłuszyć jeden drugiego. Każdy chciał być na pierwszym planie”. Ale mimo to powstała kaseta "Srebrne marzenia" dzięki której artyści na jakiś czas wyleczyli się z chęci wspólnych nagrań. Potem przez długi czas razem nie tworzyli. Konrad zrealizował kasetę "Serial" a Krzysztof szlifował swój warsztat dzięki zakupowi Amigi 500 i programom "Sonix" i"ProTracker". Nagrania z tego okresu (lata 94/95), zostały zarejestrowane na kasecie w studio Jarosława Degórskiego. W końcu, 26 listopada 1996, dochodzi do ponownego jam session. Konrad przynióśł pożyczone; keyboard Gem WX2 i A500, Ensoniq SQ2 a Krzysztof ułożył szybko jakiś prosty arpeggiator i rytm na sekwenserze i zaczęli improwizować. Tak się to im spodobało, że Konrad szybko pobiegł do domu po magnetofon i powtórzyli jam session i powstała pierwsza kompozycja "Transwave". Padł pomysł, żeby stworzyć nowy zespół. Wybrali nazwę Remote.Spaces (odległe, dalekie przestrzenie), po prostu z wymyślonych propozycji ta im odpowiadała najbardziej. Krzysztof wspomina to tak: „Potem spotykaliśmy się kilka razy na takich luźnych improwizacjach, a w międzyczasie sami zaczęliśmy tworzyć utwory, które były podwalinami „Spiral”. Wszystkie te nagrania mamy na kasetach, dokładnie opisane, co gdzie, jak i kiedy. W sumie nazwa powstała w wyniku burzy mózgów w czasie naszych wspólnych spacerów po mieście. Nie pamiętam dokładnie, ale coś mi mówi, że inspiracja wzięła się z Remote Controller. Odlegle przestrzenie bardzo nam odpowiadały, zarówno pod względem samej nazwy, ale tez w wymiarze metafizycznym określały naszą wizje muzyki. Konrad bardzo lubił przestrzenie kosmiczne, mnie pociągały otwarte przestrzenie ziemskiej natury. Dlatego muzyka jest, była i będzie przestrzenna. Oczami wyobraźni zawsze widzę rozlegle plany, przestrzenie, widoki. W sumie nasza znajomość działała na nas pobudzająco. Konrad słuchał namiętnie TD, którego ja na początku nie trawiłem, i odwrotnie, Konrada nie ruszał Vangelis. Ale z czasem to się zmieniło i sądzę, że po początkowych słyszalnych wpływach Vangelisa w naszej muzyce powoli podążaliśmy w kierunki TD i Klausa Schulze” Kolejne spotkania owocowały spontanicznym tworzeniem muzyki. Styczeń '97 powstaje suita "Microwave", zainspirowana muzyką Klausa Schulze. Jakrzewski: „Gdy pozmienialiśmy instrumenty na lepsze, a Krzysiek kupił nowy komputer, zaczęliśmy grać z programem sekwencerowym. To był właściwie taki punkt zwrotny naszego zespołu, ponieważ stwierdziliśmy, że łatwiej jest improwizować do podkładu. W ten sposób powstała pierwsza suita zatytułowana po prostu "Remote Spaces". nagrana już stereofonicznie z wykorzystaniem profesjonalnego miksera i przygotowanego przez Krzysztofa podkładu. Zaprezentowaliśmy ją na dwóch koncertach . W październiku '97 dali koncert w Stargardzkim Centrum Kultury, w ramach ogólnopolskiego festiwalu filmów amatorskich a następnie w Młodzieżowym Domu Kultury. Wspólne odkrywanie nowych dźwięków, (zawsze ważne dla nich były studia nad dźwiękiem) odświeżenie zbiorów muzycznych doprowadziło do powstania kolejnych pomysłów na utwory takie jak np. "Schwong", projektu "Wanhfried". Wreszcie zapragnęli zrealizować płytę. Krzysztof wspomina:” Materiał był nagrany bardzo amatorsko. Nie dysponowaliśmy wtedy zbyt dobrym sprzętem. Wszystko szumiało, stare kolumny od wieży Diory buczały, bo były już częściowo przepalone. Oboje byliśmy wtedy jeszcze młodzi i piękni. Konrad 22 lata, ja 20, jeszcze kawalerowie... Nad materiałem tym pracowaliśmy prawie rok, natomiast samo nagranie było wręcz ekspresowe - tylko 3 dni. Muzyka ta była w dużej mierze improwizowana, ale opierała się już na wcześniej zapisanych w komputerze pomysłach. Można powiedzieć, że były to nasze pierwsze przemyślane kompozycje. Wcześniej graliśmy głównie co "ślina przyniesie na język", nie biorąc pomysłów w karby w celu dalszej obróbki. W pierwszej kolejności zgrano ją na mini-disk, a następnie zsamplowano na Amidze 4000 z Toccatą i kartą graficzną co jak na tamte czasy miało rewelacyjne parametry. Cała obróbka odbyła się w programie Samplitude Pro, gdzie wszystko zostało wypoziomowane, odszumione itd.(jeden kawałek potrafił odszumiać się dwie doby a kiedy zawiesił się komputer trzeba było wszystko poprawiać...) Zajął się tym ich ówczesny masteringowiec Robert Pietrzykowski, zaprzyjaźniony amigowiec mający jako jedyny wówczas w mieście studio. Muzyka zawarta na "Spiralach" to kompozycje z lat 96-97 i początku roku 98. Kompozycje powstawały osobno. Tzn. każdy twórców najpierw tworzył podwaliny jakiegoś tematu zostawiając miejsce dla drugiego. Dopiero na próbach utwory nabierały ostatecznego kształtu. Przykładowo Konrad zapodawał sekwencje, a Krzysztof próbował do tego znaleźć temat, barwy, itd. Okładka powstała również na Amidze, w programie do generowania fraktali. Zdjęcia zrobiono koło domu rodziców Krzysztofa. Konrad jako fan astronomii ułożył teksty do książeczki”. Konrad robił też wtedy za cały marketing i PR. Starali się promować: „Pukaliśmy do drzwi stacji radiowych, płytę dostał Kordowicz jak i inni redaktorzy muzyczni którzy zajmowali się tego typu muzyką”. Krzysztof co miesiąc wysyłał mailem lub na kuponie info do działu ogłoszeń drobnych w magazynie „Estrada i Studio”: Remote Spaces, strona internetowa taka a taka, polska muzyka elektroniczna. Zgłosili się też do Ziemowita Poniatowskiego gdy „Generator” wydawał fanzin „Generator News”, gdzie ukazały się recenzje płyty oraz wywiady z nimi. „I rzeczywiście to działało. Bo wiele osób trafiło w ten sposób do nas. Wysyłając każdą płytę dołączaliśmy list z prośbą o recenzje, kontakt. I ludzie rzeczywiście odpisywali. W ten sposób poznaliśmy naszego przyszłego managera, Macieja „Jumę” Gozdka. Z fana stał się nieformalnym członkiem zespołu. Przejął całą marketingową działkę i zabrał się za promocje zespołu. Dzięki niemu graliśmy tak gdzie graliśmy”. I rzeczywiście. Panowie wychynęli z zacisza pokoju Krzysztofa i zaprezentowali się na festiwalu muzyki elektronicznej ZEF'99 w Piszu gdzie zagrali na koncercie debiutów. Co prawda nie było oficjalnych wyników, jednak zebrali największe owacje, mieli najwięcej bisów itd. Pojawili się też w programie III PR w audycji Top Tlen zajmując w 1999 roku dwie pierwsze pozycje (drugie Złote Miasta, pierwsze Spirale). Jak wspomina Krzysztof: „ Strasznie się emocjonowaliśmy finałem Top Tlenu. Byliśmy bardzo zaskoczeni wynikiem. Oczywiście był szampan z tej okazji i ogromne niedowierzanie.”

Spirale. Tytuły powstawały na zasadzie pierwszych skojarzeń z odsłuchiwania kompozycji i tak ten tytuł wziął się z fraktala wygenerowanego na Amidze. Wprowadzenie to „przeczyszczanie” kanałów stereo zestawem syntetycznych świergotów za których wyłania się mila dla ucha sekwencja, dołącza do niej pomruk basu, po chwili powabna, przeciągła linia z syntezatora, następnie odlegle uderzenia bębna i wreszcie parę taktów z górnego rejestru. Wszystko bardzo precyzyjnie rozplanowane tak aby kawałek mimo ze zbudowany z elementów powtarzających się przez całość nie brzmiał monotonnie. Rozkładając to na czynniki pierwsze można rzec, że nie ma tu jakiejś wyszukanej maestrii aranżacyjnej ale właśnie owa prostota ma oznaki genialności. Duet tworzy niesamowity, bardzo osobisty klimat o mocno zaznaczonym indywidualnym charakterze tak naprawdę nieporównywalnym do niczego w polskiej el muzyce. Inteligentnie zmieniają w ostatnich dwóch minutach formę delikatnymi fortepianowymi pasażami wplecionymi w echo zmierzając ku przejmującej, melancholijnej atmosferze zadumy i kontemplacji w duchu Vangelisa, która gwałtownie urywa się... Dreams. Inspiracją był teledysk i muzyka z "Dziewczyny Szamana", Justyny Steczkowskiej. Głuche, miarowe uderzenia –przypomina mi się pełen mroku i tajemnicy klimat noir z filmów typu Blade Runner. Napięcie rozładowują ciekawe wstawki ozdobników tworzące posmak czegoś na kształt Space Music. Subtelne, wyciszone z początku brzmienia przypominające wibrafon dodają niesamowitej przestrzenności kreując kolejny wspaniały poruszający kawałek. Czuć tu wiele emocji, czegoś na kształt żalu, rozczarowania, przygnębienia...trzeba mieć duży talent aby za pomocą syntetycznych dźwięków móc takie stany przekazywać. Utwór ten też jest dwustopniowy – druga część ma wiele wspólnego z elektroakustyką a dodanie saksofonu pod specyficzny rytm nasuwa mi jednoznaczne skojarzenia z dziwaczną, a przez to magnetyzującą muzyką Angelo Badalamentiego z Twin Peaks. Czyżby w ich głowach roiły się też takie irracjonalne wizje jak przekazywał ten serial? Zamknięcie to powtórzenie początkowej sekwencji co nadaje całości tej suity transcendentalny wymiar zatoczenia koła- cóż marzenia powracają... Złote Miasta. „Leciał wtedy w TV serial animowany o tym tytule. Jako, że oboje byliśmy fanami tej bajki, stąd tytuł”( Chodzi o 39 częściową mangę The Mysterious Cities of Gold z 1982 roku, XVI wieczną opowieść o indiańskim chłopcu Estebanie. Przyp. aut.) Jednostajne bicie przypominające wygłuszone uderzenia w beczkę spośród którego wykwita piękna melodia dość niekonwencjonalnie rozłożona na oryginalne brzmienia. „Fragment nr 2”. Konrad tworzył suitę, której każdy kawałek nazywał Fragmentem. Na płycie znalazła się część druga. Fantomowe echa otaczają nas ze wszystkich stron. Zaskoczeniem są wstawki z przeszkadzajek i basu które brzmią jak żywcem wyjęte z ...Hertla. Te wtręty rozbijają odbiór utworu jako typowego el bardziej przechylając szalę ku próbom eksperymentalnym. Jedynie przelewające się pasaże syntezatora utrzymują nas w klimacie tradycyjnej elektroniki. Dziwny a zarazem fascynujący utwór ukazujący niebanalne oblicze Remote.Spaces jako zespołu nie bojącego się wyszukanych form artystycznego wyrazu. „Miracle” toż to JMJ otwarcie z Randez Vous! Ale po chwili dochodzą sample przypominające ni to kwilenia niemowlęcia ni to pohukiwania jakiejś małpiatki i równa, rytmiczna sekwencja. Co chwila kompozycja jest wzbogacana tak więc stosują zabieg zastosowany w pierwszym utworze, przez co narasta mnogość brzmień. Kolejna ciekawa, ładna melodia. Zdaje się być najbardziej głośna bo oparta na perkusacjach z dodaniem interesująco brzmiącej gitary elektrycznej. Najbardziej „jam sesyjny” jak dla mnie kawałek. „Stars” z góry powiem, że wolę esensjonalną wersję koncertową z „Elektronicznie”. Tu ta zjawiskowa melodia ma dość długi wstęp mocno osadzony w elektroakustycznych zabawach dźwiękami –stąd prawie nieskoordynowane uderzenia talerzy, pojedyncze takty z fortepianu, uderzenia bębnów krążące między kanałami wszystko osadzone gdzieś w początkach elektroniki co nawiązywać miało do pierwszych mrocznych, improwizowanych płyt TD ale bliżej mi tu do Stockhausena czy Sali. Nie powiem, że nie jest to interesujące ale właściwa melodia Stars jest tak porażająco piękna, że jakoś to wprowadzenie wydaje mi się w zderzeniu z nią nieatrakcyjne. Inna rzecz, że być może o to autorom chodziło, o swoisty dysonans, coś jak Ying i Yang...Druga partia Stars to już bajka, jedna z najciekawszych kompozycji polskiej el. Minimalistyczna forma, ciekawe barwy, wyszukane brzmienia. Rewelacja. Zresztą artyści mieli poczucie nośności tego tematu, nazwa kompozycji wzięła się z tej części utworu gdzie „latający”, charakterystyczny arpeggiator kojarzy się właśnie z gwiazdami.
Niesamowicie dojrzały debiut. Ostatnio album został na nowo zremasterowany przez Jerzego „3N” Kapałę. Więc kto nie zna –zamiast wydawać krocie na zachodnie produkcje niech za parę symbolicznych złotówek zapozna się z tą fenomenalną muzyką. Wystarczy napisać : biuro@remotespaces.neo.pl (9.15/10)
Do posłuchania: http://s006.wyslijto.pl/index.php?file_ ... =&gk=cisco
Oraz: http://s000.wyslijto.pl/index.php?file_ ... inwestycje
Muzyka została stworzona na dwóch komputerach, Atari ST z Cubase Konrada i Amidze 500 z Music-X oraz dokończona na Amidze 1200 z Bars'n'Pipespro . Instrumentarium to: Ensoniq SQ, Yamaha SY22, GEM2, Yamaha MU80.
1.Spirale –8.05
2. Dreams –10.12
3.Złote Miasta –4.50
4.Fragment nr 2-6.03
5.Miracle-9.53
6.Stars-9.24

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #46580 autor: spawngamer » 28 lut 2007, 19:25

