Recenzje spawngamer'apolscy wykonawcy -mój Top 30 suplement

Świetne recenzje płyt, których lubi słuchać spawngamer.

Moderatorzy: fantomasz, spawngamer

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

polscy wykonawcy -mój Top 30 suplement

Post #50169 autor: spawngamer » 22 maja 2007, 9:24

WŁADYSŁAW KOMENDAREK –WŁADYSŁAW KOMENDAREK (1985)
Władysław Komendarek należy do pokolenia „ojców założycieli” w polskiej el muzyce, będąc na scenie nieprzerwanie od 30 lat! Już w dzieciństwie miał kontakt z muzyką, był uczniem szkoły muzycznej. Kariera Komendarka rozpoczęła się od udziału w zespołach szkolnych Pelikany i Kormorany a następnie Borysy. Do 1966 roku grał na gitarze rytmicznej w zespołach amatorskich Wówczas tez powstały jego pierwsze kompozycje. Przygoda artysty z muzyką elektroniczną zaczęła się od zakupu instrumentu Yamaha, który pozwalał na uzyskanie brzmień podobnych do kultowych w owych czasach organów Hammonda. W połowie lat 70 Władysław Komendarek był członkiem Grupy Dominika utworzonej przez Dominika Kutę, wcześniej współpracującego z Czerwonymi Gitarami. Wreszcie jego najbardziej znany epizod - w latach 1975-1983 członek legendarnej grupy rocka progresywnego Exodus gdzie udziela się na klawiszach i w chórkach. W roku 1979 Komendarek zagrał wraz z wokalistą Exodusu Pawłem Birulą na płycie Rezerwat Miłości Skaldów. W 1983 rozpoczyna karierę solową przyjmując pseudonim „Gudonis” na cześć dziadka pochodząorganisty na ziemiach odzyskanych. (Komendarek jest również dalekim potomkiem w linii prostej Michała Kleofasa Ogińskiego (1765-1833) polskiego kompozytora i działacza emigracyjnego, który komponował polonezy fortepianowe, romanse, pieśni i opery). Lata 80 to rozwijanie warsztatu muzycznego, swoistego charakterystycznego stylu. W 1988 roku pod przewodnictwem, jakżeby kogo innego jak nie popularyzatora gatunku, Artura Lasonia w siedzibie klubu OKO w Warszawie daje pierwsze popisy koncertowe. Później występuje tam cyklicznie na "Elektronika w OKO" gdzie wraz Komendarkiem na scenie pojawiali się m.in. Tomasz Kubiak, Konrad Kucz . Pojawia się też w 1989 roku na pierwszym Zlocie Elektronicznych Fanatyków (ZEF), gdzie urządza w ostatni dzień wspólne jam session wraz z Arturem Lasoniem. Od tej pory licznie koncertuje w Polsce i zagranicą a każdy występ to doskonale oprawione światłem i obrazem widowisko. W 1992 roku zdobył szczyt TOP TLEN w audycji red. Kordowicza w programie III PR kompozycją "35 śmietnik atomowy". Mnogość stylów w jakich porusza się jako muzyk (od metalu przez hardcore po jazz) odzwierciedla zestawienie jego pojawień się na koncertach : rockowo-punkowy Jarocin, elektroniczny KLEM jak i jazzowe Jazz Jamboree. Szczerze im starszy (rocznik 1948) tym więcej do swej muzyki przemyca a właściwie garściami dorzuca nowoczesnych brzmień typu trance, techno, drum’n’bass, hip hop itd. Ma na swym koncie ilustracje muzyczne do filmów (m.in. serial TV Przyjaciele, Latawiec, Ręczna Robota) i przedstawień teatralnych (m.in. teatr TV Filip I Berenika, Szalona Lokomotywa), pisze piosenki. Wśród dokonań Komendarka jest 17 albumów autorskich wydanych na płytach analogowych, kasetach i płytach kompaktowych.
Artysta prawie w ogóle nie używa fabrycznych dźwięków instrumentów tworząc własne oryginalne barwy. Różnorodne instrumentarium pozwala mu na tworzenie muzyki eksperymentalnej opartej na nowych koncepcjach dzięki czemu wciąż zaskakuje nowoczesnymi pomysłami artystycznymi. Nie trzyma się sztywno reguł muzyki, stąd bardzo trudno "zaszufladkować" jego twórczość. Tematów dostarczają mu często własne przeżycia, wrażenia, obcowanie z przyrodą. Zapał i doświadczenie sceniczne powodują że na koncertach zawsze prezentuje się jak rasowy, obyty z publiką muzyk Każdy koncert Władysława Komendarka to niepowtarzalny spektakl, misterium o dużym ładunku ekspresji i dynamiki. Udział w uzyskaniu takiego klimatu ma łączenie oryginalnej muzyki elektronicznej ze śpiewem artysty w tworzonym przez niego języku. Wrażenie słuchaczy jest na tyle niesamowite, że koncert można porównać do czegoś w rodzaju obrzędu plemiennego z udziałem szamana. Na dzień dzisiejszy nadal tworzy muzykę w domowym studio w sochaczewskich lasach (mocno związany jest z rodzinnym miastem, Sochaczewem) do płyt, przedstawień teatralnych. Od 2007 roku Komendarek deklaruje, że poświęci się wydawaniu tylko płyt koncertowych.
Płytę otwiera „Polowanie w Puszczy Białej”, chronologicznie najstarsze na krążku. Nagrane tuż po odejściu z Exodusu gdy Komendarek zaszył się w rzeczonej puszczy na dwa tygodnie w okolicach Pułtuska. Utwór prezentuje możliwości sampli – bardzo charakterystyczne brzmienie Komendarka z lat 80- tych, prowadzone przez automat perkusyjny dający charakterystyczny „suchy” pogłos na tle którego WK snuje ładną melodię powtarzając przez całość kompozycji ciekawe motywy z syntezatora jako ozdobniki. Efekty brzmią być może archaicznie jak na dzisiejsze możliwości sprzętów ale uważam że nie zestarzały się absolutnie i choć pokryte patyną mogą swobodnie konkurować z najnowszymi produkcjami.
„Tęsknota żeglarza” obrazuje typowe dla lat osiemdziesiątych brzmienia zindustralizowanych odgłosów wymieszanych z chwytliwą, przebojową melodią. „Ranek nad Wisłą” komponowany był przy wschodzie słońca nad brzegiem tej rzeki w Czerwińsku gdzie przez krótki okres Komendarek miał swój sprzęt. To liryczno- romantyczna melodia. Delikatna i spokojna z poświatą nostalgii z ciekawym zabiegiem jakby grał na cytrze zamiennej z brzmieniami syntezatora. „Kiszłak” odrobina orientalnych wstawek splecionych z popową strukturą. Z dużym sentymentem odnoszę się do „Leśnej przechadzki” którą mam do dziś na debiutanckim, winylowym singlu spełniającym na tej płycie rolę przeboju. „Super Express” jak dla mnie to surowsza, bardziej artystowska wariacja „Polowania w Puszczy Białej”, gdzie Komendarek popuścił wodzy improwizacyjnym zawijasom na syntezatory z nieodzownym na tamte czasy bitem perkusji przypominającym łomot kół o kolejowe podkłady. Delikatny, piękny wstęp do „Podwodnego spaceru” roztacza dźwiękowy kobierzec wizji morskiej głębiny wypełnionej różnobarwnym tłumem przedziwnych stworzeń, gdzie ciszę i ogrom bezmiaru Komendarek świetnie uchwycił. Płytę wieńczy modny wówczas new wave’owy rytm w stylu Soft Cell tyle że w bardziej czarownej formie jako „Krople rosy”.
Świetny solowy debiut Komendarka przyniósł zestaw niezapomnianych melodii Nic dziwnego, że w na Tajemnicach Horyzontu tworzą one trzon tracklisty. Z tym, że tu można usłyszeć niektóre melodie w pierwotnej, nieco zmienionej wersji. (8.68/10)

1. Polowanie w Puszczy Białej –5.56
2. Tęsknota żeglarza – 4.05
3. Ranek nad Wisłą – 3.32
4. Kiszłak – 4.57
5. Leśna przechadzka – 4.49
6. Super Express – 4.49
7. Podwodny spacer – 4.48
8. Krople rosy – 3.56

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

 
TEST
Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #51170 autor: spawngamer » 26 cze 2007, 20:28