8.NERIOUS-PEJZAŻE (2005)
Tomasz Szymański znany pod pseudonimem Nerious (rocznik 1986) ma w dorobku już 4 tytuły. Jak twierdzi pierwszy kontakt z elektroniką to gdy jako czterolatek godzinami wsłuchiwał się w dźwięki kompozycji JMJ. Pierwsze własne utwory począł realizować w wieku 13 lat w programie "Music Creation" na konsoli Sony Playstation. Dwa lata później dostał komputer z kartą SBLive, a obecnie korzysta z oprogramowania komputerowego oraz keyboardu Yamaha PSR-520. Jest samoukiem. Swoją muzykę uznaje za szeroko pojętą muzykę elektroniczną w której można się dosłyszeć i trochę łagodnego el-popu, trochę szkoły berlińskiej, ambientu, czasem nawet elementy muzyki klasycznej. To jak dla mnie głównie ciekawe Melodic Electronic z dużym naciskiem na orkiestracje. Nic dziwnego skoro lubuje się w muzyce Griega i Bacha a z elektroników ceni JMJ i wczesnego Vangelisa.
Tomasz może się poszczycić skromnym dorobkiem wydarzeń artystycznych w jego życiu. Stąd za sukcesy uznaje już samo pojawienie się jego utworów w audycji Piotra „el_visa” Lenarta. Na żywo ładnie zaprezentował się w 2006 roku podczas drugiej edycji „Elektronicznego Woodstocku” w Kruszwicy a już wiadomo, że pojawi się tam także w roku 2007. Kojarzony był też z zespołem Endorphine ale w październiku 2006 ich drogi rozeszły się.
Inspiracją do albumu „Pejzaże” jak zdradza Nerious były wiszące w pokoju gościnnym jego domu obrazy z pejzażami, które Tomasz bardzo lubi. Zawsze pasjonowały go obrazy polskich łąk, jezior. „Niejednokrotnie je oglądam czy to w jakiś sklepach czy w Internecie czy właśnie u siebie w domu Poruszają mnie i uspokajają i tak powoli zrodziła się inspiracja”
Nad tą płytą pracował prawie rok, słychać wyraźnie, że zajmował się nią skrupulatniej bo jest rzeczywiście dobrze dopracowana. Na pytanie jak tworzy odpowiada: ”Mam swoje stanowisko obok lewego głośnika a drugi jest na skraju pokoju i go nie słyszę...więc ostateczny miks robię na słuchawkach a później jeszcze leżąc na łóżku i wsłuchując się w muzę, bo na łóżku jest idealnie; po prostu w tym miejscu głośniki są rozstawione jak powinny. Tworzyć lubię najlepiej nocą i przy całkowitej ciemności. Ale przy „Pejzażach” było różnie; jeden utwór robiłem wcześnie rano, inny po 22, wszystko zależy od weny. Największą wenę miałem w czasie lata z przyczyn wiadomych, miałem pejzaże za oknem i kiedy chodziłem na spacery. Mieszkam na przedmieściu blisko lasu i to na pewno tez miało jakieś znaczenie tej a nie innej inspiracji w tym czasie”. I tak każdy utwór przedstawia obraz mniej lub bardziej udany.
"Poranek nad strumykiem"; „inspiracją był strumyk, który znajduje się nieopodal mojego przedmieścia, mile ciepłe spokojne miejsce”. Utwór otwiera szum potoku, dźwięk dzwoneczków, piękne fortepianowe intro i ulotne chórki czyli zestaw typowy dla stylistyki New Age. Rozwinięcie to oparta na fortepianie ładna melodia naśladująca rytmem wartki bieg wody w tymże strumyku przechodząca niespodziewanie w subtelności wyciszające dość niespodziewanie całość. Zamiast rozwinięcia o które aż się prosi, przechodzimy w utwór „Sekwana” przedstawiający obraz wodospadu, też rozpoczynający się jak typowe NA z relaksacyjnej półki tego nurtu w miłej, powabnej oprawie. Ale spokojną melodią opartą na ciepłej barwie syntezatora opanowuje wspaniała wstawka smyków zmieszana z brzmieniem kotła. Ten świetny zamysł aranżacyjny ulega wyciszeniu, słyszymy jeszcze harfę i wpadamy w przepiękną, ze zmysłowością zagraną melodię. Dodanie fletu oczarowuje słuchacza już kompletnie. Potem słyszymy delikatną syntezatorową linię świetnie korespondującą z budującymi niesamowity klimat orkiestracjami nadając całości wykwintnego smaku. A wszystko to zrodziło się w głowie nastolatka... Szczerze jestem tym kawałkiem oczarowany od pierwszego przesłuchu. Początek „Tańca kwiatów” czyli obrazu targanej wiatrem łąki, przypomina mocno fragmenty poprzedniej kompozycji ale po chwili mamy już zmianę i słyszymy ładne, bezpretensjonalne miłe dla ucha ME. Ową swoistą jednostajność brzmień wynikającą ze skromnego zasobu narzędzi do tworzenia muzyki, Nerious stara się w bardzo usilny sposób kamuflować, tworzy naprawdę znakomitą mozaikę różnorodnych melodii wyciskając jak najwięcej z tego co miał dostępne. Ciekawie autor wykorzystał imitację zdaję się klarnetu i ponownie zwracają uwagę interesujące smyczki. Co przykuwa moją uwagę mimo, że melodia jest zapętlona to Nerious świetnie ją wyposaża w dodatkowe atrakcje choćby namiastkę sekcji rytmicznej, powodując, że słuchacz nie ma prawa się nudzić. Ciepłe, pastelowe dźwięki wpływają pozytywnymi wibracjami na dobre samopoczucie. Utwór „Chmurowy puch” przedstawiający chmury oplatane promieniami słońca, rozpoczyna się ascetyczną nostalgią, po chwili słychać wyraźne odpłynięcie gdzieś w przestworza kosmos i ...znów odpływam w stworzonym przez niego pejzażu. Wprost wzorcowa konstrukcja el przeboju, do których Nerious ma duży talent. Zwiewne, przestrzenne pasaże układającą się w arcydzieło nastroju. Najdłuższy na krążku „Śpiew gór” sam autor uznaje za trochę nieudany ...ku memu zaskoczeniu. Rozpoczyna się jakby to był Konrad Kucz ale minimalizm wkrótce niweluje sekwencja i podane po raz kolejny orkiestracje wsparte brzmieniem perkusji, fletu i instrumentu wiodącego jakim jest fortepian. Zwraca uwagę ciekawe rozplanowanie utworu stworzonego na kształt piosenki z refrenem i zabiegi mające dźwiękiem przekazać nam, że rzecz dotyczy gór, choćby przez wiatr hulający gdzieś na grani. „Opuszczona dolina” ma naszej wyobraźni podsunąć obraz opuszczonych, starych, drewnianych, niezamieszkałych domków usadowionych na pięknej, zielonej dolinie. I taka jest też tapeta dźwiękowa, stateczna, prawie nostalgiczna dzięki wykorzystaniu chociażby brzmień gitary na które zachodzą syntetyczne dźwięki tworząc kolejną interesującą melodię. „Księżyc i morze” - promienie księżyca padają nocą na morze a ty sobie siedzisz samotnie na molo i rozmyślasz o życiu.
Chórek , subtelny fortepian i dźwięki syntezatora wielce nastrojowe, wyciszone nagle przeradzają się po fagotowym intro w piękną kaskadę – kolejny niesamowity utwór. Znowu zwraca uwagę wykorzystanie instrumentów sekcji dętej. „Samotne drzewo” -samotne spróchniałe, ale dostojne drzewo powoli umiera. Właściwie cały utwór to szlachetne brzmienie fortepianu prócz zestawu sampli rozpoczynających i kończących tą opowieść. „Zachód słońca nad Behdam” inspirowany jest obrazem przedstawiającym angielskie miasteczko Behdam pędzla John’a Constable’a a ukazujący zachód słońca nad tym miasteczkiem. Słychać odgłosy letniego zmierzchu, cykady, ptaki i lejący się podkład syntezatora naśladującego owo chowające się za horyzontem światło naszej gwiazdy. Mamy więc dziewięć pejzaży od poranka po zachód.
Nerious nie tai, że korzystał z gotowych ustawień barw niekiedy je trochę zmieniając bo uważa że można wtedy zrobić lepszy utwór. I rzeczywiście wyszło mu to.
Świetna romantyczno relaksacyjna muzyka. Na dzień dzisiejszy nie widzę dla Szymańskiego rywali w nurcie ME z dużą domieszką New Age i świetnie zainstalowanymi orkiestracjami. Tą płytą postawił sobie bardzo wysoko poprzeczkę – czy uda mu się ją przeskoczyć? Zobaczymy. Jakby co warto do niego napisać o ten tytuł: sierzant28@wp.pl (9.17/10)

Do posłuchania:
http://s000.wyslijto.pl/index.php?file_ ... =&gk=forex
http://s005.wyslijto.pl/index.php?file_ ... &gk=kredyt
1.Poranek nad strumykiem-2.12
2.Sekwana-4.33
3.Taniec kwiatów-4.41
4.Chmurowy puch-4.27
5.Śpiew gór-8.26
6.Opuszczona dolina-5.02
7.Księżyc i morze-5.54
8.Samotne drzewo-2.05
9.Zachód słońca nad Behdam (dedykacja dla malarza John'a Constable)-4.18
Ostatnio zmieniony 28 lut 2007, 19:26 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #46687 autor: spawngamer » 02 mar 2007, 16:07

7.KiK -DARIUSZ KALIŃSKI & TOMASZ KUBIAK-EXPERIENCE HEADLAND (2001)
Płyta wydana jest bardzo ciekawie bo jest multimedialna. Wokoder w stylu Kraftwerk obwieszcza nam na tle panoramicznego obrazka w tonacji blue gdzie widzimy nagie, niewielkie skały zanurzone w morzu na tle potężnego łańcucha górskiego w oddali, że „na początku dwóch ludzi, kilka idei, wiele brzmień wykreowało muzykę”.
Menu umożliwia nam obejrzenie filmiku wideo zrealizowanego przez Witolda Pawlaka podczas koncertu tego duetu w Gorlicach, wejście w kontakt czyli adresy strony internetowej i mail, bonus track zagrany na bis w Gorlicach ( o adekwatnym tytule Bis, Bis ) oraz info o projekcie w którym przekazane są takie dane: „Nasza muzyka to mieszanka ambientu, brzmień i sekwencji elektronicznego rocka z lat siedemdziesiątych i współczesnej el. KiK powstał jako eksperyment do kreacji muzyki poprzez wymianę materiałów, gdzie tracki podsyłano bez objaśnień lub instrukcji co ma być zrobione a zadaniem muzyka było dodawanie nowych ich partii i fragmentów. Jedyna zasada jaka istniała –to co zaczęte nie może być nie dokończone. Fragmenty tego dzieła były prezentowane w sierpniu 2001 na festiwalu Ambient w Gorlicach. Wiele tam improwizowano. Widowisko oprawiono projekcjami slajdów astronomicznych odległych galaktyk, mgławic, drogi mlecznej, gwiazd, naszych planet etc. Zapis na płytę remasterowano cyfrowo we wrześniu 2001 roku”.
Niepokojące odgłosy i mroczne barwy syntezatora wprowadzają nas w świat kolaboracji Dariusza Kalińskiego z Tomaszem Kubiakiem jako KiK. Napięcie jest stopniowane z ciekawym wykorzystaniem przestrzeni tworzonej przez cichsze partie utworu. Z „ciemnych” dźwięków bliskich dark ambientowi powoli utwór przyobleka właściwy kształt gdzie uderzenia w bęben nadają rytm wysnuwanej pomału i rosnącej w siłę melodii, która w bardzo ciekawy sposób podbudowana zostaje przez intrygujące, niebanalne sekwencje porywające nas swą kosmiczną przestrzennością. Sekwencje są powtarzane i rosną w siłę wspomagane co rusz kolejnymi barwami i samplami. Zamglone, industrialne odgłosy łączą ten utwór z „Perpetuum Mobile” wykorzystującym jako swoiste koło zamachowe ulubione przez Kubiaka brzmienie organów, które uzyskuje po jakimś czasie sekwenserową nadbudowę w najlepszym „berlińskim” stylu. Dynamiczny, pełen rozmachu utwór świetnie łączy cechy melodyjnego el z typowym NBS. Płynne przejście do „Aboard The Wave”, kontynuacji wcześniejszego utworu, przypomina mi barwę wczesnego Vangelisa. Poprowadzona ze smakiem i wyczuciem, świetnie akcentująca mocniejsze wejścia, znów oparta na brzmieniach podobnych do organów i znów stopniowana patetyczność przekładająca się na moc decybeli. Kolejne tajemnicze odgłosy, pełne świstów a zarazem ulotnych brzmień trójkąta, zaczynają „Modulus”. Pełen odgłosów kosmosu podkład, snujące się leady i na swój sposób wyciszony, intymny klimat całości z prześwitującymi w połowie utworu ładnymi dźwiękami z syntezatorów dającymi niesamowitą, nadrealną atmosferę to esensja tego wyciszającego emocje utworu. Spokojne przepływanie muzyki przeplatane zwokoderyzowanymi wstawkami tworzy ciekawy klimat – tak jakbyśmy gdzieś we wszechświecie dryfowali majestatycznie olbrzymim statkiem kosmicznym. Kolejne niezauważalne przejście w „Gravity Landscape” miarowe pulsowanie i wplecenie gotycko brzmiących chórków i mamy gotowy podniosły nastrój celebrowany przez całość utworu aby zagęścić atmosferę doprawioną od połowy niesamowitym brzmieniem wydobywanym jakby z gigantycznych bębnów i przygotować nas na odbiór „Dreamy Gleam Glide”. A to już prawdziwy majstersztyk. Obaj panowie w wyrafinowany sposób manipulują w nim emocjami odbiorców. Ciekawe wprowadzenie, świetna solówka i nagły niesamowity rozmach budują niepowtarzalny, przepełniony patosem i wyszukanym pięknem utwór. Opozycja na której go zbudowano, delikatności solówki z pełnymi mocy wstawkami syntetycznego instrumentarium poraża mnie ile razy słucham ten utwór. Fenomenalny. Zresztą jego nośność docenili i sami twórcy właśnie tą kompozycję umieszczając z filmikiem avi . „Latency” otwiera jakby drugą część suity postambientalnymi strukturami wylewającymi się z głośników, które jednak otrzymują po ponad dwóch minutach zastrzyk melodyjnych partii. Mnogość oplatających nas brzmień poraża z tym, ze sama kompozycja jest spokojna. Nawoływania delfinów wprowadzają nas zaś w „Blue Pulse” najdłuższy na płycie utwór. Zastosowano w nim bardzo ładnie, nostalgicznie brzmienie przypominające saksofon tenorowy i całość oparto głownie na berlińskich sekwencjach. Zakończenie w postaci „Star Modulation” funduje nam kolejne odgłosy środowiska morskiego. Bąble, szum morza, mewy, nadmorski wiatr, delikatny syntezator, wstawki fantomowych „tomitańskich” chórków tworzą barwną feerię subtelnych doznań, znowu możemy się zatracić w tej muzyce....Oczywiście ostatnie dźwięki to organy i zestawy ozdób...
Była oficjalna strona internetowa, dalsze plany, nadzieje...Wspaniale, że chociaż pozostała ta płyta.
Można spróbować napisać czy panowie jeszcze nie posiadają do sprzedania tego tytułu lub któryś ze swoich solowych: Tomasz Kubiak: serwis@promusica.com.pl , Dariusz Kaliński darkal@o2.pl (9.21/10)
Do posłuchania: http://s000.wyslijto.pl/index.php?file_ ... k=transfer oraz: http://s005.wyslijto.pl/index.php?file_ ... =&gk=forex
1.Yes, We Are Sequenced...-8.48
2. Perpetuum Mobile-3.42
3. Aboard The Wave-3.50
4. Modulus-5.53
5. Gravity Landscape-4.03
6. Dreamy Gleam Glide-8.34
7. Latency -10.11
8. "Blue" Pulse -13.06
9. Star Modulation -8.11

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #47255 autor: spawngamer » 16 mar 2007, 17:01

6.REMOTE SPACES-ALPHA (1999)
Konrad Jakrzewski wspominał „Dostaliśmy sporo pozytywnych opinii i recenzji ( po wydaniu Spiral”przyp. aut.), co nas nakręciło mocno do dalszej pracy nad następnym albumem”. Panowie zawsze spotykali się raz na trzy, cztery miesiące konfrontując swe nagrania i próbując je połączyć. Częściej widywali się jedynie przed koncertami aby pewne rzeczy dopracować no i właśnie podczas powstawania tego krążka. Krzysztof „Horn” mówi: „Zręby utworów tak jak na Spiralach powstawały w naszych domach. Dopiero finalna produkcja odbyła się w studio Roberta „Baxa” Pietrzykowskiego. Tam spędziliśmy blisko 2 tygodnie poprawiając i kończąc materiał. Rodzice Roberta już nie mogli na nas patrzeć, bo ciągle przesiadywaliśmy w ich domu”.
I o nagraniach: „Pierwszy, otwierający płytę utwór powstał w sumie jako zabawa syntezą. Główne, ciężkie, industrialne brzmienie to fala poddana efektowi przypadkowości, która rozwija się praktycznie w nieskończoność, dając za każdym razem inny efekt. Bardzo nam to pasowało do obrazu zimnego, niedostępnego kosmosu. Jeśli ktoś przetrwa ten utwór potem każde brzmienie wydaje się przyjemnością”. Rzeczywiście „Światy odległe” brzmią podobnie do vangelisowskiego „Invicible Connections”. Szum kosmicznego wiatru i minimalistyczna forma oddechu kosmosu to co dostajemy na „dzień dobry”. Odległe tapnięcia, wyciszone rozciągnięte w czasie dysharmoniczne szumy tworzą dziwaczną, niesamowitą atmosferę. Wkracza w nią radykalnie dźwięk przypominający zmodyfikowaną formę odgłosu szybkiego pocierania o jakąś szklaną powierzchnię pojawiający się co chwila w różnych tonacjach. Dochodzą basowe linie i bardzo charakterystyczne właśnie dla Vangelisa dźwięki z wyższych rejestrów. Wreszcie pojawia się coś na kształt szkieletu melodii a bardziej jednak swobodnej struktury muzycznej. Zabawy elektroakustyką mogą przerazić tych którzy spodziewali melodii podobnych do tych ze „Spiral”. Myślę, że to ukłon autorów w stronę ich pierwszych prób z muzyką elektroniczną, z czasów nagrywania na mikrofon z kolumn głośnikowych – hołd dla tamtych pełnych pasji chwil.
„Kawałek Polaris tu ukłon w stronę TD. Kto zgadnie na jakim kawałku się wzorowaliśmy?(pewno coś z Jolliffem z „Cyclone” –przyp. aut.) Ciekawa historia wiąże się z fletem, który występuje pod koniec utworu oraz w Kochabie. Nagraliśmy kilka jego wersji , które nie pasowały do Polarisa, ale same w sobie były bardzo ciekawe. I w ten sposób powstał Kochab, w przerwie obiadowej, w pół godzinki została dograna reszta partii - bas, stringi, konga, perkusję i wibrafon”. Utwór otwiera zestaw efektów, które mogą sugerować że pozostaniemy w konwencji „Światów odległych” ale wpadająca w ucho, zapętlona sekwencja na tle której, w spokojnym rytmie odsłania się powoli linia melodyczna tej kompozycji zmienia konwencję utworu. Oszczędność połączona z ascetycznym, intymnym klimatem to wizytówka, rozpoznawalna cecha muzyki Remote Spaces. Po połowie utworu jako trzeci składnik dochodzi improwizujący flet w drgających konwulsjach i wycisza się podkład, flet pozostaje jedynym przekaźnikiem dźwięków a zakończenie to industrialne zimne odgłosy.
Podobne „mroźne” sample rozpoczynają „Miraż”. Krzysztof wspomina: „ Miraż to efekt zabawy w układanie ciekawych arpeggiatorów. Sam klimat nawiązuje do kanionowej muzyki TD. Sądzę, że udało nam się uzyskać w wokalizie efekt lekkości i pozytywnej energii. Nasza wokalistka Ola nuciła melodię z szerokim uśmiechem na ustach”. Kolejne szumy, trochę bardziej przypominające przyboje fal morskich, ładna melodyjna fraza z syntezatora, odgłosy kosmicznych boi, oszczędnie wykorzystują tym ciekawej zaznaczające się sample i wreszcie najpiękniejszy instrument czyli głos- sympatyczne podśpiewywanie w takt melodii świetnie podkreśla całość kompozycji.
Historię Kochaba podałem wcześniej i dodam tylko, że utwór ten mimo, że odpryskowy prezentuje się naprawdę znakomicie. Flet współgra w swych harcach z improwizującą perkusją i syntezatorem snującym pojedyncze barwy. Całość jest niezwykle plastyczna i przestrzenna. Ciepłe kolory wykwitające z tej muzyki mają transcendentalną, ponadczasową poświatę. To właściwie nie el tylko muzyczne, filozoficzne dywagacje...
Utwory Cubic i Little Sadness jak przyznaje Krzysztof „Horn” utrzymane są z rozmysłem w klimatach najsłynniejszego el –Greka. Przy czym dodać należy, że właśnie Little Sadness jest jedynym kawałkiem na płycie wyciągniętym z szuflady, z archiwów Krzysztofa – reszta powstawała specjalnie na to wydawnictwo. „Little Sadness” to bardzo nastrojowa fortepianowa impresja o romantycznych konotacjach z typowo vangelisowską poświatą ozdób w tle. „Cubic” to zaś marszowy rytm i fortepian kreujący napiętą atmosferę z dawką adrenaliny. Podniosły nastrój ponownie wytworzony minimalistycznymi środkami, przez dodanie perkusji nabiera nowego, uniwersalnego znaczenia rozbudowując przestrzeń utworu zaś dodanie fletu konwersującego z fortepianem nadaje całości lekkości.
„Południk 15” świetnie wieńczy krążek. Nostalgiczny, na swój sposób dotknięty romantycznym smutkiem w fenomenalny sposób ukazuje kunszt grupy w budowaniu doskonałych kompozycji. Interesująco zaznaczony rytm, instrumenty rozplanowane w doskonały sposób w odpowiednich miejscach i niewielka, ale bardzo smaczna ilość syntetycznych dodatków.

„Pierwsza płyta jest bardziej emocjonalna i entuzjastycznie przygotowana. Tu słychać większe dopracowanie, pewien rodzaj dystansu i muzyczny intelektualizm. Muzyka na pewno była bardziej technicznie dopracowana niż na Spiralach. Udało się uzyskać zimne, surowe brzmienie. Przyznam, że nie do końca jestem zadowolony z tej płyty. Głównie z improwizowanych partii fortepianowych, które powstawały na szybkiego, w gorączkowej atmosferze. Miałem chyba wtedy drewniane palce, bo wszystko brzmi sztywno i nierówno”.

Interpretację całości krążka zamieścili samy twórcy. Motto Alphy to "Przed wami wszechświat, przed wami przestrzenie, wybierz się z nami odkrywając..." W zamierzeniach muzyka miała oddać klimat podróży międzygwiezdnych prowadzących m.in. do najbardziej
znanych obiektów astronomicznych a nawet do nowych światów. siedem utworów zostało podzielone na dwie części. pierwsza zawiera "obrazy wszechświata" (m.in cygnus a, alpha umi, beta umi) druga natomiast to "droga do gwiazd" (lmc, la terra promise).
I tak „na początku towarzyszył nam strach, niepewność, lęk przed nieznanym (cygnus A- utwór 1). powoli przyzwyczajaliśmy się jednak do ogromu wszechświata. wokół nas panowała ciemność, chłód i materia kosmiczna (polaris-utwór 2). pamiętając niedawno mijaną, ostatnią znaną przystań w mgławicy krab (m1-utwór 3), w gwiazdozbiorze byka, żegnaliśmy słabnące światło latarni kosmicznej - beta umi(utwór 4)... traciliśmy już nadzieję na dotarcie do celu podróży. jednak nagły zwiastun dodał nam energii i uspokoił buntownicze nastroje załogi. W sercach pojawiła się utracona wiara (lmc-utwór 5), a ustąpił pesymizm. Nagle zanurzając się w nieznany nam obłok materii kosmicznej (m42-utwór 6), odkryliśmy cel naszej podróży - la terra promise (utwór 7)...
Jeśli chcecie odbyć podobną podróż jak my, zapraszamy na pokład "alphy", a my już będziemy waszymi przewodnikami” . Od siebie dodać mogę już tylko – absolutnie koniecznie dajcie się porwać w tę eskapadę. (9.44/10)
Do posłuchania: http://s006.wyslijto.pl/index.php?file_ ... =&gk=forex
Oraz http://s002.wyslijto.pl/index.php?file_ ... wn=&gk=gsm

1.Światły odległe-8.30
2.Polaris –8.46
3.Miraż-7.43
4.Kochab-3.23
5.Little Sadness-3.50
6.Cubic-6.13
7.Południk 15-6.24
Ostatnio zmieniony 18 mar 2007, 18:42 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #47505 autor: spawngamer » 21 mar 2007, 15:56