Józef Skrzek
Pamiętnik Karoliny
rok wydania: 1979

Urodził się 2 lipca 1948 roku na Śląsku w Michałkowicach w rodzinie górniczej. Ojciec był sztygarem w kopalni a mama zajmowała się domem. Skrzek ze wzruszeniem wspomina jej poczynania aby swą trójkę dzieci wychować w niebanalny sposób ( siostra odnosiła sukcesy w łyżwiarstwie, brat to także znany muzyk). Instrumenty poznawał jako dziecko, za sprawą wujka, który przed wojną miał szkołę muzyczną. Tak naprawdę jednak muzykę w jego życie wprowadziła właśnie mama. Mówiła, że muzyka jest sztuką piękna. To dzięki niej od najmłodszych lat pobierał lekcje gry na fortepianie i uczęszczał do szkoły muzycznej. Józef Skrzek wspomina, że kształtowały go dwa kręgi kulturowe, a on ciągle musiał wykonywać "skoki". Jeden świat to było podwórko w Michałkowicach, a drugi, zupełnie odrębny, miał w szkole muzycznej. Od dziecka, dzięki mamie, poznawał śląskie melodie. „Jestem najlepszym dowodem na to, że dziecko powinno pić mleko i słuchać kołysanek. To początek natchnienia, w szczęśliwym, pełnym muzyki, plastyki i świata wyobraźni dzieciństwie" - stwierdza Skrzek. Potem przyszło olśnienie związane z rockiem. W 1967 ukończył Średnią Szkołę Muzyczną im. Mieczysława Karłowicza w Katowicach w klasie fortepianu (drugi instrument - skrzypce). Po dyplomie przez moment studiował na Akademii Muzycznej w Katowicach Podczas studiów przez kilka semestrów poznawał tajniki techniki gry na organach. Miał ciągle kłopoty z nauczycielami i dziekanem. Traktowano go jako buntownika, który "miga się" od nauki, ma za nic "porządną" muzykę a słucha podejrzanego jazzu i hard rocka. Jednak śmierć ojca zmusiła go do przerwania studiów i zarobkowania na scenie gdyż młodsze rodzeństwo jeszcze się uczyło. W 1969 rozpoczął swoją karierę od tria Mariolaine & Swinging Soul Corporation, które towarzyszyło wokalistce z Indonezji Mariolaine. Następne były grupy śląskie Ślężanie i Ametysty. Znał chłopców z zespołu Breakout, Tadeusza Nalepę i dlatego na początku 1970 został stałym członkiem zespołu Breakout, gdzie grał na pianinie, gitarze basowej oraz śpiewał. Wraz z zespołem nagrał płytę „70a"(70). Po kłótni z Józefem Hajdaszem, podczas meczu piłkarskiego, opuścił zespół w grudniu 1970. W międzyczasie współpracuje z Partitą przy albumie "Jesienią, zimą, latem" (71) by wreszcie po powrocie na Śląsk, założyć swój własny zespół nazwany Silesian Blues Band. Spośród kumpli wybrał greckiego imigranta ( po faszystowskim przewrocie w Grecji w 1968 roku wiele greckich rodzin o lewicowych poglądach osiedliło się w Polsce) mieszkającego w katowickich Koszutkach, Anthimosa Apostolisa (gitara) i pracującego w radiowęźle, a wieczorami grywającego koncerty Jerzego Piotrowskiego (perkusja). Próbami przez kilka miesięcy zamęczali kilka sprzątaczek w klubie Pyrlik, potem w innych miejscach. Na koniec wylądowali w rodzinnym domu Skrzeka. Ćwiczyli w piwnicy, na kilku metrach, obok pieca i węgla. Tam zobaczył ich znany manager Franciszek Walicki, promujący wtedy Niemena. Dzięki temu pod koniec 1971 roku otrzymali propozycję grania właśnie z Czesławem Niemenem gdy ten tworzył swoistą supergrupę zwaną „Grupą Niemen" na potrzeby kontraktu z koncernem CBS. Współpracowali do 1973 roku przy płytach „Strange Is This World"(72), „Requiem dla Van Gogha"(72), „Marionetki"(73), „Ode to Venus"(73) do momentu gdy poróżnili się przez menedżerskie przepychanki. Po latach ponownie się zakolegowali mieli nawet razem wystąpić podczas koncertu Petersburskiego ale śmierć Niemena to przekreśliła. W 1974 roku zespół rozpoczął swój nowy rozdział jako SBB (Szukaj, Burz,Buduj). Grupa zademonstrowała swą debiutancką płytą z 1974 roku nową formułę muzyki uniwersalnej, łączenia słowiańskiej romantyki z dynamiką rocka. „Nikt za "żelazną kurtyną" nie chciał wierzyć, że my z Polski" wspomina Skrzek. Zespół bowiem stał się wielkim ewenementem odnosząc sukcesy na zachodzie Europy i jeszcze dziś ich płyta „Memento" na nowojorskiej liście uznawana jest za jedną z najlepszych płyt w historii rocka progresywnego. „Jedyna ze wschodniej Europy" - zapewnia Skrzek. Zespół miał wyruszyć na tournee po USA ale nastąpiło zmęczenie materiału. Po nagraniu płyty "Memento", pod koniec 1980 roku postanowili się rozejść - byli już zmęczeni. „Bez awantur, pretensji. Po prostu cześć-cześć" jak wspomina Skrzek. Zespół rozpadł się w 1980 roku gdy Skrzek kończył już drugi album sygnowany tylko jego nazwiskiem czyli „Ojciec Chrzestny Dominika". Po zawieszeniu działalności SBB Józef Skrzek współpracował z licznymi artystami przy ogromnej liczbie projektów - od solowych albumów (np. Halina Frąckowiak, Krzak, Universe) po gościnne udziały np. na płycie "Ballady" zespołu Kat. Kapela SBB reaktywowała się z Mirkiem Muzykantem, pod koniec lat 90., nagrywając nawet parę płyt. Pod koniec 2000 roku do zespołu dołączył perkusista (Jerzy Piotrowski nie może już grać na perkusji, mieszka z rodziną w Ameryce ) z Chicago, Paul Wertico z grupy Pata Metheny z którym m.in. dali wspaniały występ w Noc Świętojańską 2001 - „Od zachodu do wschodu słońca" i od tej pory czynnie działają z nowymi pomysłami w Polsce i zagranicą. Na początku lat 80-tych Skrzek nie chciał grać dużych koncertów. Wystarczyło mu, że widział, jak zomowcy na podobnych imprezach biją młodzież. Zainteresował się więc muzyką teatralną. Dla teatru tworzył oprawę dźwiękową m.in. do „Otello" Teatru TV ( reż.A.Chrzanowski -1981), „Kaliguli" warszawskiego Teatru Dramatycznego (reż.A.Chrzanowski -1982), „Nocy w operze" w Teatrze im. Mickiewicza w Częstochowie gdzie przełożył na "elektronikę" utwory Mozarta , „Terrorystów" i „Opowieści lasku wiedeńskiego" Teatru Dramatycznego w Częstochowie gdzie przerobił walce Straussa, „Medei" warszawskiego Teatru Powszechnego (reż. Z.Hubner z Krystyną Jandą w roli głównej -1989), „Wieczoru trzech króli" sosnowieckiego Teatru Zagłębia (2000) „Burzy" Teatru Śląskiego w Katowicach czy nagrodzonej a robionej wspólnie z góralami beskidzkimi „Historyji o chwalebnym zmartwychwstaniu" Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. Robił również muzykę do przedstawienia teatralnego „L'Improbable Rencontre" teatru im. Romain Rolland'a w Villejuif pod Paryżem (01). Współtworzył także widowisko baletowe „Karłowicz - Interpretacje", realizowane wspólnie m.in. z Adamem Hanuszkiewiczem oraz Ewą Wycichowską w Teatrze Wielkim w Łodzi, który powstał na bazie jego pierwszego koncertu w kościele św. Krzyża. Ma na koncie realizowane w 1989 w Moskwie ,"Obrazy J. Malczewskiego"- w reżyserii J. Leszczyńskiego (Teatr Wizji i Ruchu w Lublinie), „Follow My Dream" spektakl TV ( reż.J. Gruza), „Ania z Zielonego Wzgórza" (Teatr Banialuka w Bielsku -Białej). Skrzek ma też w swym dorobku muzykę do filmów. Piotra Szulkina „Golem"(79) i „Wojna Światów - Następne Stulecie"(82) (Reżyser wykorzystał nagrania Skrzeka i zespołu SBB ale już rok wcześniej w praskim klubie "Lucerna" grupa Józef Skrzek Formation wykonała sporą część materiału, który miał trafić na ścieżkę dźwiękową), współpracował z Jerzym Skolimowskim przy filmie „Ręce do góry" (81), z Mieczysławem Waśkowskim przy „Czasie dojrzewania"(84) oraz z Lechem Majewskim, który przyleciał z USA z propozycją pracy przy operze „Pokój Saren" (muzyka do libretto - do współpracy w zakresie instrumentacji zaprosili Andrzeja Marko a do premiery w Operze Śląskiej przygotowywali się przez rok). Później powstał z tego film „Pokój saren"'(97) i autorska fortepianowa wersja muzyki czyli „Pokój Saren Piano". ( „Nagrałem ją wczesną jesienią w pięknym opuszczonym holenderskim kościele. W pustym wnętrzu stał fortepian. Atmosfera była niesamowita. Żadnych technicznych sztuczek" - wspomina Skrzek ). Kolejne obrazy to „Angelus"(01), „Ogród rozkoszy ziemskich" (04),"Szklane usta"(06) oraz serial TVP „Serce z węgla". Obecnie komponuje muzykę do powstającego w Chicago filmu "Dust Clouds". Skrzek ma za sobą też epizody aktorskie. Występował w „Komediantach z wczorajszej ulicy"(86), w „Golemie" zagrał muzyka a w „Wojnie Światów" lidera zespołu "The Instant Glue".