5.MAREK BILIŃSKI- E#MC2 (1984)
Sukces komercyjny albumu „Ogród króla Świtu” zaskoczył Bilińskiego i zmobilizował do intensywnej pracy. Niesiony falą inwencji począł pisać kolejne utwory. Manager artysty, Piotr Nagłowski wpadł na pomysł wydania singla, który miał być zapowiedzią drugiego longplaya. Znalazły się na nim dwa utwory: „Ucieczka z tropiku” i „Dom w dolinie mgieł”. Oba stały się wielkimi przebojami. W ówczesnych czasach miernikiem popularności była niezwykle opiniotwórcza Lista Przebojów programu III PR Marka Niedźwieckiego. W czasach stanu wojennego skupiała rzesze radiosłuchaczy przy odbiornikach. Do dzisiaj audycja otoczona jest kultem, niestety podszytym głównie nostalgią...Dom w dolinie mgieł pojawił się w 83 notowaniu (listopad 1983) i na 12 tygodni pobytu w TOP 40 doszedł do 20 pozycji co jak na utwór instrumentalny było znakomitym wynikiem. Jednak apogeum popularności, taką, że zaczęto go rozpoznawać na ulicy, zdobył Biliński dzięki teledyskowi „Ucieczki z tropiku” promowanemu w 1984 roku. Młodzi realizatorzy z Telewizji Szczecin (S. Falkiewicz, G. Lickiewicz i M. Oziewicz) zaproponowali Bilińskiemu nagranie nowoczesnego teledysku. W owych czasach królowały statyczne pokazy śpiewających grajków. W ciągu jednego dnia zdjęciowego nagrali z Bilińskim kilka scenek a następnie dołączyli do tego świetnie zsynchronizowane z muzyką sceny kraks samochodowych, eksplozji śmigłowców, wybuchów zaczerpnięte m.in. z Blues Brothers i filmów o Jamesie Bondzie, agencie 007. Dynamiczny teledysk opowiada historię mężczyzny (Biliński) który za pomocą joysticka i klawiszy w tajemniczej maszynie powoduje te wszystkie kolizje by na końcu przewrotnie sam stać się ofiarą. Video zdobyło olbrzymią popularność stając się klipem roku 1984. Na Liście Przebojów „Trójki” utwór dociera w kwietniu 1984 do 11 pozycji. Te wydarzenia dały Bilińskiemu dodatkowe bodźce do szybszego zrealizowania kolejnej płyty. Artysta wyznaczył sobie jako cel nagranie muzyki ambitniejszej niż na poprzedniej płycie. Krążek nagrywany był już z nowym sekwencerem Roland CSQ600 oraz z perkusją Roland TR808 a partie basowe zrobiono na Rolandzie SH101. Stylistycznie wydana przez Polton płyta miała być ukłonem w stronę szkoły niemieckiej: Klausa Schulze i Tangerine Dream ( zwróćmy uwagę choćby na okładkę gdzie na eksponowanym miejscu pojawia się mandarynka).
Płyta utwierdza popularność Bilińskiego. Był wtedy w plebiscytach na najpopularniejszego instrumentalistę przez pięć pod rząd kolejnych lat (1981-85) na pierwszym miejscu. W tym czasie zainteresowały się nim film i teatr. Romans z muzyką ilustracyjną rozpoczyna od dogrania muzyki do baletu zrealizowanego przez ośrodek warszawski TVP pt. „Mały Książę” i filmów „Krewa” oraz polsko czeskiej koprodukcji dla młodzieży „List Gończy”(1985). Przypisuje się mu też autorstwo muzyki do kultowego programu edukacyjnego "Przybysze z Matplanety" powstałego w 1984 a emitowanego w latach 1987-90 gdzie rolę Pi w grała Dagmara Bilińska. Jego muzykę adoptowano też do potrzeb programów popularnonaukowych Sonda i Spectrum do którego na czołówkę wykorzystano motyw z „Po Drugiej Stronie Świata”. Nadchodzi tymczasem rok 1986 i Bilinski nagrywa płytę „Wolne loty” gdzie pojawia się technologia cyfrowa w postaci Yamahy DX7 z MIDI, Yamaha RX 11, z którego automatyczna perkusja zdominowała całe wydawnictwo, pogłos Yamaha REV-7, sekwencer wielośladowy Yamaha QX1. Dzięki nowemu instrumentarium zaczęła się łatwość tworzenia rytmów i pragnienie wykorzystania możliwości nowych urządzeń, które nadawały się do tworzenia muzyki bardziej popowej. Poszczególne utwory inspirowane były barwami DX7, który zafascynował go możliwościami kształtowania dźwięku. Płyta ta dość mocno różni się brzmieniowo od swych poprzedniczek. Wtedy też realizuje projekt muzyczny do najpopularniejszego filmu z jego dźwiękami czyli "Przyjaciela Wesołego Diabła" w reżyserii Jerzego Łukaszewicza (1986), którego kontynuację "Bliskie Spotkania z Wesołym Diabłem" (1987), ilustruje już zagranicą. Wyjazd na rządowy kontrakt jako wykładowcy do Akademii Muzycznej w Kuwejcie spowodowany był kuszącą ofertą finansową. Biliński chciał się usamodzielnić, kupić nowe instrumenty, zebrać pieniądze na własną pracownię twórczą. Okres ten zapoczątkował dość długie milczenia artysty przerwane tylko składanką przebojów przewrotnie zatytułowaną „Ucieczka do Tropiku”(1987). W Kuwejcie pisze fantazję symfoniczną „Twarze Pustyni” gdzie starał się zawrzeć wszystko to, czego nauczył się w kręgu kultury arabskiej i które stały się później podwaliną pod „Dziecko Słońca”. „Twarze Pustyni” miały uświetnić obchody 30-lecia niepodległości Kuwejtu, lecz agresja Iraku uniemożliwiła realizację tego przedsięwzięcia. Dopiero po wojnie w Zatoce Perskiej "Twarze Pustyni" wraz z diaporamą artysty fotografika Jacka Woźniaka, reprezentowały Kuwejt na Światowej Wystawie EXPO'92 w Sewilli w Hiszpanii. Gdy Irak zaatakował Kuwejt Biliński z rodziną akurat byli na wakacjach w Polsce. W Kuwejcie został cały sprzęt, który udało się odzyskać dzięki pracownikom polskiej ambasady. Po tej wojnie powrócił do Kuwejtu gdzie zastał splądrowane mieszkanie, postanowił więc zabrać pamiątki i wracać do kraju tym bardziej, że w Polsce akurat nastąpiła zmiana ustroju. Niestety pierwsze hausty wolności przyniosły też bezprawie czyli piractwo, które okradało go z tantiem. Pierwszą firmą , która po powrocie zaczęła go legalnie wydawać, był prywatny Digiton a wkrótce pojawiły się też duże koncerny fonograficzne. Biliński powoli odzyskiwał należne mu miejsce. W 1990 roku przyobleka dźwiękami dokument „Z Filmoteki Polskiej” a rok później baśń Kondratiuka „Ene...due...like...fake” oraz umuzycznia słynny teleturniej „Koło Fortuny”. Fanów oczekujących nowego materiału zaskakuje pod pseudonimem MaBi wydając składankę syntezatorowych coverów (1993). I wreszcie w 1994 roku wydaje nowy album „Dziecko Słońca”. Milczenie spowodowane było zarówno walką z piractwem jak i długim procesem odzyskania praw do wszystkich swoich płyt (zakończone w 1994), które od tej pory zaczął sam wydawać pod szyldem BiMa Biliński Production, w formie kompaktowych reedycji. Płytę „Dziecko Słońca” nagrał już przy użyciu komputera kupionego w Polsce, Macintosh’a Classic. Część jej realizował jeszcze w Kuwejcie na QX1, potem przetransponował to na komputer, a reszta płyty powstała już na Macintoshu. Wtedy też zaczął pracować na programie Digital Performer i od tego czasu jest to główny program, jakiego używa w studiu. Płyta owocuje tym, że w plebiscycie czytelników branżowego pisma "Muzyk" Biliński został uznany najlepszym kompozytorem i najlepszym wirtuozem syntezatorów roku. „Dziecko Słońca” usłyszała Ewa Wycichowska, szefowa Polskiego Teatru Tańca. Zainspirowana tą muzyką stworzyła spektakl baletowy pod tym samym tytułem, którego premiera odbyła się na scenie Teatru Wielkiego w Poznaniu pod koniec 1995. Biliński znowu jest na topie -nagrywa m.in. recital dla TVP 2 pt. "Muzyczne Opowiadania", tworzy muzykę dla Gali Wręczenia Nagród Polskiego Przemysłu Fonograficznego -"Fryderyk '96” i “Fryderyk '97" i wydaje swoje płyty na rynek amerykański poprzez “The Minden Pictures Collection”, często gości w audycjach radiowych i telewizyjnych. Rok 1998 przynosi kolejną składankę "Marek Biliński The Best of" jak i wydawnictwo „Refleksje I-IV”. Płyta ta powstała na zamówienie. Na premierze baletu „Dziecko Słońca” pojawiła się Agnieszka Duczmal. Spodobała się jej ta muzyka i zamówiła u niego utwór na koncert z okazji 30-lecia swojej pracy artystycznej i jej poznańskiej Orkiestry Kameralnej "AMADEUS". Premiera miała miejsce w Filharmonii Narodowej w Warszawie, a poszczególne części (Toscania, Loara, Bolero, Sevilla ) noszą nazwy miejsc gdzie koncertowała orkiestra A. Duczmal. Refleksje to utwór akustyczny na orkiestrę kameralną z dużą baterią instrumentów perkusyjnych bez użycia instrumentów elektronicznych. Biliński ma też w swej karierze realizacje na potrzeby teatru : "Romeo i Julia" w Zamościu, "Hamlet" w Warszawie, "Kreacja" w Szczecinie ale szczególnie dumny jest z płockiego przedstawienia sztuki „Brat Naszego Boga”, Karola Wojtyły w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego gdzie muzykę napisał wspólnie ze znanym kompozytorem Wojciechem Trzcińskim. Od kilku lat pracuje nad najnowszym albumem. Mozolna praca powoduje że ma to być płyta mozaikowa gdyż przez ten okres różne style miały na niego wpływ. Niewykluczone, że wyjdzie też jej druga wersja zrealizowana przy udziale całego towarzyszącego Bilińskiemu podczas koncertów zespołu.
Biliński twierdzi, ze nigdy nie zabiegał o możliwości koncertowania, obcy mu jest marketing po prostu korzystał z zaproszeń, które były do niego wystosowane. Rzeczywiście ma na swym koncie i bardzo kameralne i bardzo medialne przedstawienia. Początki to wielkie plenerowe koncerty w oprawie światła i laserów na Wałach Chrobrego z okazji 750 lecia Szczecina (1993) i na Wiankach pod Wawelem w Krakowie (1994), które oglądało łącznie blisko 50.000 widzów. Kolejne to Międzynarodowy Zjazd miłośników Garbusa w Dobrym Mieście (1995,1996) Euro - Eko Meeting w Złotowie, gdzie artysta wystąpił w międzynarodowym składzie na niezwykłym multimedialnym koncercie - "Początek Światła", który został uznany za jedno z najciekawszych wydarzeń artystycznych roku i wyemitowany w TVP 1, Dni Przemyśla, Dni Rzeszowa, na sopockim Molo, na dziedzińcu Zamku Książat Pomorskich w Szczecinie, w Teatrze Stanisławowskim w Łazienkach (1996), Teatr Polski w Warszawie, czysto elektroniczny festiwal ZEF w Piszu (1997), Plac Zamkowy w Warszawie (1998), Lotnisko w Bemowie W.O.Ś.P. Jurka Owsiaka, 70 lecie PLL LOT, sopockie molo, Zlot Elektronicznych Fanatyków -Pisz (1999) koncert transmitowany na żywo w TVP 1 pt. “Gniezno - 2000 - Dźwięk - Ogień - Światło – Kolor” uświetniający odbywający się tam Zjazd Pięciu Prezydentów państw europejskich gdzie specjalnie na ten koncert sprowadzono największe bębny w Europie (2000), koncert z okazji Dni Michała w Żaganiu, zakończenie Światowych Igrzysk Polonijnych w Sopocie (2001) Dni Sosnowca (2002), w Gdańsku na Starym Mieście na wyspie Ołowianka przy brzegu Motławy koncert multimedialny „Noc Świętojańska” uświetniony przez tancerzy na łodziach, Koncert Pod Gwiazdami na Starym Mieście w Toruniu, dla telewizji HBO — AXN, ostatni ZEF , gdzie także prowadził warsztaty muzyczne (2003), Symfonia Trzebnicka na terenie Klasztoru Sióstr Boromeuszek w Trzebnicy, Dni Bogatyni, sopockie molo, Ricochet Gathering W Jeleniej Górze, warszawski klub Dekada (2004), pod Ratuszem w Bielsko Białej, klub Czaszkajara we Wrześni, uroczysty koncert pod patronatem Prezydenta m.st. Warszawy z okazji otwarcia wystawy „Warszawa Przyszłości” w centrum miasta na płycie głównej Pałacu Kultury i Nauki z wizualizacjami na ekranach ledowych, projekcjami laserowymi oraz pokazem sztucznych ogni, Dni instrumentów klawiszowych w Poznaniu (2005), klub Sothis w Radomiu i warszawskim klubie On-Off (2006). Jego koncerty zaskakują odchodzeniem od tradycyjnej elektroniki i prezentowaniem starych nagrań choćby w saksofonowych wersjach. Od dłuższego czasu Biliński występuje na stałe na koncertach z basistą Wojciechem Pilichowskim, gitarzystą Krzysztofem Misiakiem i perkusistą Tomaszem Łosowskim. Tu anegdota. Tomasz jest synem Sławomira Łosowskiego, syntezatorowego twórcy przebojów grupy Kombi. Po rozpadzie tej formacji zaległ w twórczy niebyt tworząc jedynie z synem płytę „Nowe Narodziny” (1994) mającą na celu promocję syna, utalentowanego bębniarza. Biliński po występie Tomasza na ZEF-ie zaczepił go wypytując o ojca. To on wyciągnął Łosowskiego z marazmu – niestety przygotowywany na następny ZEF jego koncert nie wypalił gdyż impreza się nie odbyła. Ale Łosowski poczuł wiatr w żagle i pracuje obecnie nad solowym materiałem.
„Porachunki z bliźniakami” eksponuje automat perkusyjny sprzężony z dźwiękiem przypominającym rapowy scratching. Radosny, wesoły rytm wprowadza nas w żywe wibracje. Artysta wplata to rozliczne improwizacje stawiając jednak głównie na melodię i harmonię. Sen mistrza Alberta jest dość zaskakujący. Zwiewny, stonowany przypomina smutną przypowieść o samotności. Głównie słychać dźwięk przypominający dmuchanie we fletnie pana oraz kilka barw jak żywo przypominających Vangelisa. Ale pojawia się też promyk pogodności. Jakby dźwięk klawesynu nagle przyspiesza utwór nadając mu prawie groteskowej formy ale i właśnie owej radości. Pęd zostaje wytracony i znów pływamy w nostalgicznych nastrojach, które Biliński fenomenalnie potrafi budować. „Po drugiej stronie światła”. Biliński nie lubi stwierdzenia, że jest drugim Jarre’m z tym, że chodzi tu tak naprawdę o pewne zjawisko a nie muzykę czyli wydobycie podobnie jak to było u JMJ el gatunku z getta ku masowemu odbiorcy. Z tym, że istnieje jeden utwór który brzmi jak żywo wzięty z sesji Oxygene. Właśnie ten. Te ślizgające się świergoty fotonów przemykających miedzy kanałami w kosmiczną przestrzeń, ten zapętlony podkład znakomicie imitują czasy świetności Francuza. Piękna solówka prowadząca niebanalną melodię przez większość kompozycji dopełnia całości. Tytułowy kawałek jest najbardziej artystowski w swym wyrazie. Pierwsza część ponad dwudziesto minutowej suity otwierają imitacje dźwięków rotora śmigłowca, zmian ciśnień w rurach, dziwnych kwaczących dźwięków by wpleść w końcu automat perkusyjny zespolony z improwizowaną solówką wskazującą na eksperymentalny charakter utworu. Biliński szaleje w zwariowanych kakafoniach po klawiaturze wystawiając nas na próbę wytrzymałości. Tworzy się coraz więcej dysonansu, struktury przyjmują nieokreślone kształty by w powodzi dźwięków wykrystalizować spokojniejszy trzon części drugiej, która rytmem przeradza się w marszową pieśń z ładną, subtelną barwą syntezatora na przedzie. Część trzecia wykorzystuje masywne, podniosłe brzmienie organ świetnie korelujące z drobnymi, cichymi wstawkami keyboardów. „Dom w dolinie mgieł” to klasyk polskiej el muzyki. Najczęściej coverowany utwór tego wykonawcy, gdzie w majestatyczny sposób zbudowano klimat tego evergreena. „Ucieczka z tropiku” zaś dzięki teledyskowi to najbardziej rozpoznawalny utwór Bilińskiego, wpadający w ucho i ciekawie zaaranżowany.
Co tu dużo pisać. Klasyka, która się nie starzeje mimo upływu eonów lat w technice.(9.45/10)

do posłuchania : http://s000.wyslijto.pl/index.php?file_ ... zpieczenia
oraz http://s000.wyslijto.pl/index.php?file_ ... zpieczenia
1.Porachunki z bliźniakami 4.58
2. Sen mistrza Alberta 4.50
3. Po drugiej stronie Świata 10.14
4. E#mc2 20.51
Część I. 6.51
Część II. 6.00
Część III. 8.00
5. Dom w Dolinie Mgieł 3.50
6. Ucieczka z tropiku 3.59

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #47595 autor: spawngamer » 23 mar 2007, 15:14

4.ROBERT KANAAN-KARAIBI(1999)
Myślałem, że nie uda mi się skontaktować z tym artystą. Pogłoski mówiły, że na stałe wyjechał zagranicę ale próbowałem mimo to. Dużym więc zaskoczeniem dla mnie było gdy usłyszałem w telefonie „Dzień dobry, słyszałem, że mnie pan szukał –mówi Robert Kannan”. Twórca Karaibi był mile zdziwiony, że zawędrował w moim Topie tak wysoko. A to dla mnie zaskoczeniem nie było.
Tytuł tej płyty wziął się od nazwy wysp karaibskich i sygnalizuje, że tematyka krążka tkwi w naturze kultur słonecznych rejonów świata. Z tym że idea która przyświecała Kanaanowi to nie banalna radość turysty ale i przekaz o zmęczeniu ciepłem słońca. „Bardzo dużo podróżowałem i zmieniała się moja percepcja postrzegania egzotycznych, skąpanych w słońcu miejsc na ziemi”. Dwa tygodnie dla wczasowicza w upalnym klimacie to ekscytująca przygoda. Ale dla tubylców będących tam non stop to swoiste przekleństwo. Kanaan chciał ukazać ten kontrast, ową drugą stronę medalu a zarazem zawrzeć pewne nostalgiczne obrazy, zjawiska , zdarzenia, z którymi się zetknął.
Może więcej o samym Kanaanie. Jego pseudonim wzięty z tradycji judeo-chrześcijańskiej jak i kolaboracje na 3 cd z ks. Jezuskiem zawierających pieśni religijne wskazywałyby na duże znaczenie religii w jego życiu ale Robert zaprzecza, że ma to jakąś szczególną wagę. Interesuje go charakterystyczna stylistyka pieśni religijnych co znalazło także ujście w tytule „Białe Gołębie”. Płyta zawiera elektroniczne transformacje tradycyjnych pieśni Staroobrzędowców zrealizowane do spektaklu pod tytułem „Białe gołębie” wystawionego podczas międzynarodowej artystycznej wymiany młodzieży „Intersztuka na wsi” a będący kolaboracją Kanaana z zespołem „Riabina”.
Wszystko zaczęło się od zespołu reggae Katharsis. W tej muzyce Kaanan szukał bardziej muzyki niż rytmu bo jest melodyjna i sporo tam subtelności ale przez to, że nie jest twórcza jego zainteresowanie nią wyczerpało się. W 1992 roku rozpoczyna karierę solową i sięga po elektronikę. Jako powód Kanaan podaje to, że muzyka syntezatorowa to najprostsza droga do realizowania pomysłów muzycznych. Wydał dwie kasety MC, Panocean i Primavera, a te zwróciły na niego uwagę m.in. Jerzego Kordowicza u którego odtąd był częstym gościem w programie „Trójka pod księżycem”. Jego muzyka elektroniczna, jak sam pisze osadzona jest "gdzieś pomiędzy Jethro Tull, Clannad, Enyą i Oldfieldem i zaprawiona pewną dawką klasyki." Specyfika brzmienia, dalekie echa etniczne, klasyczna melodyka to charakterystyczne elementy jego el muzyki. Kanaan miał okazje sporo koncertować w kraju i za granicą. Jego występy posiadają bardzo wyrazistą oprawę malarską wzbogaconą efektami pirotechnicznymi i laserowymi, a czasem także postaciami na szczudłach, przechodzącymi tajemnicze matamorfozy. Jest też autorem scenariusza dwugodzinnego programu muzyki instrumentalnej zbliżonej stylistycznie do elektronicznych kompozycji Jarre'a, Vangelisa, z oprawą pirotechniczną koncertu.
Elektronika w czystej postaci jednak została w jego twórczości zepchnięta na drugi plan. Dla Roberta Kanaana najważniejsza zaczęła być muzyka ilustracyjna do przedstawień teatralnych. Kanaana interesuje kompatybilność muzyki z literaturą i ogólnie kulturą. Dla niego też ważne że do teatru trafia rzadko ktoś przypadkowy. Nabył przy tych realizacjach wiele umiejętności i wiele odkrył, sztuka wymaga podkreślania tego co dzieje się na scenie czyli szukania w muzyce sposobów wyrażania emocji i transpozycji, podkreślania za pomocą języka muzyki wydarzeń i idei, które dana sztuka stara się przekazać. Najpierw była „Sonata Belzebuba” w reżyserii jego przyjaciółki Julii Wernio w Teatrze Miejskim w Gdyni z którym notabene współpracuje na stałe. Potem oryginalna muzyka pod sztukę Szekspira „Sen nocy letniej” i...Kanaan połknął bakcyla. Od tej pory ma na swym koncie imponującą ilość ponad dwudziestu przedstawień wzbogaconych jego muzyką, od komedii, groteski przez poetyckie poematy po bajki. Dwie wspomniane wcześniej ukazały się jeśli chodzi o muzykę na CD, ale kilkadziesiąt godzin oryginalnych dźwięków pozostaje nie wydanych. Kanaan stwierdził, ze sporo tam ciekawej elektroniki i być może kiedyś wydobędzie najciekawsze fragmenty z tego archiwum. Te prace doczekały się laurów takich jak uznanie przez "Rzeczpospolitą" Kanaana za autora najlepszej muzyki w sezonie scenicznym w Polsce laur "Tygodnia Młodej Sztuki" w Poznaniu. Dzięki temu pojawiły się też realizacje TV dla Telewizji publicznej (m.in. autorski cykl Elektroniczne Sny) jak i projekty performance (m.in. Rzeczywistość Dwuwarstwowa - projekt autorski, Muzeum Narodowe w Inowrocławiu). Pośród jego występów były elektroniczne Festiwal Ambient i ZEF w Piszu, jak i Festiwal Teatralny MALTA w Poznaniu, Festiwal Maria Carmen (Polska i Czechy) Chodzież Festiwal Teatrów Nocy - Wrocław Festiwal Teatrów Ulicznych - Chojnice, festiwale archeologiczne w Muzeum Archeologicznym w Biskupinie.
Magiczny Rejs 1- przyobleka formę ascetycznego wstępu wspartego po dłuższej chwili miarowymi, głuchymi industrialnymi uderzeniami wspartymi zarysem melodii. Pod koniec odpływa to w stronę wszechogarniających wibracji talerzy perkusji i snucia się klaustrofobicznego dźwięku. Rozpoczynamy nas rejs nowoczesnym środkiem lokomocji w świat Karaibów. I tak przechodzimy w mechaniczne brzmienia części 2 – gdzie nużąca powtarzalność imituje odczucia które chce przekazać autor kompozycji. Czyli że słońce na dłuższy dystans z sympatycznego, upragnionego może stać się przekleństwem...A może to bardziej o monotonni podróży? Mimo to przebijają się tam ciekawe solówki syntezatorowe wpadające w część 3. Tym razem „niewolnicze”, przypominające łomot łańcuchów –czyżby aluzja do wypalającego wszystko słońca? A więc już dotarliśmy w ten skwar, żar bijący z nieba. Dźwięki splata przepiękna wokaliza sopranistki Elżbiety Stengert, z którą autor współpracował kilkakrotnie w teatrze, mająca zapewnić swoisty kontrast – słonce to także życie...A potem już część 4 i Kanaan ujawnia się jako niesamowity melodysta. Pierwsza piękna instrumentalna kompozycja niosąca relaks i ukojenie. Obraz radości –dobiliśmy do raju. Sympatyczne rytmy i miła dla ucha gra na gitarze w dialogu z syntezatorem. Ginie rytm, spowalniamy i kolejna perełka nastroju czyli część 5.Upajamy się beztroską i wypoczynkiem. Dostojna melodia wsparta kolejną piękną wokalizą Stengert ładnie zinstrumentalizowana i świetnie rozpisana na odpowiednie akcenty. Zadziwia duża swoboda warsztatowa Kanaana, kreującego doskonale aranżacje. Długość tej suity sygnalizuje także znaczenie tematu ale przejdźmy do ciągu dalszego. Katamaran nie ma na dobrą sprawę nic wspólnego z el – to doskonały wzorzec jak powinien brzmieć udany utwór instrumentalny. Parę riffów gitary lekko wzbogaconych śladową ilością brzmień z keyboardu i uderzenia elektronicznej perkusji przemieszczające się między kanałami. Na plan wychodzi gitara elektryczna snująca główny wątek melodii z ciekawymi przesterami, wreszcie dochodzi pastelowe brzmienie przypominające łagodną wersję fujarki, ładnie otoczone ozdobnikami i przy kolejnym powtórzeniu pałeczkę przejmuje niesamowicie brzmiący fortepian w stylu Bruce’a Hornsby’ego...Melanż chilloutu, delikatnie posypanego jazzem z el muzyką daje fenomenalny, relaksacyjno- pogodny klimat pełen miłych dla ucha wtrętów. Muzyka współgrająca z wyobrażeniem katamaranu przecinającego morskie bryzy. „Szmaragdowy potok” opiera się o azjatyckie brzmienia wydobywane z syntezatora w spokojnej melodii z ledwo zarysowanym chórkiem, która przechodzi wreszcie w pięknie poprowadzoną przez Martę Wiśniewską na altówce melodię idealnie wpasowującą się w New Age w stylu Lucii Hwong czyli wykorzystującą dźwięki charakterystyczne dla państwa środka. Ma posmak bajkowej opowieści. „Karaibi” zyskuje vangelisowskie, natężenie patosu wykreowane przez typowe dla tego Greka brzmienia, które wirują wokół melodii wygrywanej na fortepianie. Kolejny ładnie rozplanowany utwór z czytelnie zaznaczonym refrenem świetnie skonstruowanym z różnych brzmień gitary elektrycznej podkreślonymi perkusacjami. Pełna rozmachu wizja wysp karaibskich. ”Król atolu” – nie wiem jak on to robi, kolejna przyjemna, wpadająca w ucho melodia z świetnie dobranymi brzmieniami (skojarzenia drugiego planu z Clannad) zwłaszcza w pamięci pozostaje ciepłe, słoneczne granie gitary akustycznej splecionej z gitarą hawajską i ciekawe operowanie „cykaniem” przeszkadzajek. „Szmaragdowa tancerka” –rytm staje się spokojniejszy, początek przypomina pozytywkę, znów altówka i dostajemy porcję dźwięków przypominającą jakąś mało znaną kolędę. Lecz od połowy przyspieszamy gdy do głosu dochodzi wzmocnienie instrumentami perkusyjnymi i całość wybrzmiewa jako wesoła, radosna pieśń życia... „Noc Andromedy”. Tę kompozycję dominują pojedyncze uderzenia bębna z wplecieniem syntetycznych smyczków, fagotu, fortepianu, kreując jako całość ascetyczną, stonowaną na swój sposób konstrukcję utworu. „Błękitny miecz” to znowu nawiązanie do Vangelisa. Charakterystyczne pulsacje syntezatora z mocniejszymi podkreśleniami, nadają ton melodii snującej się wokół. Podniosły nastrój podkreśla sekcja smyczkowa i dęta, świetny głos Stengert. „Seysha” zafundowana jako zakończenie skromny oparty na paru dźwiękach wstęp i niebiański chór z dodanym potężnym uderzeniem w bęben plus falujący syntezator –szykuję się na mocarny finał w stylu Kubiaka a tymczasem...przewrotnie Kanaan idzie drogą spokojnej melodii, pełnej spokoju, odrobiny nostalgii no i piękna.
Ta płyta ukazuje maestrię Kanaana w tworzeniu w niewymuszony sposób, przestrzennych, świetnie wpadających w ucho el przebojów. Zrealizowana w Bydgoszczy w studio Radio PiK przez Mirosława Worobieja brzmi na światowym poziomie. Utrwalone na okładce dwie twarze pań, jedna na czerwono, druga na niebiesko z żółtymi powiekami mają przymknięte oczy, uśmiechają się delikatnie - wyraźnie prezentują zadowolenie. Rozkoszują się za pewnie tą muzyką...
Wystarczy napisać o ten lub inne tytuły tego wykonawcy : robert.kanaan@wp.pl (9.46/10)
do posłuchania: http://s002.wyslijto.pl/index.php?file_ ... inwestycje
oraz http://s001.wyslijto.pl/index.php?file_ ... inwestycje
1-5 Magiczny rejs-4.04, 3.59,1.40, 3.16, 4.44
6 Katamaran-5.27
7 Szmaragdowy potok-5.39
8 Karaibi-4.07
9 Królowa atolu-4.19
10 Szmaragdowa tancerka- 4.54
11 Noc Andromedy –5.48
12 Błękitny miecz -5.59
13 Seysha –5.27

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #47713 autor: spawngamer » 26 mar 2007, 15:25