Skrzek wspomina -„ Pamiętnik Karoliny" powstawał w czasie wielkiej euforii Muzą w ogóle również SBB. Maleńka dziewczynka, córeczka jednego z techników bawiąca się szczęśliwie
zauroczyła mnie swoją Radością, Szczęściem, szczebiotem dziecięcym i... Miłością Ojca. Byłem wtedy całkowicie oddany Sztuce i... tylko w marzeniach mogłem śnić o Rodzinie...A jednak kto wie może to spotkanie w studio, wspólna zabawa z Dzieckiem zbliżyła mnie bardziej do pojęcia bycia Ojcem...Nagrywałem przez równy tydzień całość z mixem łącznie". Skrzek dał tu popis swoich umiejętności rejestrując samodzielnie jako wykonawca wszystkie 22 partie instrumentalne i wokalne posiłkując się jedynie pomocą dziecięcego chóru. Co ciekawe, w tym czasie realizował inne projekty i ta płyta powstała właściwie z impulsu danego przez przypadek.


„Narodziny" - Skrzek komentuje, jednemu z obecnych przy nagraniu techników urodziło się Dzieciątko i to jest fragment o Narodzinach Prawdziwych". Płytę rozpoczyna więc głos kilkumiesięcznego berbecia wydającego dźwięki zniecierpliwienia graniczące z płaczem. W tle pojawia się sekwencja z mooga w nastrojowej, prawie ckliwej formie. Skrzek nie był wtedy ojcem ale słychać w tym fragmencie nostalgiczne odniesienia do bycia rodzicem - wzruszająca, poruszająca muzyka oparta na uczuciach. Gaworzenia powracają z delikatnym fortepianem wspomaganym syntezatorowym tłem by łączyć opowieść o rozwoju dziecka z kolejną melodią. „Zabawki" opowiadają o latach przedszkolnych za pomocą Kukułeczki, która odzwierciedla dzięki ludowemu motywowi prostolinijność i beztroskę dzieciństwa co dodatkowo wzmacnia efekt pozytywki wygrywającej melodię niczym z dziecinnej zabawki gdzie po kolejnym powtórzeniu dostajemy tę folklorystyczną transkrypcję świetnie rozpisaną na baterię różnych instrumentów, z gęstniejącą ścianą dźwięków. Radosne, pogodne dźwięki świetnie oddają lata przedszkolne. Skrzek wspomina: „pozytywkę z melodyjką Kukułeczki odnalazłem w zbiorach studia gdzie nagrywałem płytę". Do fragmentu „Szkoła" Skrzek zaprosił chór dziecięcy z Kędzierzyna Koźla „Tralalinki". I tak otwierające ten utwór typowe odgłosy szkolne - rozmowy, tupot nóg, dzwonek wprowadzają nas w nastrój dziecięcej wokalizy w duchu pogodnej, żywej melodii. Ekspresyjne głosy dziecięce wspomaga cała gama głównie perkusyjnych odgłosów, gwizdka i harmonijki. Szkoła to ciekawość świata i po części ciąg dalszy zabaw wczesnego dzieciństwa - kolejne wstawki szkolnych odgłosów scalają ten utwór z przepiękną melodią utworu „Przyjaźń" gdzie wiodącą partię otrzymuje fortepian elektryczny Fendera, do którego po kolei dołączają miękkie brzmienia syntezatorów. Przyjaźń w tym wydaniu jest czysta, uduchowiona, prawdziwa... Ale czymże jest tak naprawdę życie bez miłości? Nic dziwnego, że to najdłuższy fragment pierwotnej suity. Wchodzimy więc w okres dojrzewania. „Miłość" otrzymuje wzniosłą, prawie patetyczną oprawę organ piszczałkowych których brzmienie nagrano w opolskiej szkole muzycznej. To także jedyny fragment okraszony tekstem przyjaciela Skrzeka, poety Juliana Mateja. To typowo poetyckie ujęcie tematu - wyznania zakochanego w formie quasimodlitwy chcącego aby obiekt jego westchnień był z nim zawsze i wszędzie. I wtedy właśnie jako podkład słychać moogi snujące poświatę dźwiękowego gobelinu zaś gdy głos Skrzeka milknie powracają organy. Łączenie utworów zostaje przerwane (winyl miał swoje prawa - koniec strony A) i otrzymujemy emocjonującą porcję wyśmienitej elektroniki! Skrzek uznaje ten fragment za podróbkę filmowego stylu. Zestaw bąblujących efektów i keyboardowych rozjazdów to intro z którego wyłania się interesujący powtarzany oparty na paru akordach motyw, po chwili okraszony przepięknymi solówkami z Mooga a wszystko to w końcu zostaje wzmocnione progresywnie brzmiącą perkusją. Fenomenalna klasyka gatunku. Ciężka, rockowa oprawa świetnie wkomponowuje się w te typowo elektroniczne pejzaże zaskakująco zakończone efektami zgranymi z sali koncertowej filharmonii podczas strojenia instrumentów, z szmerem rozmów widowni ...to wprowadzenie do „Koncertu". Samotny fortepian akustyczny ( słychać wirtuozerię gry Skrzeka) wygrywa impresję wspartą subtelnymi barwami syntezatora w stylu chopinowskich koncertów, podkreślonych przez moment pompatycznym brzmieniem kotłów. Ta przepowiednia lat dorosłych może być odczytywana jako wskazanie jaką drogę obierze tytułowa Karolina w dorosłym życiu - muzyka. Może to zakamuflowany obraz samego Skrzeka, a może metafora - dorosłe życie jest jak koncert, nikt nie wie jak je zagramy a ocenią je inni gdy go skończymy...A ten, jak życzy Karolinie Skrzek, finalizuje burza oklasków. „Szczęście" jest czarowne, uwodzicielskie, upajające. To oddaje leniwa, sącząca się na pograniczu jazzu w stylu Komedy melodia, okraszona zmysłową, z domieszką psychodelii, żeńską wokalizą (w typowej manierze lat 70 -tych, czasów butów na koturnach, spodni dzwonów, koszul w kwiaty) chórku gdzie wychwycić też można samego Skrzeka jak i dodanie gitary basowej brzmiącej równie frywolnie. Bicie kościelnych dzwonów ( Skrzek wplótł nagranie dzwonów z francuskich kościołów) wprowadza nas w „Świat" najbardziej progresywny fragment odmalowujący ogrom tego co nas czeka - wielość perspektyw, mnogość różnych dróg którymi możemy podążyć..."A w finale zabawa z malutką 2-letnią wtenczas Karolinką dziś to piękna kobieta...". Utwór „Karolina" spina klamrą całą opowieść -pamiętnik kluczowych wydarzeń w życiu człowieka. Życie zatacza koło stąd głosik dziewczynki słychać na tle podjętej na nowo melodii z utworu pierwszego. Owe dziecięce opowieści, ta niewinność na tle pięknej muzyki Skrzeka staje się wzruszającą alegorią szczęśliwego dzieciństwa - każde dziecko ma do tego prawo. Zastanawiające jest wyraźne mówienie że „Karolina u babci". Gdyby przyjąć linearność opowieści znaczyłoby że kwilenie na początku i cała opowieść to życie owej babci a historia zatacza koło w jej wnuczce...

Życie według koncepcji tego albumu to ciąg zdarzeń zatrybiających się niczym w układance. Stąd też zdjęcie Karoliny na okładce podzielone jest na takie puzzlowe elementy. W wersji CD z dodanymi utworami pozostała koncepcja lecz zdjęcie wymieniono jako pewną retrospektywę na twarz Skrzeka z obecnych czasów.


Skrzek odmalowuje żywot człowieka bez mrocznych wizji w pozytywnych, ciepłych może nawet naiwnych barwach pokazując naszą drogę jako coś szczególnego.