3.MARCIN BOCIŃSKI-OBRAZY (1999)
Marcin Bociński (1977) jest współwłaścicielem, realizatorem dźwięku i producentem muzycznym w firmie Legato zajmującej się wyjazdowymi i studyjnymi nagraniami muzycznymi, masteringiem, montażem i edycją dźwięku, nagłośnieniem koncertów a moim skromnym zdaniem specjalizującej się w nagraniach kameralnej muzyce poważnej. Najbardziej podkreślają artystyczną współpracę z Arturem Żmijewskim, uczestniczyli w większości jego projektów i realizacji wideo oraz z ukraińską wokalistką mieszkającą w Polsce, Oleną Leonenko. Jeśli chodzi o zainteresowania el to dały u Bocińskiego znać w połowie lat 90-tych pierwszymi próbami kompozytorskimi. Zachęcony przez Sławomira Więckowskiego od roku 1994 swoje el- muzyczne poszukiwania traktuje już poważnie. Publiczny debiut zagrał na festiwalu ZEF'97 w Piszu gdzie uczestniczył w wspólnym jam session wraz z Komendarkiem, Kuczem, Kubiakiem i Łuczejko. Później był Ambient 2003 (Gorlice), Elektroniczny Woodstock 2005 i 2006 (Kruszwica). W 2006 roku został członkiem grupy Nemezis (obok Łukasza Pawlaka i Konrada Kucza). Pasję utrwalania ulotnej chwili przelał z malarstwa na fotografię, która pochłonęła jego wolny czas. ”Obrazy” realizował w latach 1997-98 i mówił o tej muzyce wtedy tak: "Wyrosłem już ze "Szkoły Berlińskiej", a to co obecnie komponuję i w czym dobrze się czuję, to chyba ambient. W związku z moimi inspiracjami rodzimym malarstwem, nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że gram "polski ambient". Chce robić muzykę o rzeczach i zjawiskach prawdziwych, dobrze wszystkim znanych i otaczających mnie. Moje motto to słowa Aleksandra Gierymskiego - "nic dla efektu, a wszystko dla prawdy".
A oto efekt naszej owocnej, internetowej rozmowy.
Ja :” Czy ambient był zamierzony czy to przypadek?
Marcin Bociński: ”Płyta jest i miała być ambientowa, jako, że tę odmianę elektroniki uważam, za najbardziej obrazową, ilustracyjną, opisującą, jest najlepszym nośnikiem informacji. Przy pomocy muzyki ambient można opisać wszystko. Można opisać malarstwo jak w obrazach, można opisać dźwięki cywilizacji i zjawiska natury jak w „Burzy w mieście”, można opowiedzieć własną wersję historii ewolucji jak w Wodzie Życia itd. Rok temu (2006-przyp.aut.) w Gorlicach, Klandenstein przy pomocy muzyki ambient i wizualizacji opowiadali o historii swojego regionu, o 1-wszej wojnie światowej itd. Dobrym przykładem jest Konrad Kucz, który opowiadał o górach, folklorze, ludziach, albo nadawał swojej muzyce znaczenie religijne, kontemplacyjne (Vita Conteplativa) itd. Tak więc dla mnie ambient jest najlepszym medium, najlepszym nośnikiem do wypowiedzenia się na jakiś temat, nie traktuję tego tylko jako muzykę, lecz jako sposób na wypowiedzenie się. A już konkretnie jaki ma być styl, to nie wiadomo. Jedni robią minimal ambient, i tak się utarło, taki był zawsze Brian Eno, taki był Kucz w czasach Vita Contemplativy, ja nigdy nie mogłem się powstrzymać przy kilku dźwiękach, sam mówiłem o swojej muzyce, że to maximal ambient, takie zaprzeczenie minimal ambient. U mnie zawsze dużo się działo, czego apogeum stanowi „Burza w Mieście”( album z 2003 roku przyp. aut.), zresztą nic dziwnego, zarówno miasto i jak burza czy deszcz, to tysiące otaczających nas dźwięków, zjawisk i refleksów, szczegółów, detali stąd ta muzyka jest taka gęsta, taki Bociński do kwadratu.
Ja :Jakie wspomnienia nasuwają Ci się na myśl „Obrazów”?
M.B.: Co do powstawania „Obrazów”, to nie ma jakiś specjalnych wspomnień czy historii. Wzięło się to po prostu z mojego zamiłowania do sztuki, może z tego, że próbowałem się dostać na grafikę na ASP itd. itd. może był to rodzaj takiego hołdu, dla polskich malarzy i polskiej sztuki. Miałem potem plany, żeby to kontynuować, miałem pewne pomysły, np. jak mógłby zabrzmieć w muzyce ambient Mondrian, albo Dali ? ale już tego nigdy nie zrobiłem. Sztuką interesuję się nadal, tyle że już współczesną, dotykającą zupełnie innych problemów. Ta płyta powstawała w bardzo świadomy sposób, tzn. najpierw był obraz, z niego brał się tytuł i charakter utworu, była koncepcja całej płyty i dopiero z tego powstawała muzyka. Staram się unikać takiego schematu powtarzanego przez wielu el twórców, że brzmienie syntezatora inspiruje, i tak powstaje muzyka. Wtedy wg mnie instrument Tobą rządzi. Instrument ma zagrać tak jak mu każesz, jak nie potrafi, to trzeba go zmienić, ale to Ty masz wiedzieć jak co ma zabrzmieć. Dlatego też brzmień fabrycznych, tzw. presetów w moich nagraniach za wiele nie znajdziesz, jeżeli w ogóle.
Ja:I w jakim stopniu ilustrujesz to co widać na tych płótnach? Czy to luźne skojarzenia czy starałeś się wiernie oddać twoje odczucia na ich widok?
M.B.: A to sam oceń, czy to tylko ulotna impresja, czy może pośród brzmień odnajdziesz konkretne odpowiedniki w obrazie. Swoją drogą zawsze mnie interesowały analogie między dźwiękiem a obrazem, formą, kształtem, kolorem itd.
Ja: Jakie znaczenie ma to że wybrałeś artystów polskich z przełomu XIX i XX wieku? Może go nie ma?
Nie wiem, już teraz to Ci nie powiem, ten okres już dla mnie minął. Kiedyś bardzo się interesowałem polskim malarstwem tego okresu, uważam, że było świetne i nie gorsze od tego co robiło się na świecie, tzn. w Europie. I dzięki temu cała płyta jest jakby spójna. Dołożenie tu jakiegoś zagranicznego malarza, z innego okresu zniszczyło by tą spójność, nie miało by sensu. A może po prostu dlatego, że nikt nie zrobił takiej płyty ? Widziałeś kiedyś podobną płytę ?
Ja: wybrani malarze reprezentują różne szkoły-ale styczną mógłby być realizm -ma to ukazywać twoje zamiłowania?
Takim prawdziwym realistą to był Gierymski, może momentami Chełmoński. Podkowiński czy Stanisławski to już impresjonizm. Zaraz czy tam jest Podkowiński ? wiem, że robiłem jakiś jego obraz, ale chyba go tam nie ma. Już mi się pomyliło. Była kiedyś pierwsza wersja tej płyty, i tam było kilka innych utworów, kilka brzmiało inaczej itd. Ale wtedy dysk mi padł i wszystko poszło na drzewo. Ta płyta jest zrobiona drugi raz od nowa. Pamiętam, że ten „stary” Śnieg Fałata mi się bardziej podobał, bo był krótszy i zimniejszy. Lepszy w charakterze. Realizm tak, lubię realizm, nie lubię upiększania, lubię uczciwą szczerość w sztuce, prawdę, tak samo w fotografii staram się nie bajerować. Ale to już trochę inna para kaloszy niż te obrazy. Dla mnie osobiście ciekawsze jest to co aktualnie robię, co nie jest może związane z muzyką elektroniczną, ale może ze sztuką ogólnie, i to również wpływa na sposób w jaki postrzegam, odbieram i analizuję muzykę.
Ja: A jak to się zaczęło?
M.B. :Szkoda powielać schemat, który mógłby przedstawić każdy ze środowiska el, że w którymś tam momencie zetknął się z muzyką elektroniczną, np. Jarrem lub kimś takim itp. i doznał olśnienia itd itd itd. wszyscy tak zawsze mówią. W moim przypadku akurat był to Klaus Schulze, który silnie na mnie działał, w okresie powiedzmy szkoły średniej, i kiedy pierwszy raz miałem możliwość wyjść na scenę w Piszu w 97 to przedstawiłem materiał inspirowany miedzy innymi Schulzem i tego typu muzyką. I właśnie „Obrazy” to pierwszy mój materiał który pozwolił mi się całkowicie od tego oderwać i zagrać coś swojego, własnego. Ten materiał nie brzmiał jak kolejny klon muzyki berlińskiej, tak brzmiał wtedy Bociński i tak się utarło. Ja jestem z tych którzy nie udzielają się nigdzie na forum ani w, nazwijmy to el-środowisku, ale czasami jak mam kontakt z ludźmi np. w Gorlicach czy ostatnio w Kruszwicy to jestem zaskoczony, że dla niektórych muzyka elektroniczna jest taka ważna, tyle o tym mówią, piszą, robią strony, fora, recenzje itd. Podziwiam.”

Wprowadzenie- słychać tłum ludzi, śmiechy, rozmowy, kaszel, skrzypienia niesione przez echo sali koncertowej. Jesteśmy więc w auli, wykwintne towarzystwo czeka na występ, w tle słychać fortepianowe wprawki aż wreszcie półszeptem wypowiedziana onomatopeja „cii” otwiera drogę świetnemu wejściu basowego dźwięku. Rozlegająca się potem typowo ambientowa struktura przypominająca zmodyfikowany odgłos turkotu kół pociągu wymieszana z odgłosami deszczu, górskiej przestrzeni, przewracaniem kartek nastraja nas do odpowiedniego odbioru reszty materiału. Rozpoczyna się opowieść.
Śnieg. Surowe dźwięki, splatane po chwili z lejącymi się brzmieniami idealnie korespondują z tematyką obrazu. Wiatr słyszalny gdzieś w tle, podkreśla mroźną , ambientalną atmosferę. Z tym, że nie ma tu zimnych dronów – wyczuwam w tej muzyce pewną tajemnicę, zmysłowość, jakiś rodzaj nostalgii ale na pewno nie otępiającą mroźność dark ambientu. Można pokusić się o określenie ambient medytacyjno-relaksacyjny. Bociński bardzo ładnie, choć oszczędnie kompozycję przyozdabia ale na pewno daleko tu do drażniącej ascezy pure-ambientowych ortodoksów tego gatunku. Świetnie nawiązuje Bociński do obrazu Fałata- mamy więc i szum rzeczki i całość utworu świetnie osadzono w zimowej scenerii płótna. Niezwykle wciągający, intymny klimat. Julian Fałat (1853-1929) pierwszy polski malarz ze wsi, który wyłącznie o własnych siłach zdobył gruntowne wykształcenie plastyczne. Przez 11 lat między 1902 a 1913 rokiem szczególnie upodobał sobie pejzaż zimowy. Śnieg (1907) to widok pustkowia pokrytego śniegiem poprzez który wije się niewielka rzeczka. http://www.pinakoteka.zascianek.pl/Fala ... /Snieg.jpg
Ule na Ukrainie. Słyszymy bzykanie much, tokujące ptactwo, szum łąki typowy dla lata. Wpada w to syntezator senną linią z dodaną szczyptą melodii i ozdób, kreujących iluminacyjny klimat. Jesteśmy świadkami malowania dźwiękami obrazów przyrody. I nagle, przepiękna wyciszająca rozmaz kolorów, przeurocza solówka fortepianowa. Niezwykły nastrój, światowy poziom. Jan Stanisławski (1860-1907) to jeden z głównych przedstawicieli polskiego modernizmu malujący głównie pejzaże. Ule na Ukrainie (ok. 1895) to piękny, zdominowany przez odcienie żółci olej gdzie widzimy grupę pszczelich uli przypominających przez wiklinowe zadaszenia grzyby na tle jesiennej pory roku. http://www.pinakoteka.zascianek.pl/Stan ... rainie.jpg
Księżyc. Nocne odgłosy ptactwa i odrętwiały, jednostajny dźwięk z syntezatora imitujący nastrój nocy. A noc jest spokojna, stonowana, przerywana odgłosami przelatujących na niebie gęsi i tętniąca życiem nocnych stworzeń. Ciekawa wstawka talerzy, klarnetu i fortepianu przełamuje otępienie w połowie utworu i powtarzana kilkakrotnie jest antraktem do ładnej barwy po chwili powielającej dźwięki z początku kompozycji. Ginie gdzieś w wyciszeniu... Józef Chełmoński (1849-1914) świetny pejzażysta wsi polskiej i ukraińskiej twórca słynnych Bocianów i Babiego Lata. Z tym obrazem miałem pewien kłopot ale Marcin Bociński wyjaśnia „Bo tego obrazu nigdzie nie można znaleźć, ja widziałem go wtedy kiedy nagrywałem, w jakiejś pożyczonej książce. Noc księżycowa to bardzo podobny obraz, tamten mniej więcej tak samo wyglądał. Sam już nie wiem, może to ten sam obraz, tylko była jakaś zdrada w tytułach w tej publikacji. Chociaż wydaje mi się, że był inny, ale w każdym razie bardzo podobny”.
http://www.pinakoteka.zascianek.pl/Chel ... zycowa.jpg
Chmury w Finlandii. Ten utwór mocno przypomina mi Roberta Richa. Bogata, przypominająca woalkę wysokich tonów splecionych z wietrznymi, drewnianymi dzwonkami, pejzażowa struktura na tle której pojawiają się skromne wstawki keyboardu i trochę basu tworzą prześwietną atmosferę. Dryfujemy w tytułowych chmurach w niesamowitej brzmieniowej poświacie. Konrad Krzyżanowski (1872-1922) portrecista i pejzażysta. Chmury w Finlandii (1908) to impresjonistyczne, dość ekscentryczne (tytułowe chmury przypominają bardziej pionowe wykwity) przedstawienie zasnutego cumulusami letniego nieba nad zielonym brzegiem morza. http://www.culture.pl/pl/culture/artyku ... ski_konrad
Odległe dzwony kościelne na Anioł Pański, odgłosy wiejskiej łąki i szczekania burków przytłumia zasłona z syntezatora ale głównie poprowadzona przez flet wsparta nieziemską wokalizą z wtrętami łacińskiej i polskiej wersji modlitwy na anioł pański w doskonałym wykonaniu sopranistki Joanny Bucholc. Zadziwia pełna smaczków oprawa czyli dbałość o detale ( choćby ledwo słyszalne krzyki wiejskiej dziewki na końcu ) Aleksander Gierymski (1850-1901) naturalista i realista, który skończył żywot w domu dla obłąkanych. Anioł Pański (1890) przedstawia dwie chłopki które zatrzymały pracę podczas uprzątania pola aby pomodlić się. Urzeka kolor i detale. Bociński mówi: „najpiękniejszy jest Gierymski, jak jestem w Muzeum Narodowym to zawsze idę go obejrzeć, jest lepszy niż wszystko inne co tam wisi razem wzięte. To mój ulubiony obraz, do dzisiaj mi się nie znudził”. http://www.pinakoteka.zascianek.pl/Gier ... Panski.jpg
Śnieg 2. Znakomite zamknięcie tytułem zdaje się sygnalizować, że chodzi o kontynuację tematu z obrazu Fałata. I rzeczywiście krakanie wrony, lejąca się woda przeciskająca się najwyraźniej przez lodową krę wiedzie nasze myśli ku zimowej porze roku. Tężejąca ściana pełnych absolutu w wyrazie dźwięków wprowadza nas w iście nieziemskie odgłosy gdzieś z innej galaktyki by wreszcie przejść w subtelności w stylu Vangelisa z czasów „Apokalipsy zwierząt”. I znów zataczamy koło wracając do początku. Zakończenie to kolejne pohukiwania nocy, krzyki dziewki i znowu szeleszczące kartki tyle, że wyraźnie słychać odgłos zamykanej książki –albumu z obrazami. Opowieść się kończy...
Maximal ambient? Jak najbardziej. Nie przepadam szczególnie za tym gatunkiem – z polskich wykonawców cenię oczywiście Konrada Kucza, także Tadeusza „Aquavoice” Łuczejkę ale ten album jak dla mnie deklasuje wszystko co stworzono w Polsce w temacie ambientu. Do artysty można pisać na : mrbcn@wp.pl ( 9.67/10)
do posłuchania: http://s006.wyslijto.pl/index.php?file_ ... n=&gk=bank
oraz http://s006.wyslijto.pl/index.php?file_ ... k=transfer
1.Wprowadzenie-1.25
2.Śnieg /wg Juliana Fałata-9.57
3.Ule na Ukrainie /wg Jana Stanisławskiego-5.44 100
4.Księżyc /wg Józefa Chełmońskiego-12.02 95
5.Chmury w Finlandii /wg Konrada Krzyżanowskiego-7.49 96
6.Anioł Pański /wg Aleksandra Gierymskiego –8.24 99
7.Snieg 2-8.23
Zakończenie-0.49
Ostatnio zmieniony 28 mar 2007, 12:03 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #47966 autor: spawngamer » 31 mar 2007, 13:18

2.MAREK BILIŃSKI – OGRÓD KRÓLA ŚWITU (1983)
Marek Biliński (ur. 1953 w Szczecinie) to najbardziej znany polski multiinstrumentalista i muzyk związany z el sceną. Chęć do muzykowania zaszczepiono mu w domu rodzinnym gdzie ojciec grywał na pianinie a ciotka dawała lekcje gry na fortepianie. Po lekcjach w domu rodzinnym przyszedł czas na podstawówkę muzyczną w klasie skrzypiec. Biliński wolał fortepian ale na tyle dobrze na nim zagrał podczas egzaminu wstępnego, że jako dziecko uzdolnione skierowano go do trudniejszych skrzypiec. Jednak nie tracił kontaktu z fortepianem gdyż był to dodatkowy, obowiązkowy instrument. Ojciec zachęcał go także do poznawania innych instrumentów. Dzięki temu poznał grę na klarnecie i perkusji, co w przyszłości bardzo mi się przydało wraz z wiedzą z zakresu instrumentacji i kompozycji. Po jakimś czasie sięgnął po kontrabas uznając go za wyróżniający się w sekcji smyczkowej. W Liceum Muzycznym zainteresował się rockiem i zacząłem grywać w zespołach na perkusji, gitarze basowej i na fortepianie. Po maturze dostał się na kontrabas do Akademii Muzycznej w Poznaniu, której jest absolwentem.
Bilińskiego droga do muzyki el była dość ciekawa. Słuchając dużo muzyki pod koniec liceum dotarł do George’a Gershwina, który zafascynował go połączeniem klasyki z muzyką rozrywkową i jazzem. Od początku głównym torem zainteresowań była dla niego klasyczna muzyka instrumentalna z pod znaku Mozarta czy Beethovena. Przełomem były transkrypcje Pictures At An Exhibition Modesta Musorgskiego w wykonaniu Isao Tomity, który te utwory zinterpretował na syntezatorach Roberta Mooga. Płytę tą Biliński kupił za granicą w studenckich czasach, w 1975 roku, kiedy jeździł po świecie z zespołem pieśni i tańca „Cepelia”. Muzyka symfoniczna grana na dziwnych instrumentach, zelektryzowała go. Zapragnął uprawiać muzykę w podobny sposób. Po wysłuchaniu tej płyty gdzie wszystkie partie na syntezatorach były grane solo Biliński pomyślał, że przecież nic prostszego jak samemu wszystko nagrać jak to zrobił Isao Tomita i podświadomie dążył, do tego aby taki projekt zrealizować ale droga była dosyć długa bo kilkuletnia. Wówczas poznał też muzykę grającego na minimoogu Czesława Niemena, którego Biliński wysłuchał podczas koncertu w poznańskim klubie NURT. Sięgnął również po dokonania Józefa Skrzeka i jego SBB, wtedy w Polsce największej gwiazdy rocka progresywnego. Będąc w Belgii kupił swój pierwszy instrument elektroniczny – Davolisint, w typie Minimooga. Można było na nim piszczeć, zgrzytać, ćwierkać wytwarzać potężne basy. Jako syntezator monofoniczny przystosowany był tylko do grania partii solowych albo basowych. Ponieważ Biliński był basistą wiedział co się robi na basie, zapragnął więc wykorzystać możliwości drzemiące w instrumencie. W tym celu założył razem z basistą zespołu Stress, Henrykiem Tomczakiem, zespół HEAM ( nazwa od imion członków tego kwartetu). Postanowiliśmy grać tak jak Skrzek i SBB. W klubie NURT wieczory poświęcali na próby, jednocześnie studiując stacjonarnie. W październiku 1975 roku wystąpili na Wielkopolskich Rytmach Młodych w Jarocinie zdobywając tam szereg nagród. Jedną z nich były nagrania radiowe, które odbyły się w studiu Giełda w Poznaniu. Wtedy to zafascynowało go studio, magnetofony, możliwość nagrania kilku wersji i montażu fragmentów wykonań, to jak można manipulować dźwiękiem. Pełnią szczęścia był występ z idolami czyli SBB jako support w warszawskiej Sali Kongresowej. Skrzek, SBB, The Mahavishnu Orchestra, Jimi Hendrix to pierwsze wzorce dla innych kapel w których Biliński także grywał. Były to sekstet Arbitek Elegantiarum debiutujący na Pierwszym Ogólnopolskim Przeglądzie Młodej Generacji i trio Krater gdzie Biliński grał na instrumentach klawiszowych. Podczas pobytu w 1977 roku w USA z zespołem pieśni i tańca „Cepelia” za wszystkie pieniądze jakie miał przy sobie kupił za zawrotną dla przeciętnego Polaka sumę 700 dolarów w komisie muzycznym wymarzonego Minimooga... Największym sukcesem HEAM był wyjazd do Związku Radzieckiego i dwumiesięczne tournee po Rosji z Haliną Frąckowiak ( napisał dla niej dwie pierwsze w swoim życiu piosenki, potem zdarzyło się to jeszcze dla Banku i Turbo). Zaaranżowali jej utwory tak, żeby pasowały do ich muzyki i co kilka piosenek Haliny Frąckowiak grali na koncertach własny kawałek instrumentalny. Trasa była olbrzymim sukcesem, traktowano ich jak gwiazdy, każdy koncert kończył się bisami. Gdy wrócili do Polski, gdzie znowu byli jednym z wielu zespołów nie potrafiąc tego zaakceptować rozpadli się. Wtedy zaczął się najbardziej znany sprzed działalności solowej epizod czyli granie na klawiszach z zespołem rockowym Bank założonym w 1980 roku w podwrocławskiej Środzie Śląskiej przez muzyków z różnych formacji rockowych Wrocławia, Warszawy i Poznania. Po dwóch tygodniach prób została zrealizowana pierwsza sesja nagraniowa w Polskim Radiu Wrocław. Pierwszym sukcesem zespołu było uplasowanie się na trzecim miejscu z nagraniem "Lustrzany świat" na ósmym ogólnopolskim konkursie Polskiego Radia na piosenkę dla młodzieży. Po podpisaniu umowy ze Szczecińską Agencją Artystyczną, zespół rozpoczął koncerty na terenie całej Polski, zdobywając sobie sympatie fanów rocka. Udział w dużych imprezach: "Rock Session", "Rockorama" czy "Dyskoteka Gigant" w katowickim Spodku zawiodły Bank do Opola, gdzie w 1981r. zaprezentował się na koncercie "Rock Opole". Wkrótce potem Bank odbył pod skrzydłami Pagartu ogólnopolską trasę koncertową, który zaowocował nagraniem w październiku 1981 roku dla Polskich Nagrań płyty długogrającej "Jestem panem świata". Płyta wydana została w rekordowym jak na polskie warunki nakładzie 960 tys. egzemplarzy. W tym samym czasie ukazały się dwa bestsellerowe single. Zespół będący formacją typowo koncertową rzadko prezentowany na radiowej antenie w tamtych latach grał bardzo dużo zapełniając amfiteatry i duże sale koncertowe oraz parokrotnie brał udział w trasach koncertowych do Czechosłowacji i NRD. Grali rockowe piosenki, ballady, ale i ostrego ambitnego rocka. Po trzech latach Biliński stwierdził, że nic więcej już nie da się zrobić w sensie artystycznym, że dalsza działalność będzie powielaniem tego, co się już dokonali. Nagrany w 1982 roku kolejny album "Ciągle ktoś mówi coś" w Szczecińskim Studio Polskiego Radia był ostatnim z jego udziałem.
W czasie trasy koncertowej pod koniec roku 1981 nastąpiło pewne, dziś już historyczne wydarzenie, które jak się okazuje ma wpływ na polską el muzykę, albowiem stymulowało Bilińskiego do zrealizowania marzenia o solowym nagraniu.12 grudnia 1981 Bank grał koncert w Warszawie. Biliński chory na grypę zaraz po koncercie wrócił do hotelu aby odpocząć. 13 grudnia rano obudził go manager Banku, Henryk Frąckowiak, żeby zakomunikować, że to koniec trasy, jest stan wojenny, nie ma koncertów, muszą się rozjechać. Biliński został więc bez pracy, w domu sam na sam z swoimi instrumentami. Czas pierwszych miesięcy stanu wojennego poświęcił na nagranie demo płyty „Ogród Króla Świtu”, wówczas jeszcze pod tytułem „Muzyka na Syntezatory”. Dysponując magnetofonem szpulowym ZK 140 i amerykańskim, ośmiokanałowym mikserem Acoustic, który wykorzystywał wcześniej na scenie do grania koncertów, musiał się nieźle nakombinować przy zgrywaniu, przegrywaniu, żeby nagrać kilka ścieżek, z których powstał zrąb płyty „Ogród Króla Świtu”. Henryk Frąckowiak pomógł mu wejść i nagrać tę płytę w studiu radiowym w Szczecinie, wówczas jednym z nowocześniejszych w Polsce. Każdą partię trzeba było pamiętać i nagrać od początku do końca na taśmę. Nie było wtedy żadnych sekwencerów, żadnych taktomierzy, trzeba było każdorazowo grać na pełnych obrotach . Trzeba też było ustawić barwę każdej kolejnej, dogrywanej partii. Nie było presetów w syntezatorach, Biliński za to miał specjalne plansze z ustawieniem gałek, dzięki którym mógł „zapamiętywać” poszczególne brzmienia. Całość nagrano na Polymoogu, Micromoogu i Minimoogu ( Biliński jest wiernym użytkownikiem instrumentów Roberta Mooga, jego postać uznaje za Stradivariusa XX wieku) i tylko partie chóralne wykonano na vokoderze Sennheiser, który szczęśliwie był w wyposażeniu studia. W utworze „Błękitne Nimfy” wykorzystano też automatyczną perkusję Korg Rhythm 55. Płyta była najpierw w postaci taśmy, którą Biliński zawiózł do Jerzego Kordowicza, do programu III PR. Kordowicz zaprezentował tę muzykę w Trójce i okazało się, że nagrania cieszą się wielkim powodzeniem. Kordowicz wpadł na pomysł aby zaprezentować utwory Marka Bilińskiego jako "anonimowego kompozytora" i ogłosił zgaduj-zgadulę, kto grał. W następnym programie okazało się, że większość typowała JMJ, mniejsza część TD. Wielkie było zdziwienie, kiedy okazało się, że to nikomu nie znany rodak, Marek Biliński. Po prezentacji tych utworów, sam Marek wpadł do audycji Kordowicza i przyznał, że nie ma koncepcji na nazwy, w związku z tym rozpisano ogólnopolski konkurs na tytuły. Zainteresowanie było ogromne a Billiński wybrał rzeczywiście te tytuły, które mu się najbardziej spodobały. Utwory usłyszeli inni redaktorzy „Trójki” i podchwycili to. Nie było wtedy żadnych limitów, każdy brał co tylko mu się podobało. A ta muzyka spodobała się słuchaczom bardzo. Miernikiem popularności muzyki w tamtych czasach była Lista Przebojów III PR Marka Niedźwieckiego, która wtedy była niesamowicie opiniotwórczym Topem. Biliński zagościł na niej w listopadzie 1982 utworem Fontanna Radości który doszedł aż do 13 pozycji. Na tej fali została wydana płyta w firmie Wifon. Sprzedaż albumu rozpoczęła się w sklepie Helikon na Starym Mieście w Warszawie. Biliński szedł do tego sklepu i zobaczył na ulicy tłum ludzi, więc pomyślał, że rzucili do sprzedaży papier toaletowy w znajdującej się nieopodal drogerii. Okazało się, że ci wszyscy ludzie stali w kolejce po jego płytę. Jego kariera solowa zaczynała się więc bardzo obiecująco. Album "Ogród Króla Świtu" okazał się bestsellerem stając się bez problemu „Złotą Płytą”( w tamtych czasach były inne limity sprzedaży czyli przynajmniej 100.000 egz.). Ta muzyka jakby trafiła w swój czas stając się ikoną lat osiemdziesiątych w polskiej el muzyce.

Nieustające świdrowanie dźwiękami przypominającymi silniki samolotowe ucina się gwałtownie i przechodzimy dania głównego czyli melodii. Równe, harmoniczne struktury, mile dla ucha zaaranżowane pozwalają nacieszyć się inwencja twórczą Bilińskiego ciekawie otwierającego cały album, mocno przy końcu eksponującym jarrowskie ozdobniki. Wolne, prawie patetyczne wprowadzenie do utworu drugiego przypomina to co tworzy Vangelis lecz niespodziewane wyciszenie i pojedyncze barwy syntezatora wprowadzają nas w świat czysto autorskiej kreacji czyli kolejnej świetnej melodii. Wolta ku transkrypcji tematu z Beethovena pozostająca w klimacie całości to wyraźny ukłon w stronę- raz muzyki klasycznej, którą Biliński otaczał szczególną estymą , dwa Tomity, którego cenił za przeróbki muzyki klasycznej na syntezatory. Całość jest wyraźnie poprowadzona w konwencji twórczej tego Japończyka choćby przez zestawy charakterystycznych sampli. „Błękitne nimfy” ciekawe wprowadzenie otoczone zestawem ozdób jak żywo przypominających wtręty zaczerpnięte z TD z żywym energetyzującym refrenem z silniejszą dawką dźwięku z kolejną ciekawą solówką na moogu pod koniec melodii. Króciuteńki ale bardzo treściwy w formie i wyrazie „Śpiew rajskich ptaków”. Pędzący pociąg i odgłos kołatania szyn wprowadza nas w minimalistyczny w formie piękny obrazek stworzony z miłych dla ucha dźwięków. „Fontanna radości” to przebój gdzie organowe, mocne wejście wprowadza w fenomenalny, pełen energii hit, przy którym trudno usiedzieć by nie „potupać” nóżką w jego rytm. Majestatyczny „Taniec w zaczarowanym gaju” z ekspozycją basowych dźwięków tworzy kontrast dla poprzedniej kompozycji. „Król Świtu“ to rasowa, subtelna suita elektroniczna w starym dobrym stylu z czasów złotej ery el muzyki - lat 70 tych. Moogi mają te niesamowite barwy, które świetnie wpasowują się w konwencję tej muzyki. Piękne zwieńczenie całości.
Trudno tą płytę mi opisywać jak zwykle to czynię zagłębiając się w szczegóły - jest po prostu znakomita. Biliński stworzył arcydzieło nastroju i kwintesencję tego co najlepsze w el. Płytę traktować należy jako wzorzec z Sevres jak powinna brzmieć doskonała płyta studyjna tego gatunku. Ubogie, archaiczne instrumentarium, brak nowoczesnych środków wyrazu to dowód na to, że nie technika a pomysł tworzą dzieła. Jazda obowiązkowa dla wszystkich fanów el. (10.11/10)

1. Ogród w przestworzach 4:48
2. Wśród kwiatów zapomnienia 4:44
3. Błękitne nimfy 6:05
4. Śpiew rajskich ptaków 2:13
5. Fontanna radości 6:36
6. Taniec w zaczarowanym gaju 3:10
7.Król Świtu 8:25
Do posłuchania: http://s002.wyslijto.pl/index.php?file_ ... &gk=kredyt
oraz: http://s002.wyslijto.pl/index.php?file_ ... =&gk=cisco
Ostatnio zmieniony 06 kwie 2007, 12:47 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #48026 autor: spawngamer » 02 kwie 2007, 11:05

PODZIĘKOWANIA
Serdecznie dziękuję za pomoc merytoryczną Konradowi Kuczowi, Damianowi "Dikeyowi" Koczkodonowi i Darkowi "Schr@derowi" Milewskiemu.
Oczywiście nie omieszkam też wspomnieć, że jestem bardzo wdzięczny za pomoc ze strony artystów którzy odpowiadając na moje nagabywania ubarwili recenzje swietnymi anegdotami i wspomnieniami.
Chciałem też hołd złożyć dwóm przewijającym się w opisach tych płyt postaciom które mają bardzo duże znaczenie dla popularyzacji el muzyki w Polsce.
W imieniu fanów i swoim dziękuję Arturowi Lasoniowi i Jerzemu Kordowiczowi.
Hmm to juz został nam tylko numer jeden ... :roll:

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #48295 autor: spawngamer » 06 kwie 2007, 12:57