Utwory dodane do wersji CD z 2001 roku pochodzą z sesji zarejestrowanych w okresie 1978 -1979, czyli tuż po nagraniu płyty (17-23 kwietnia 1978) i także w tym samym studio Radio Opole. Jedynym wyjątkiem są dwa nagrania (11,17) „Szczęśliwi z miasta "N" / Andantino x107", wydane przez Tonpress w 1978 roku na singlu jako Józef Skrzek & SBB. Te dwa kawałki powstały na dwa tygodnie przed rozpoczęciem pracy nad płytą „Pamiętnik Karoliny" (4-7 kwiecień 1978).Pierwszy z tych utworów rozpoczyna się tybetańskimi dzwoneczkami jak etno ambientowy wstęp ale po chwili dołączają falujące, szarpane dźwięki syntezatorów by ułożyć się w zgrabną linię melodyczną. Utwór ten ma w sobie podkład pewnego rodzaju melancholii ukrytej za dość bogatą aranżacją tworzącą dynamiczne tło. Wytłumione uderzenia rozpoczynają ten drugi utwór oparty na nerwowym rytmie i melodii przypominającej muzyczną tapetę do filmu gangsterskiego. Utwór "Zatoka nadziei" zarejestrowano w dniach 14-19 sierpnia 1978 roku. To bardzo czarowna, zwiewna kompozycja w duchu dokonań Vangelisa i ciekawymi, pastelowymi pasażami. „Etiuda rodzinna" to fortepianowe nostalgiczne intro, podbudowane gitarą basową rozlewające się w kompozycję o relaksacyjno -zadumanej poświacie w duchu dokonań Pata Metheny. „Słodkie oczekiwanie" subtelna melodia, trochę nieziemska, zwiewnie zagrana na syntezatorach, świetnie mogąca się zrealizować jako muzyka ilustracyjna do wyciszonych, spokojnych obrazów przyrody. Doskonałe brzmienie mooga i mellotronu. „Owoc miłości" -prym tu wiedzie...harmonijka nawiązująca dialog z syntezatorem i fortepianem, kolejna miła dla ucha pełna wewnętrznego spokoju zapadająca w pamięć melodia będąca kwintesencją stylu Skrzeka utalentowanie przełamującego utwór w samotnej fortepianowej wstawce. „Przejście przez czas" to taki Herbie Hancock po naszemu. Skrzek na tle new jazzowego podkładu przebiera biegle palcami po klawiszach w zawikłanej solówce...
Sam Skrzek określa ten album :"wspaniała zabawa z dźwiękiem a zwłaszcza formowaniem kilku warstw planów dźwiękowych jak na ścieżce dźwiękowej w filmie". Suita opowiadająca za pomocą muzyki obecne i przyszłe dzieje dwuletniej dziewczynki to debiut solowy Skrzeka. Może ktoś zarzucać że to nie do końca el muzyka gdyż w dużym stopniu naładowania jest progresywną energią co dodatkowo uwypukla śpiew ale nawet jeśli to nie czysty przykład elektroniki to przewspaniały wzorzec muzyki instrumentalnej. Tropem, że sam Skrzek ją tak odbiera jest to, że przy reedycji jako bonusy dołożono jedynie utwory instrumentalne. Tym bardziej chapeau bas, że to płyta wielowarstwowa z mnogością tropów jeśli chodzi o muzyczne style. Przypomnę tylko, że jednym z idoli dla Marka Bilińskiego był właśnie Skrzek. Nic dziwnego - wystarczy posłuchać.( wersja LP 9.06/10, wersja CD-9.08/10)

1.Narodziny 2:37
2.Zabawki 2:35
3.Szkoła 4:03
4.Przyjaźń 4:04
5.Miłość 6:31
6.Przygoda 6:24
7.Koncert 4:27
8.Szczęście 4:12
9.Świat 3:26
10.Karolina 2:35

nagrania dodatkowe:

11.Szczęśliwi z miasta N 4:57
12.Zatoka nadziei 3:25
13.Etiuda rodzinna 3:08
14.Słodkie oczekiwanie 4:14
15.Owoc miłości 4:51
16.Przejście przez czas 5:02
17.Andantino x107 5:00

Józef Skrzek - fortepian, fortepian elektryczny, klawinet Hohnera, mellotron, poly-, mini-, micro-, sonic six-moog, syntezator Sony 6, organy, dzwony, gitara, harmonijka ustna, perkusja, instrumenty perkusyjne, wokal, chórki
Nagrano w dniach 17-23 kwietnia 1978 roku w studio Polskiego Radia Opole
Realizacja dźwięku - Władysław Gawroński, Renata Szybka
Kierownik produkcji - Iwona Thierry
Ostatnio zmieniony 06 lut 2013, 13:25 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #51454 autor: spawngamer » 05 lip 2007, 8:09

Józef Skrzek
Ojciec chrzestny Dominika
rok wydania: 1980

Wielce znaczącym elementem muzycznym u Skrzeka jest połączenie syntezatorów z prawdziwymi organami kościelnymi ( choćby współpraca z organistą Michałem Banasikiem). Tu warto podkreślić silne znaczenie religii w życiu Skrzeka i tego co nazywa ewangelizacją za pomocą muzyki. (Polska el - muzyka ma silne oparcie w tematach religijnych, choćby cykl „Vita Contemplativa" Kucza). Pierwsze jego spotkania z muzyką religijną to czasy bycia ministrantem w parafialnym kościele św. Michała, kiedy podglądał organistę i próbował go naśladować. Pierwszy poważny występ live to 1978 r. podczas Festiwalu Muzyki Sakralnej w kościele Św. Piotra i Pawła w Katowicach. Zagrał tam na organach piszczałkowych i zaśpiewał "Zbliż się do mego serca" do słów Romana Brandstaettera. W czasach „Solidarności", gdy był mocno zafascynowany tym ruchem społecznym, rozpoczął serię koncertów w kościołach. Prezentował zarówno stricte organowe recitale, jak i koncerty na których łączył brzmienia akustyczne z syntezatorami. Do najbardziej spektakularnych zaliczyć można koncert ku pamięci poległych górników w 1982 roku, występ w warszawskim kościele św. Krzyża w lutym 1983 r. gdzie dał koncert w atmosferze zagrożenia pacyfikacją osób tam się znajdujących ( płyta „Koncert Świętokrzyski"), liczne występy w katowickiej Archikatedrze Chrystusa Króla, w katedrze Oliwskiej, w katedrze na Ostrowiu Tumskim we Wrocławiu, koncert w ramach Vratislavia Cantans (1985) z Olgą Szwajgier i Michałem Banasikiem, udział w festiwalu oratoryjnym w Kamieniu Pomorskim i Szczecinie, na festiwalu Wuppertaler Orgel Tage, wspólnie z chórami gdańskimi na jubileuszu Biblioteki Głównej Politechniki Gdańskiej, występy w Bazylice Kołobrzeskiej, w miejscach kultu, m.in. na Górze Św. Anny, Jasnej Górze czy w Piekarach Śląskich podczas pielgrzymek (pierwszy raz w 1983 r.- gdy zagrał, stanęły procesje. Ludzie nie wiedzieli, co się dzieje. Wcześniej dla pielgrzymów najwyżej śpiewały chóry. Najpierw wszyscy zamilkli. Wówczas biskup Herbert Bednorz wezwał go do ołtarza i zapytał "Fajnie groł?". Rozległo się gromkie "Jaa" Od tej pory gra tam regularnie). Kilkakrotnie wystąpił na Jasnej Górze ( koncert ze stycznia 2006 czeka na wydanie na DVD), rejestrując podczas jednego z występów album „Kantata Maryjna" do widowiska do słów Romana Brandstaettera skomponowanego na cześć Jana Pawła II, kiedy ten przyleciał na Śląsk i spotkał się ze Ślązakami na lotnisku Muchowiec ( Skrzek uznaje Jana Pawła II za mentora swych poczynań, miał możliwość zagrać osobiście dla niego w Watykanie na audiencji, po koncercie poezji Karola Wojtyły w 2003 r.). Gra bardzo często dla wiernych w kościółku parafialnym w Michałkowicach. (Jest też zaprzyjaźniony z michałkowicką SP 13, gdzie często gra i śpiewa podczas różnych uroczystości). Skrzek skomponował wiele utworów o treści religijnej - Oratorium "Zatoka Pogromców Burz" z premierą w katedrze w Oliwie, "Misterium Dnia Zadusznego" wykonywane w Archikatedrze katowickiej, w 2003 roku złożył hołd ofiarom lawiny w Tatrach za pomocą koncertu "Epitafium Dusz" wykonane podczas Mszy Świętej w tyskim kościele św. Marii Magdaleny i płyty-cegiełki dokumentującej to wydarzenie.
Ważnym momentem było spotkanie z Ks. Stanisławem Puchałą, proboszczem Archikatedry katowickiej. Kolejną ważną postacią jest prof. Wiesław Komasa z którym od 1999 roku wielokrotnie prezentowali treści religijne podczas festiwali sakralnych, intuicyjnie łącząc słowo mówione z muzyką (spektakl „Jesteś, który jesteś"). W wersji albumowej z tej gałęzi poczynań Skrzeka należy wymienić "U stóp Krzyża", "Viator - znak pokoju", "Koncert świetokrzyski", "Kantatę Maryjną" i "Czas". Klaus Schulze określił te dokonania jako pionierskie i wyjątkowe.


Ale to nie koniec niesamowitej aktywności Skrzeka. W 1983 roku współtworzy Klub Pracy Twórczej "Leśniczówka" w chorzowskim Parku Kultury i Wypoczynku, unikatowy projekt, w którym uczestniczyli muzycy z całej Europy, nie licząc "miejscowych", którzy o każdej porze dnia i nocy mogli grać wszystkie rodzaje muzyki. W roku 1998 założył formację In Corpore, łączącą słowo, muzykę i taniec. W składzie formacji znaleźli się Violetta i Mirosław Muzykant, Agata Zeliszek, Aleksandra Poniszowska, Roxana Vikaluk i Piotr Wojtasik. W końcu lat 80-tych aktywnie działał w Hamburgu tworząc Video Art Production, pisząc wiele muzyki filmowej i reklamowej. Po roku 1990 nawiązał stałą współpracę z artystami skupionymi wokół studia Pink Noise w Aachen - z tych znajomości zrodził się międzynarodowy Welcome Project Group. Lata 90 te to wiele dużych, plenerowych spektakli muzycznych w tak niezwykłych miejscach jak przestrzenie śląskie i beskidzkie: gasnąca huta Kościuszko, zamknięcie cynkowni w Szopienicach, zbocze góry Stecówka w Istebnej , park pałacowy w Świerklańcu, wąwóz w Reptach k. Tarnowskich Gór, kopalnia zabytkowa w Tarnowskich Górach (koncert pod ziemią), zamek w Będzinie czy latarnia morska w Kołobrzegu. Stałym atelier Skrzeka stało się Planetarium Śląskie w Chorzowie gdzie od lat 80 tych występuje solo, lub z zaproszonymi gośćmi. Na przełomie lat 80/90 występował tam w duecie z organistą Michałem Banasikiem, gościł Colina Bassa z Camel (04), w drugiej połowie lat 90 wystawił spektakl „Epitafium dusz". Tam odbyła się także premiera filmu Lecha Majewskiego „Pokój saren" i także tam odbywają się jego koncerty z muzyką elektroniczną. Jeśli chodzi o ta gałąź jego twórczości muzykę elektroniczną, prezentuje podczas licznych pojawień na festiwalach el-muzyki (Wyspa Muzyki Elektronicznej '84 we Wrocławiu, festiwale ZEF w Piszu - lata 1996, 1997, 2000 oraz 2003, Ricochet Gathering 2004, 2005, 2006 - Komarno, Gomera, Florencja, Elektroniczny Woodstock 2006).