1.REMOTE.SPACES - ELEKTRONICZNIE (2000)
Konrad Jakrzewski ( 1975) deklaruje się jako fan Tangerine Dream i Klausa Schulze. Lubi utwory ekspresyjne i dynamiczno-żywiołowe. Ma bogate doświadczenia z zespołami rockowymi a nawet death metalowymi. „Dla mnie el-muzyka to również odległa przestrzeń po której poruszamy się na pokładzie statku kosmicznego. tym statkiem jest muzyka, a przestrzenią moja wyobraźnia i fantazja. słuchając jej przywołuję oczami wyobraźni różne wydarzenia lub ciekawostki z mojego życia”. Krzysztof „Horn” Rzeźnicki ( 1977) lubuje się w muzyce medytacyjnej, jazzowej, Bliskiego Wschodu stawiając na utwory spokojne, melancholijne. ulubieni wykonawcy: Vangelis, Tangerine Dream a doświadczenia poza el sięgają rocka i jazzu. „Słuchając el-muzyki zawsze zamykam oczy i w wyobraźni kreuję światy z moich marzeń. Nazwa zespołu w dużej mierze nawiązuje właśnie do tego (odległe przestrzenie)”.
Panowie kiedyś mówili: „Rewelacją w tym zespole jest to, że tworzą go dwie bardzo różne osobowości. Sukces zawdzięczamy temu, że potrafiliśmy się zgrać. Wiele osób uważa, że dobrze udało nam się to wszystko powiązać”. Rzeczywiście melanż ten był niesamowicie nośny, szkoda że „był”... To Krzysztof Horn jak przyznaje jest sprawcą rozpadu Remote. Spaces. Jego marzenie o wydaniu solowej płyty w klimatach Vangelisa ma ziścić się w 2007 roku dzięki krążkowi „City Jungle”. Zobaczymy czy udźwignie ciężar sławy „Remotów”...
Album „Elektronicznie” to zapis występu jaki Remote. Spaces dali podczas festiwalu KOMP w Kwidzynie któremu dyrektorował Marek MRQS Szulen. Krzysztof opowiada: ”Co do KOMPu. To była jak dotąd najlepiej dla nas zorganizowana impreza. Marek stanął na wysokości zadania i przez czas trwania imprezy mogliśmy poczuć się pierwszy raz jak prawdziwie gwiazdury. Zapewniony nocleg w bardzo dobrym hotelu + wyżywienie + zwrot kosztów dojazdów + spory napiwek. Ech, żyć nie umierać. Impreza odbyła się pobliżu kwidzyńskiego zamku. Obok była postawiona mała scena, na której wcześniej rozstawili się wszyscy muzycy: Marek Szulen, my, Kayanis i gwiazda wieczoru Komendarek. Mimo wielkich starań organizatorów było mało słuchaczy. Przybyła stara ekipa z listy Moo. Oraz wałęsało się trochę okolicznych mieszkańców. Być może to spowodowało, że następna edycja towarzyszyła Dniom Kwidzyna. Ludzi wtedy było masa, ale czy słuchali granej wtedy el muzyki?”. Przedstawili tam znane z poprzednich płyt kawałki z tym, że w nowych arcyciekawych wersjach oraz premierowe numery zapowiadające trzecią studyjną płytę. Przyzwyczaili fanów do wydawania płyt rok po roku jednak po Elektronicznie nastąpiła dłuższa pauza. Horn wspomina: „Co do przyczyn, oj to wiele powodów. Przede wszystkim życiowych - praca, dom, kobiety. Następnie - materiał długo leżał u 3N'a. Samo tez załatwiane z Łukaszem Pawlakiem trwało długo - ma przecież własny cykl wydawniczy. Na przedłużenie miało tez wpływ, ze ja robilem dogrywki po otrzymaniu mastera. Mam na myśli np. płynne przejścia miedzy utworami, dodatkowe efekty, dogranie niektórych partii. To tez trwało wiele miesięcy. Nowe kawałki zapowiadały nową płytę i miały się znaleźć na Silosie, ale na 2-płytowym. Bo rozważaliśmy wersje 2-płytową (lub ewentualnie puszczenie za jakiś czas jako nową płytę materiału, który się ostał). Materiału było sporo ale z tego co pamiętam to Łukasz Pawlak nie chciał aż dwóch krążków. (pewnie się obawiał, że to el classic). „Lato w Mieście” i Remover miały właśnie zostać wydane na tej drugiej płycie. Mamy zarejestrowane wersje studyjne, obrobione jak zwykle przez 3N'a. Ale na razie leży to w szufladzie. Nie wiem czy kiedykolwiek ujrzy to światło dzienne.( Część można poznać na bootlegu DVD MOOszelka 2001) Muzyka powstała tak jak poprzednio. Osobno, a jakiś czas przed koncertem wspólne próby i opracowywanie muzyki. Sprzęt mieliśmy praktycznie ciągle ten sam. Może stąd też się bierze nasze charakterystyczne brzmienie, jak to inni piszą. Nie było nas stać na nowe instrumenty, więc dłubaliśmy w tych co były, tworząc przy tym dużą ilość własnych brzmień. Ograniczenia więc narzucały siłą rzeczy kreatywność. Co do samej muzyki. Nawalił realizator i to co dostaliśmy po koncercie było tragiczne. Niska jakość, dużo szumów. Nie wiem jak on to nagrywał. Na szczęście Jerzy”3N” Kapała okazał się jak zwykle czarodziejem i wyciągnął z tego co najlepsze się dało. Inna wpadka techniczna. Z komputerowego sekwencera przed każdym kawałkiem szła do instrumentów tzw. porcja SysEx'ow, System Exclusive, czyli komunikatów zawierających informacje o brzmieniach, efektach. W rozpoczynającym koncert utworze Lato w Mieście nastąpił jakiś błąd podczas ładowania i złe załadowały się efekty w instrumentach. Słychać to w postaci podwójnego echa. W powtórce na końcu koncertu kawałek brzmi już tak jak powinien. Generalnie w ten sposób właśnie graliśmy na koncertach. Układaliśmy kawałki tak, żeby szły na przemian raz z Konrada raz mojego komputera. Pomiędzy utworami puszczaliśmy wcześniej nagrane sample, po to tylko żeby mieć czas ustawić wszystko przed następnym utworem. W ten sposób zachowywaliśmy ciągłość muzyki”.
Płytę rozpoczyna konferasjerka a potem.... ”Wydaje mi się, ze nazwa Lato w Mieście wzięła się od tego, że grając w moim pokoju, w lato, mieliśmy otwarte okna. I cały ten skwar, odgłosy ludzi, zwierząt, itd. towarzyszyły nam w nagraniach. Ten kawałek bardzo nam pasował właśnie do tego, stąd proste skojarzenia i nazwa - Lato w Mieście”.
Ten kawałek to arcydzieło. Kropka.
Polaris jest skrócony a Południk 15 wydłużony co prawda nieznacznie ale zawsze względem wersji studyjnych. Pisałem: „Kawałek Polaris tu ukłon w stronę TD. Utwór otwiera zestaw efektów, które mogą sugerować że to utwór kręgu muzyki eksperymentalnej ale wpadająca w ucho, zapętlona sekwencja na tle której, w spokojnym rytmie odsłania się powoli linia melodyczna tej kompozycji zmienia konwencję utworu. Oszczędność połączona z ascetycznym, intymnym klimatem to wizytówka, rozpoznawalna cecha muzyki Remote Spaces. Po połowie utworu jako trzeci składnik dochodzi improwizujący flet wibrujący w drgających konwulsjach, wycisza się podkład, flet pozostaje jedynym przekaźnikiem dźwięków a zakończenie to industrialne zimne odgłosy”. W wersji koncertowej pulsacja ma jakby mniej surowe, wygładzone brzmienie, wstęp jest też bardziej przystępny, dodano parę ciekawych ozdobników. Wyrzucono flet zastępując go syntezatorową barwą bardzo go przypominającą i dodano bardzo zmysłowy kobiecy głos (Joanna Jakrzewska) czytający dane poszczególnych planet układu słonecznego a w końcu fragment prozy Lema zapowiadając zarazem Południk 15. Przy Alphie pisałem - „Południk 15” świetnie wieńczy krążek. Nostalgiczny, na swój sposób dotknięty romantycznym smutkiem w fenomenalny sposób ukazuje kunszt grupy w budowaniu doskonałych kompozycji. Interesująco zaznaczony rytm, instrumenty rozplanowane w świetny sposób w odpowiednich miejscach i niewielka, ale bardzo smaczna ilość syntetycznych dodatków”. Tutaj mamy kosmetyczne zmiany, trochę inne sample w tle i jakby bardziej dynamicznie wchodzące perkusacje przez co utwór nabiera większego rozmachu. Dziwne odgłosy kończące kompozycję w wersji studyjnej przerzucono do Spiral /Złotych miast.
Z pisków, szumów, szmerów wyłania się główna osnowa linii melodycznej. Przy płycie Spirale pisałem: Wprowadzenie to „przeczyszczanie” kanałów stereo zestawem syntetycznych świergotów za których wyłania się mila dla ucha sekwencja, dołącza do niej pomruk basu, po chwili powabna, przeciągła linia z syntezatora, następnie odlegle uderzenia bębna i wreszcie parę taktów z górnego rejestru. Wszystko bardzo precyzyjnie rozplanowane tak aby kawałek mimo ze zbudowany z elementów powtarzających się przez całość nie brzmiał monotonnie. Rozkładając to na czynniki pierwsze można rzec, że nie ma tu jakiejś wyszukanej maestrii aranżacyjnej ale właśnie owa prostota ma oznaki genialności”. Spirale mamy prawie w całości zaś Złote miasta w niewielkiej ale jakże powabnej krótkiej impresji.
Cubic został wydłużony o półtorej minuty względem wersji z Alphy. „Cubic” to marszowy rytm i fortepian kreujący napiętą atmosferę z dawką adrenaliny. Podniosły nastrój ponownie wytworzony minimalistycznymi środkami, przez dodanie perkusji nabiera nowego, uniwersalnego znaczenia rozbudowując przestrzeń utworu zaś dodanie fletu konwersującego z fortepianem dodaje całości lekkości”. Tu słychać, że fortepianowe wstawki za które dostało się chłopakom od samego Kordowicza jako za zbyt kanciate tu brzmią bardziej zwiewnie od strony gry.
Subtelności z Little Sadness przesunięto na delikatne brzmienia przypominające wibrafon. Te brzmienia od 2.50 z dodanym zestawem dzwonków, odgłosów przyrody sięgają gdzieś do tradycji muzyki relaksacyjnej i początków drogi Vangelisa z spod znaku Apokalipsy Zwierząt. To druga partia tego łączonego utworu nazwana Ghost dość ulotna przez swój krótki czas i tworząca wstęp do Removera. Krzysztof: „Ghost nagrałem po obejrzeniu anime Ghost In The Shell. Bardzo spodobała mi się muzyka w tym filmie i ta miniatura jest tego efektem”.

”Nowe kawałki powstały na koncert w Kwidzynie. I każdy w sumie powstał pod wpływem silnej inspiracji inną muzyką. Lato i Remover to TD”. Remover. Wolny, stonowany rytm, kręcenie gałami i nastrojowa, zwiewna melodia wsparta ciekawym wpleceniem chóru madrygalistów. Utwór spowalnia do pojedynczych dźwięków by wykwitnąć znowu w feerii odgłosów. Wielce nastrojowe, przeurocze zabawy instrumentami mające iluminacyjny wymiar dotykania czegoś nieskończenie miłego dla ucha w stylu minimal music pierwszych dokonań Vangelisa.

Stars odarto z przydługiego wstępu w jaki był obdarzony na Spiralach. Dzięki temu wydobyto jedynie prześwietną melodię opartą na kosmicznym manichejskim wirowaniu wszechświata ukazującego swą urodę w obiektywie teleskopu. To fenomenalna opowieść o pięknie wypływającym z potęgi wszechświata.
Zespół cały czas pracował nad swą muzyką co słychać choćby na bootlegach CD i DVD z koszalińskiej MOOszelki 2001 gdzie np. Lato w Mieście pojawia się w nowej odsłonie ( lejące się kaskadowo dźwięki jako dodany ciekawy ozdobnik, oryginalna improwizacja pod koniec). Tak przy okazji - warto sięgnąć po to wydawnictwo zrealizowane z taśm Roberta „Video.Maniaka” Pitaka, który dokumentował Mooszelkę 2001. Panowie wspominali:” Po zakupie pierwszych syntezatorów, fascynacja ich edycją pochłonęła nas do tego stopnia, że zaczęliśmy czytać fachowe pisma zbierać informacje, "podsłuchiwać rozmowy" różny ludzi z "branży". Wszystko po to, aby zrozumieć tajniki budowy i tworzenia barw, oraz dźwięków przy pomocy syntezatora. To było fascynujące, kiedy stworzyło się nową barwę. Nie ma co ukrywać, że obok wiedzy na temat syntezy, bardzo ważna jest znajomość pracy z dźwiękiem i nad dźwiękiem. jego miksowanie, poddawanie różnym zabiegom technicznym i wreszcie uzyskanie tego zasadniczego "wyglądu". To trudna sztuka, której trzeba się uczyć przez lata, ale która pozwala też na wiele eksperymentów z różnym skutkiem. Lubimy eksperymentować, szukać czegoś nowego, zaskakującego. Bardzo ważna jest dla nas forma, sposób przekazu utworu. Nie gramy wesoło i skocznie, gramy tak jak to czujemy i tak jak przez lata odbieraliśmy twórczość największych elektroników. Oni docierali do nas poprzez melancholię, zadumanie, aż po narastające napięcie, stopniowanie odbioru i totalny odjazd połączony z czadem”. I to właśnie stanowi o istocie sukcesu Remote.Spaces gdzie panowie pozostając cały czas oryginalnymi w swym niepowtarzalnym stylu wciąż udoskonalali swój warsztat i muzykę.
Ta płyta z fenomenalnie zmienionymi aranżacjami znanych utworów oraz kawałkami premierowymi wywindowała Remote. Spaces na pierwsze miejsce i wierzcie mi że zasłużenie...Świetna rzecz, obowiązkowa dla półki z płytami każdego szanującego się el maniaka.
Mimochodem słowa wypowiedziane przez Konrada na koniec brzmią jak memento dla całego zestawienia TOP 30 polskiej el muzyki: „Dzięki, naprawdę dzięki, jesteście wspaniali. Jednak w Polsce są jeszcze fani muzyki elektronicznej. To bardzo dobrze. Dziękujemy wam bardzo....” (10.13/10)
Materiał nagrano podczas Kwidzyńskie Obserwatorium Muzycznych Poszukiwań KOMP 2000(12.08.2000)
Premastering Marek „mRqS” Szulen
Mastering Jerzy „3N” Kapała
Projekt okładki Maciej „Juma” Gozdek, Piotr „Millenium” Sułkowski
1. Zapowiedź 0.36
2. Lato w mieście -7.24
3. Polaris -10.02
4. Południk 15 - 5.56
5. Spirale/Złote miasta (piano version) -7.24
6. Cubic-7.43
7. Little Sadness/Ghost- 5.07
8. Remover- 7.23
9. Podziękowania -1.24
10. Stars -4.47
11. ..ładują się sysex'y-1.59
12. Lato w mieście (reprise)-7.46
Do posłuchania: http://s003.wyslijto.pl/index.php?file_ ... =&gk=money
Oraz http://s003.wyslijto.pl/index.php?file_ ... &gk=kredyt

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Wróć do „Recenzje spawngamer'a”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Studio Nagrań : Zastrzeżenia