O mnogości i różnorodności tego w czym uczestniczy niech zaświadczy kalendarium roku 2006. W Pszczewie realizacja projektu nagrania muzyki organowej pod roboczym tytułem „Magdalena". Wiosną zagrał szereg recitali fortepianowych w Berlinie oraz wiele koncertów dedykowanych pamięci Jana Pawła II gdzie muzyka Józefa współgrała z obrazami Stanisława Świątkowskiego ilustrującymi życie papieża Polaka (m.in. w Berlinie i w Poznaniu). Wyruszył także z dużą trasę koncertową z SBB, rejestrując także nowy album zespołu - „New Century" i występując z SBB w Spodku przed Deep Purple oraz jako główna gwiazda meksykańskiego festiwalu BajaProg. W kwietniu po raz kolejny pojawił się na festiwalu SKIF W Rosji, występując z „Tryptykiem Petersburskim" z litewskimi jazzmanami, a także dając krótki solowy recital fortepianowy w Twierdzy Pietropawłowskiej w ramach internacjonalnego projektu „Music Of Time". W maju dał trzy doskonale przyjęte koncerty w Londynie itd....

Obecnie z prawie sześciu godzin muzyki zarejestrowanej podczas trzech koncertów, które odbyły się w grudniu 2004 r. w Chorzowie, Warszawie i Poznaniu, został wybrany materiał, który ukaże się wkrótce na płycie zatytułowanej „Tryptyk Petersburski" -Józef Skrzek East Wind. Komponuje obecnie także "Oratorium Górnośląskie" i „Pasję Wielkanocną", której źródłem jest "Droga Krzyżowa" z rzeźb Zygmunta Brachmańskiego w katowickiej Archikatedrze. Wydał też całkiem niedawno krążek "La Tempete" z muzyką, którą zaprezentował podczas koncertu w chorzowskim Planetarium Śląskim 20 stycznia 2007 roku.

Józef zawsze podkreśla, że najważniejsza jest Rodzina. Oddajmy mu więc samemu głos. „Matka Maria wprowadziła mnie w Sztukę Piękna jaką jest Muzyka i dziś jest pierwszym Autorytetem Muzy. Ojciec Ludwik za życia chciał kupić mi organy Hammonda... Jest brat Jan, którego wprowadzałem na Scenę zawodową oraz siostra Teresa, wieloletnia Mistrzyni Polski w jeździe figurowej na łyżwach... Są rodowe ułożenia blisko związane z walką o polskość Śląska, zarówno dziadkowie jak przede wszystkim stryj Józef Skrzek brat Ludwika oddali Życie aby Śląsk był polski... Józef, nauczyciel harcmistrz jako szef Ruch Oporu w czasie II wojny światowej został powieszony w Bytkowie... Spotkałem małżonkę Alinę w kwietniu 1980 roku po koncercie SBB w Bydgoszczy. Narodziły się nam 3 córki -Karina pierwszy Owoc Miłości jest "dzieckiem wojny" bowiem urodziła się w stanie wojennym w szpitalu wojskowym w Warszawie, a w latach 90-tych pojawiły się Luiza i Elżbieta „Perełki Śląskie"... Najstarsza Karina już jako dziecko próbowała swoich sił na estradzie, śpiewając z tatą, młodsze tańcują, "rajtują" na koniach piszą i recytują poezję oraz malują a czasami śpiewają z tatusiem... Na dwudziestopięciolecie związku małżeńskiego Alina i Józef odnowili Śluby na Jasnej Górze przed Cudownym Obrazem Jasnogórskiej Pani, twórczo wydali wspólne dzieło, album „Słone Perły".

Skrzek wspomina : „Ojcem chrzestnym Dominika zostałem w pewnej pracowni Artystów malarzy na Śląsku. Dominik to dziś Duży Chłop z kamerą filmową w ręku jest operatorem TV. Nagrywałem prawie rok ten projekt między trasami koncertowymi SBB. Zastosowałem techniki wielośladowych nakładek instrumentów podczas ok. 20 minutowych kompozycji.
Mordercza praca określana przez miejscowych determinacją...Zadałem sobie wiele trudu w tej produkcji bowiem zależało mi na wyjątkowej jakości na najwyższym poziomie światowym. I co... jedziemy z żonką Alinką przez miejscowość Śmigiel a tam wyprzedaż „Ojca"! Po przecenie za...jedyne 5zł!...wykupiliśmy cały nakład około 200 płyt..."

Ta historia opowiedziana na płycie to alter ego życia Skrzeka zwłaszcza część o dzieciństwie jak żywo przypominająca życiorys dziecka z familioków. Zresztą zwróćmy uwagę, że tytuł płyty centralną postacią określa nie Dominika ale właśnie Ojca Chrzestnego. Ponownie jak na „Pamiętniku Karoliny" Skrzek widzi życie jako koło zataczające okrąg, zresztą znaczący jest tytuł drugiej suity - „Toczy się koło historii".
„Zaćmienie Słońca". Wstęp to podniosłe brzmienie organ, dzwonów rurowych i kotłów wprowadzających patetyczną atmosferę entree, po chwili wyciszone (0:53) oddaje pola spokojnym, lekkim dźwiękom kojarzącym się z ... Hawajami i wchodzi z wokalem Skrzek(1:10). Matej jak zwykle w poetycki sposób streszcza dzieje dzieciństwa, losy dziecka w ekstremalnych warunkach. Przez moment mamy przepiękne iluminacyjne brzmienia syntezatora (2:27-2:46) by po chwili rozkoszować się ciężkim brzmieniem gitar gdzie przy końcu tej sekwencji wspomaga je perkusja. Od 5:00 wchodzi harmonijka ustna z delikatnie bluesowym prowadzeniem, chór w stylu gospel, dzwon rurowy i skromne dźwięki z syntezatora. W 6:39 odpływamy przełamaniem w crescendo talerzy w króciutki temat progresywno -symfoniczny, zastąpiony brzmieniem organów piszczałkowych (7:15) samotnie tworzących kolejne dźwięki by fenomenalnie połączyć się z podniebnym brzmieniem wykreowanym z mooga (8:07) wirującym niczym wszystkie kolory tęczy w promieniach słońca...W 8:52 dochodzi kolejny tekst Mateja - uduchowiona w sformułowaniach opowieść „Wesele będzie". W tej części Skrzek wpisuje się w tradycję muzyki poetyckiej z kręgu Marka Grechuty z Anawą. Pojawiają się kotły, smyczki. Od 11:06 podążamy do następnego fragmentu -prog rockowy w swej formie, uszlachetniony został przez fortepian. Całość w zestawieniu z gitarą basową na dalszym planie przybiera relaksacyjny format. Od 13:01 radosne dźwięki o promiennej barwie eksplodują z w inną melodię. Od 15:48 muzyka przybiera bardziej minorowy charakter - to zasługa gitary elektrycznej, kotłów. Bardziej rockowa, dynamiczna wstawka patetyzuje zakończenie tej suity.
„Toczy się koło historii". Słyszymy głos krupiera i gwar ludzi otaczających stół, Skrzek imituje obrót ruletki - to toczy się koło życia ... W te dźwięki wchodzi fortepian, wzbogacony o efekty z syntezatorów o metafizycznych, kosmicznych analogiach. Wreszcie od 2:25 przebija się główny motyw oparty na mocnym akcentowaniu powtarzanego motywu. Od 3:40 przechodzimy w progresję wymieszaną z ciekawą el muzyką i śpiewem Skrzeka opowiadającym o historii w wymiarze ponadczasowej, filozoficznej przypowieści, próby ogarnięcia absolutu czasu jako prawdy przewidywalnej. Towarzyszy temu znakomita muzyka świetnie uzupełniająca „wielkie słowa". Około ósmej minuty spadamy z firmamentu manichejskich kół by wejść w fazę opowieści opartej na prawie psychodelicznych instrumentalnych rozważaniach nad kondycją ludzką. Jest w tym fragmencie sporo z eksperymentującego z prog rockiem Vangelisa. Świetny fragment. Od 12:01 dźwięki wytracają pęd na rzecz harmonijki wspaniale podbudowanej pięknymi ozdobnikami z syntezatorów. I znowu Skrzek śpiewa. „Narodom ziem pozaziemskich trzeba nieść wolność". W zakamuflowany sposób, można odnosić takie wrażenie, że Skrzek odnosi się do polityki. Od 17:43 pojawia się następny uroczy temat z moogów. W tej muzyce jest cała esensja tego co było niezaprzeczalnie pociągające w charakterystycznych brzmieniach lat siedemdziesiątych. Pierwsza część ma kilka genialnych wstawek ale moim zdecydowanym faworytem jest część druga.
Trudno przy tych dwóch uszytych z różnych fragmentów muzyki suitach nie oprzeć się wrażeniu, że utwory stworzono w manierze charakterystycznej dla Mike'a Oldfielda. W formie zapewne, ale w treści bliżej tu to Yes, Genesis czy Pink Floyd. Stąd może to nie czyste el ale ta płyta zawiera tyle odniesień z i do tego nurtu, że można ją też do niego zaklasyfikować. Klasyk o wielu korzeniach gatunkowych. (8.84/10)
1.Zaćmienie Słońca 19:19
2.Toczy się koło historii 20:00

Wszytkie instrumenty oraz partie wokalne zostały nagrane przez Józefa Skrzeka
Instrumenty: piano, Fender piano, clavinet D6, polymoog, minimoog, micromoog, sonicsixmoog, davolisint, concert spectrum, bass guitar, japan banjo, guitar 6-strings, guitar 12-strings, organ, Hammond organ, steel guitar, harmonica, bass, marimba, drums, kettledrums, cymbals, gong, triangle, tambourine, cowbell, vocal, applause

Realizacja dźwięku - Władysław Gawroński
Asystent realizatora - Renata Szybka
Reżyser nagrania - Edward Spyrka
Remix końcowy - Józef Skrzek
Projekt graficzny - Marian Mroszczak i Tomek Sikora

Płytę zrealizowano przy współpracy Redakcji Muzycznej PR.III Polskiego Radia w Warszawie.
Nagrań dokonano w studiu Rozgłośni PR w Opolu, od marca 1979 do marca 1980, w czasie wolnym od koncertów Józefa Skrzeka

"Płytę dedykuję mojej matce Marii" - Józef Skrzek
Ostatnio zmieniony 06 lut 2013, 13:26 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #54443 autor: spawngamer » 06 paź 2007, 15:52

Adam Certamen Bownik
Olympus Mons
rok wydania: 1998

Adam Bownik urodził w 1972 roku w Lublinie. W dzieciństwie fascynowała go muzyka elektroniczna, którą słyszał w różnych programach popularno-naukowych jak „Kwant" czy „Sonda". Pewnego dnia ojciec kupił mu używany magnetofon szpulowy. Chcąc go przetestować nagrywał fragmenty filmu dokumentalnego „Jedwabny szlak" z muzyką Kitaro. Zafascynował się wtedy na tyle el muzyką, że od tego czasu wciąż marzył o jej tworzeniu.
W 1990 roku powstał zespół Certamen grający wspólnie do 1995 roku. W składzie obok Bownika, znaleźli się koledzy mieszkający w tym samym bloku. Próby odbywały się w kaplicy kościelnej, co sprawiało duży kłopot licznym grupom oazowym mającym swoje spotkania w salkach obok. Często odwiedzali ich nawet żeby zasugerować żeby perkusja grała ciszej. W zespole tym Bownik był wokalistą i grał właśnie na owej perkusji. Pisał też teksty oraz tworzył muzykę. To co tworzyli to był death metal, bardzo popularny w tamtych czasach, przez co grupa dużo koncertowała m.in. w Lubelskim Domu Kolejarza.
Po rozpadzie zespołu spowodowanym ogólnym brakiem zainteresowania członków zespołu muzyką metalową, Bownik zapragnął zrealizować chęć tworzenia muzyki elektronicznej. Grając w kapeli i nie mając jeszcze komputera kupił książkę o tworzeniu muzyki na „pececie". Zdecydował się na zakup takiego sprzętu. Marzenia w końcu po części zostały zrealizowane, kiedy dokupił później kartę dźwiękową Sound Blaster AWE 32. Jednak marzeniem ciągle było komponowanie za pomocą syntezatorów. Uciułał w końcu pieniądze na klawisze, które posiada do dzisiaj. Pozostawił sobie po wcześniejszych czasach jako pseudonim nazwę „Certamen". Wena twórcza tego artysty może przerażać. W 10 lat wydał oszałamiającą ilość 54 albumów (ostatnio statystyka oscyluje przy 2 płytach rocznie) ale jak twierdzi stara się aby ilość przechodziła w jakość. Są pewne zasady, które sobie wyznaczył i których przestrzega w trakcie komponowania: Brzmienia instrumentów mają być oryginalne a nie kopiowane z najlepszych płyt TD. Każda kompozycja musi zawierać też pewną linię melodyczną. Certamen mówi: „poza tymi zasadami nie ma innych reguł, którymi kieruję się przy tworzeniu muzyki. Niekiedy mam gotową wizje danego utworu i staram się ją urealnić. Dotyczy ona nastroju, dynamiki, barw, ilości instrumentów, często pomocny okazuje się wcześniej wymyślony tytuł utworu. Siadam wtedy za klawiaturami i szukam melodii i harmonii odpowiadających wytyczonym wcześniej założeniom. Nie używam software'owych syntezatorów (powoli myślą) ani gotowych sampli. Chętnie pozbyłbym się też komputera, ale nie ma nic lepszego niż programowy sekwenser, efekty w karcie dźwiękowej oraz cyfrowa obróbka dźwięku. Cyfrowe studio w komputerze to rzecz rewelacyjna, lecz generowanie dźwięku to według mnie to wyłącznie domena syntezatorów. Komponowanie muzyki elektronicznej jest dla mnie czystym hobby, receptą na odzyskiwanie równowagi i sposobem na miłe spędzenie czasu, jest też swoistą psychoterapią, możliwością wniknięcia głęboko w siebie a jednocześnie sięgnięcia granic kosmosu. Trudno określić generalnie styl w którym tworzę. Mimo, że w większości moich utworów słychać echa szkoły berlińskiej to jednak nie chce ograniczać się i zamykać w takiej klatce swojej twórczości. Lubię eksperymentować i wprowadzać do mojej muzyki nowe elementy często może zaskakujące słuchacza a to już dotyczy przekraczania pewnych barier rytmicznych melodycznych i harmonicznych jakie nakłada dany nurt muzyczny".
Utwory jego prezentowane były w III programie PR, lubelskiego radia „Centrum" oraz rzeszowskiego radia VOX a Estrada i Studio (5/2000) opublikowała fragment utworu „Sonabilis" w dziale "Przyślij nam swoje demo". Dużym sukcesem jest współpraca z niemiecką oficyną Syn Gate specjalizującą się w berlińskich klimatach w której ukazało się profesjonalnie wydanych kilka tytułów z bogatej dyskografii Certamena. Udziały w koncertach świadczą o jego możliwościach i chęciach prezentacji swej muzyki na żywo (koncert w liceum im. Stanisława Staszica w Lublinie 2001, Koncert w winiarni „U Dyszona" w Lublinie 2002, Koncert w Elmanii w audycji El_visa 2003). Muzyka jego została także wykorzystana w dwóch reportażach Krzysztofda Kalukina „:...A po sztormie nastąpi cisza" oraz w materiale filmowym o sytuacji polskich rybaków po wejściu Polski do UE.
Swoistym odpryskiem jest tworzenie wraz z Piotrem „el_visem" Lenartem muzyki darkwave electro do mrocznych tekstów Marcina „BenefitY" Sysy. W życiu prywatnym Bownik jest doktorem nauk biologicznych i pracuje na uczelni w Lublinie w Katedrze Fizjologii i Toksykologii jako adiunkt.
„Wszechpoczątek". Mamy tu doczynienia z muzyką sięgającą do mrocznych klimatów opuszczonej stacji kosmicznej ala Aliens gdzie świdrujący dźwięk generatora przenicowują odrętwiające, przerażające podkłady. Dark ambientowy klimat wspomaga zbasowiony wokoder przypominający głos co najmniej Lucyfera „i stała się światłość". Nawiązuje więc Certamen do religii tak mocno obecnej w jego twórczości, że poświęcał jej całe płyty ( np. „Apokalipsa"). Jednak początek wszechrzeczy w wydaniu Certamena co ciekawe, od strony muzycznej kojarzy się bardziej z techniką, (odgłosy) niźli z duchowością i owe dość frustrujące dźwięki budzą strach a nie radość z powstawania. Czyżby autor upatrywał w owym wszechpoczątku zaczątek zła?
„Do gwiazd". Szybki loop, basowe wtrącenie i pojawia się technoidalny podkład. Trochę to infantylnie brzmi jak na dzisiejsze czasy i możliwości dzisiejszych urządzeń ale ogólnie jest to ładna, zdynamizowana melodia pełna smaczków -ozdobników. Akcenty są rozłożone właściwie np. w odpowiednim momencie pojawia się syntezatorowe solo. Do gwiazd mkniemy odważnie, bez strachu przed nieznanym, pełni nadziei na nowe ciekawe odkrycia.
„Endless voyage". Najdłuższy na płycie utwór rozpoczyna przenikliwy dźwięk telefonu wsparty zwokoderyzowanym damskim głosem i zapowiedź tematu w wykonaniu samego autora. Wpadamy w sekwencję odzwierciedlającą ową wędrówkę przez kosmiczne przestrzenie rozciągające się bez końca. Ładnie przyprawiona o ozdobniki snuje się w miłych dla uchach miękkich dźwiękach. Gdzieś od połowy utworu Certamen pozwala sobie na intrygujące solówki ciekawie wkomponywujące się w całość. Znów brzęczący telefon z tarczą przerywający melodię świadczy, że mieliśmy prawdopodobnie do czynienia ze snem...
„Sad eyes". Stonowane brzmienia, wyciszona aranżacja i delikatna, zapętlona melodia. Takie są smutne oczy według Certamena. Burzy to początkowe wrażenie linearności w opowieści kolejnych tematów tej płyty. Zamiast płyty koncepcyjnej mamy więc zlepek różnych opowieści.
„Powitanie morza". Szum morza wprowadza nas w tą bardzo piękna kompozycję złożoną z pastelowych, uduchowionych barw wspartych brzmieniami orkiestrowymi. Powabny czar melodii pozostaje na długo w pamięci.
„Olympus Mons". Tytułowa kompozycja sięga do czarownych lat siedemdziesiątych gdy elektronika wspaniale brzmiała na analogowych instrumentach. Zdecydowanie utwór o konotacjach ze szkoły berlińskiej z linią melodyczną naśladujący z powodzeniem brzmienia Tangerine Dream.
Akurat ta płyta Certemena urzeka albowiem na pozostałych pozycjach jest jak najbardziej ciekawie ale tu mocą tego tytułu jest różnorodność stylów gdzie pozostałe krążki opierają się prawie w 100 procentach na Berliner Schule. Każdy na tym krążku odnajdzie coś dla siebie i na pewno nie zawiedzie się. (8.16/10)

1.Wszechpoczątek - 5.13
2.Do gwiazd -7.50
3.Endless voyage- 14.01
4.Sad eyes -3.57
5.Powitanie morza -7.02
6.Olympus Mons -8.56
Ostatnio zmieniony 06 lut 2013, 13:27 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #55744 autor: spawngamer » 07 lis 2007, 10:42

Bookovsky
Book of Sky
rok wydania: 2006

Michał Bukowski, muzyczny samouk, z wykształcenia filmoznawca, studia podyplomowe z dziennikarstwa, grający jak to określa berliński trance, urodził się w 1975 roku w Krakowie. Muzyka elektroniczna oczarowała go jako nastolatka. Ten czas kiedy był jeszcze w podstawówce określa instynktownym a nie świadomym zainteresowaniem tą muzyką gdy ta pojawiała się m.in. jako tło muzyczne w TV i była jeszcze dla niego nieokreślonym, najbardziej pociągającym gatunkiem. Bookovsky wspomina: „pierwszą zakupioną przeze mnie kasetą był album Jarre'a "Zoolook". Do dziś uważam tę płytę za genialną... Potem się posypało. Tangerine Dream, Kraftwerk, Biliński Vangelis ( stawia tego ostatniego na piedestale uznając płytę Heaven And Hell za najlepszą pozycję el muzyki- przyp. aut.). Oprócz tego, tacy wykonawcy jak Koto czy Laser Dance. Do dzisiaj lubię tego posłuchać. To chyba dlatego, że cenię każda odmianę muzyki elektronicznej. Czego niektórzy nie potrafią zrozumieć. Obok tych wykonawców zawsze z kolegami nagrywaliśmy na kasety muzykę z gier i demo z komputerów 8-bitowych i z Amigi i słuchaliśmy tego wszystkiego z zapartym tchem. W ciągu kolejnych lat przybywały wciąż nowe nurty elektroniki, jakimi się interesowałem, od klasyki do całkiem ciężkich klimatów". Co ciekawe zainteresowania swe pogłębiał jak twierdzi dzięki... piractwu radiowemu, które w Krakowie było mocno rozwinięte i prezentowało tzw. gatunki niszowe z el muzyką na czele.

Co do robienia własnej muzyki Bookovsky wspomina: „W podstawówce, wobec braku jakiegokolwiek instrumentu, robiłem jakieś dziwaczne eksperymenty z miksowaniem paru ścieżek własnego głosu na kilku magnetofonach. Potem, gdzieś na początku liceum kupiłem swego ukochanego po dziś dzień Spectruma 48K (konkretnie był to Timex), właśnie po to, by robić na nim muzykę". Pierwsze próby muzyczne to lata 1990-1993, małe samplery Casio SK- 5, CA 110 i miksy na zwykłym magnetofonie. Późniejsze nagrania (na sprzęcie Yamahy, o całe klasy wyższym, lecz wciąż dalekim od ideału), Bookovsky wspomina tak: „Gdzieś tam z braku kanałów w ogóle werbel pocięło, bo sprzęt nie wyrobił, gdzieś tam jakieś cuda na kiju musiałem odprawiać, żeby jakieś dziwaczne pady programować, hihi, no jednym słowem - było ciężko w tych czasach. I z kwantyzacją były problemy (sprzęt miał dwa sekwensery, z których tylko jeden się kwantyzował, więc na nim szły sekwencje, a wszystkie prowadzące i jakieś tam stringi musiały iść z ręki..."
Do roku 2007 wydał cztery solowe albumy: w 1996 po dwóch latach oczekiwań firma Digiton wydała kasetę MC - "Układ słoneczny - Naszyjnik Boga". Autor dzisiaj nie ceni jej za bardzo... A powstawała w ekstremalnych warunkach. Michał nie miał wtedy własnego syntezatora, więc chodził do swej ówczesnej sympatii. Ta grała trochę na pianinie stąd ojciec kupił jej Yamahę. Instrument ten delikatnie mówiąc zbierał u niej jedynie kurz a Bookovsky wykorzystał go w pełni i skomponował na nim cały materiał. (Kolejny album nagrywał już przy użyciu ATARI 1040 ST i własnej Yamahy - marce tej stara się być wierny do dziś). W maju 1997 roku, w czasopiśmie "Estrada i Studio" ukazały się na płycie dołączonej do wydawnictwa trzy kawałki Bookovsky'ego oraz obszerny artykuł poświęcony jego osobie. Traktował głównie o drugim materiale, jaki nagrał a wydanym później na CD pod tytułem: "Sen paranoika" ( Znowu długie wędrówki po wytwórniach owocowały obietnicami wydania materiału ale finalnie nic z tego nie wychodziło stąd artysta wypuszcza go własnym sumptem dopiero w 2000 roku ). W międzyczasie w 1998 roku skomponował muzykę do baletu "Wg. Pasji" dla Eksperymentalnego Studia Tańca Iwony Olszowskiej, wystawianego przez parę miesięcy 1998 roku w całej Polsce. To właśnie w ich spektaklu choreograficznym można usłyszeć między innymi niepublikowany utwór "Heartbeat". W 1998 roku debiutuje też na scenie w pierwszym dniu ZEF'u w Piszu grając m.in. premierowy materiał, który później znalazł się na płycie „ANALOGy" wywołując żywą reakcję wśród publiki i co zmotywowało go do dalszej twórczej pracy. Jego muzyka kilka razy pojawia się w różnych radiostacjach, miedzy innymi w PR III u Jerzego Kordowicza (już od pierwszej pozycji), w Radio Alex z Zakopanego, w Radio Plus, Jazz-Radio i innych, także internetowych. Tradycyjnie materiał na nowy krążek musiał czekać kilka lat na wydanie aż wreszcie w grudniu 2001 udostępniła go wytwórnia R&R Records działająca obecnie w Wlk. Brytanii prowadzona przez Polaka, Macieja Repetowskiego. Płyta ta zaistniała w świadomości fanów elektroniki na całym świecie - jest jedną z lepiej sprzedawanych płyt z polską el muzyką. 15 Sierpnia 2002 gra kolejny duży koncert, tym razem na festiwalu elektroniki Ambient w Gorlicach prezentując już wtedy materiał który ukazał się później na „Book Of Sky". (Pierwszy utwór powstał już w 1997 roku ostatnie wstawki zaś na miesiąc przed wydaniem). Potem przez parę lat zajmował się publikowaniem bardzo różnej muzyki pod wieloma pseudonimami w różnych projektach głównie on line (techno, micromusic, black-metal, folk, industrial, space-synth, muzyka symfoniczna) wciąż jednak szlifując materiał na album wspomniany powyżej. Najważniejszym odpryskiem od jego solowych działań jet wydanie w roku 2003 w firmie AXIS (dawna R&R a obecnie Alpha Centauri -specjalizuje się w space synth m.in. tu wydaje Krzysztof Radomski, Vocoderion, Spaceraider) płyty „Humanity" pod szyldem Geiger Box (Foltman i Bookovsky), która zelektryzowała fanów stylu Kraftwerk a gdzie mamy też domieszkę EBM/darkwave a Bookovsky raczy nas swym śpiewem (kojarzy mi się z wokalistą Type O'Negative). W plebiscycie polskiego serwisu poświęconemu muzyce niezależnej - Alternative Pop, Geiger Box stało się „Debiutem roku 2003".( Tak naprawdę projekt post kraftwerkowski istniał już od 1994 roku a Bookovsky jest do dziś wielkim admiratorem stylu elektro pop). 31 Lipca 2005 roku daje kolejny entuzjastycznie przyjęty koncert na zamku olsztyńskim gdzie w ramach „Olsztyńskiego Lata Artystycznego" mają swe miejsce „Elektroniczne pejzaże muzyczne". Jako ukoronowanie jego dziesięciolecia na rynku muzycznym 17 listopada 2006 ukazuje się jego czwarty tytuł „Book Of Sky" (jak zwykle premiera odwleczona ze względu na tłocznię).

Od lat Bukowski jest zapalonym zbieraczem polskiej elektroniki a jego pasja związana z tą muzyką, zaangażowanie w jej propagowaniu zaowocowało wydawnictwem non profit do którego de facto dokłada finansowo. „Old Skool" zadebiutowała w 2005 roku i do tej pory do rąk fanów dotarły 4 pozycje na MC - El_visa, Neriousa, Kombinusa, Aqmoolatora.

Muzyka to nie wszystko -Bookovsky robił też filmy animowane, tworzył literaturę SF, interesuje się starymi komputerami, przede wszystkim 8-bitowymi. Czytuje dużo SF i fantasy, lubi komiksy i filmy, najlepiej w podobnym klimacie.

A o tym co gra wypowiada się tak: „Generalnie rzecz biorąc, gram elektronikę i muzykę dark-independent. Solowo - rzeczy mające swe korzenie w czymś, co jedni nazywają trance'em berlińskim, inni - klasycznym rockiem elektronicznym lub "szkołą berlińską". Rzecz to bardzo transowa, oparta na sekwencjach, są tam również elementy elektroniki symfonicznej. Kultowe dla mnie rodzaje muzyki to transowa „szkoła berlińska" , techno-pop / electro oraz darkwave".

Part 1. Sztucznie brzmiący szum wiatru otacza pojedyncze dźwięki szarpania strun, do których przyłącza się orkiestrowe brzmienie smyków, kotła, wszystko w wolnym tempie, wytwarzające patetyczną, prawie nerwową (dodanie werbla) atmosferę. To intro przechodzi następnie (od 1.44) w przepiękny, skonstruowany ponownie brzmieniami orkiestrowymi fragment z prawie niewyczuwalnym wstawieniem typowego dźwięku syntezatora. Świetne harmonie od prawie monumentalizmu przechodzą do keyboardowego minimalizmu (3.38) wspartym po chwili basowym brzmieniem i kolejnymi wstawkami smyczkowymi. Melodię rozwija brzmienie przypominające puzon i znowu mamy majestatyczną ekstazę spotęgowaną rozedrganym fortepianem. Znów werble i w kakafonii dźwięków zaskakujące wprowadzenie - typowo symfoniczne czyli do Bookovsky'ego bardzo niepodobne wybrzmiewa w uszach oszołomionego słuchacza.

Part 2. Od razu wpadamy w zakręcony, szybki loop który jest tłem dla mocnych głuchych odgłosów i ciekawej barwy przypominające zniekształcenie dźwięku pod wpływem błędnego zapisu. W koło nas rozbijają się warkocze galaktyk w efektownych ozdobnikach a melodia wiruje w kosmicznej spirali. Bookovsky manipuluje znakomicie, w wyszukany sposób nastrojem wzniosłości, uczestniczenia w czymś niezwykle wielkim.(Choćby utrącenie głównego podkładu na rzecz niesamowitej wstawki między 2.49 a 3.21). Te inteligentne przełamanie melodii powoduje, że kolejne powtórzenia absolutnie nie przeszkadzają a ten galopujący, zapętlony utwór brzmi znakomicie.

Part 3. Ten fragment otwierają dramatyczne, samotne dźwięki fortepianu z pogłosem, po chwili wplatają się ozdobniki - przechodzimy na elektroniczną klawiaturę rytm tężeje w berlińskim zawijasie. Brzmienia są zdecydowanie oparte na tradycyjnej muzyce BS. Sekwencje godne najlepszych gatunku. Nic dodać nic ująć.

Part 4. Początek tej części przypomina mi el transkrypcję jakieś góralskiej melodii ( to było domeną Kucza...). Ale wpadamy zaraz w podkręcony podkład i zdecydowanie spokojniejszą linię melodyczną, przez którą przebija się sekwensyjność. I tak mogłoby być do końca ale Michał rasowo ubarwia kompozycję kolejnymi ciekawymi wstawkami ( mnogość barw, delikatnie prześwitujący chórek ) a wszystko jest właściwie interludium do grand finale ( 5.29- do końca ) gdzie w iluminacyjny sposób ( ale jakby nie zgrany z całością ) otacza nas wibrującymi dźwiękami.

Part 5. Otwarcie dość nietypowe, z hiszpańska brzmiącą gitarą klasyczną ale po chwili wiemy już gdzie jesteśmy. Ciekawa sekwencja i niebanalny nastrój wywołany interesującymi barwami przypominającymi mi m.in. odgłosy z horrorów. Bookovsky w perfekcyjny sposób znanymi i można by rzec wyświechtanymi środkami typowymi dla BS buduje znakomicie zaaranżowaną kompozycję z wpadającą w ucho melodyką co świadczy, że nie jest li tylko rzemieślnikiem znającym odtwórczy warsztat ale artystą z dużą wyobraźnią muzyczną. Jeśli część pierwsza i druga zawiera „tylko" duże fragmenty, które powodują u mnie gęsią skórkę tak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to zdecydowanie najciekawszy utwór tej płyty.

Part 6. Zadumane, wybrzmiewające w echo uderzenia klawiszy fortepianu giną w końcu stereofonicznej kakafonii zdynamizowanej muzyki. Kolejny pełen wigoru „berliński" kawałek z mocno zaakcentowaną sekcją rytmiczną i ciekawą, niekonwencjonalną jak na ten typ muzyki partią gitary elektrycznej. Oczywiście Bookovsky nie zapomina o efektownych wstawkach ozdobników, sampli. Ciekawie artysta wyakcentowuje poszczególne fragmenty utworu układające się jakby w mini suity głównie zmianami tempa w obrębie wciąż tego samego rytmu.

Part 7. Basowe sekwencje jak z najlepszych płyt Tangerine Dream wprowadzają nas w część siódmą operującą głównie nakładającymi się na siebie zapętleniami. Kolejny świetny utwór brzmiący jak klasyk gatunku.

Part 8. Zamknięcie jest nawiązaniem do początku płyty czyli werble, nadające ton temu symfonicznemu utworowi, który z klimatu major przechodzi w subtelne, zwiewne dźwięki nostalgii by woltą zakończyć w owym podniosłym nastroju początku.

Za okładkę odpowiedzialny jest Paweł Skrzypczak i szczerze mam do niej zastrzeżenia. Szczątkowy booklet jest ciekawy, choćby zdjęcie Michała otoczone zwiewnymi, utkanymi z mgły skrzydłami chyba aniołów (?). Ale drażni mnie redendronowane inside i front sleeve. Owe komputerowo wytworzone nagie panny wzlatujące w niebo na kocie bardziej mi pasują do słodkawego New Age niż to tej soczystej, pełnej ekspresji muzyki.

Zaskoczyły mnie gorzkie słowa, które Michał do mnie napisał: „Obawiam się, że to ostatnia moja płyta. Przez ostatnie lata wiele się zmieniło. Póki było mało słuchaczy - jak kiedyś - to wciąż jednak był sens robić elektronikę dla osób zainteresowanych.
Ale teraz to już nie tylko mała ilość słuchaczy; niestety ludzie uwierzyli w to, ze elektronika to wieśniacka muzyka dla ciołków, uwierzyli również, że robiona przez głupich [autocenzura] tzw. (haha) "nowa" elektronika, czyli wybitnie sztampowe i nie różniące się od siebie prymitywne struktury są dobre, fajne i są przyszłością, bo... są "nowe" (nawet to "nowe" jest już OD LAT nieaktualne).
Słowacki wielkim poeta był. Dlaczego? Bo był wielkim poetą. Żałość, żałość i degeneracja, ale że fani elektroniki w to uwierzyli, to już jest poza moimi zdolnościami pojmowania.
Kiedyś na nas naskakiwano, ale byliśmy dumni i wiedzieliśmy, że nasza muzyka jest najlepsza. A dzisiaj? Szkoda gadać..." Mocne i smutne. Może dlatego w podziękowaniach pojawia się tyle postaci znanych z „moo" (np. Bart, Ania, Lord Rayden) czy z forum studio-nagrań.pl (np. Fantomasz, Yeske, Rubycon) jak i podziękowania dla muzyków: od 3N po Zibbona. Może to swoiste pożegnanie?...

Ale ja mam nadzieję, że Michał jednak zatęskni, usiądzie ponownie za instrumentami i nagra kolejny świetny materiał na płytę.

Bookovsky napisał kiedyś przy okazji mojej recenzji Vangelisa: „Piekło i Niebo. Najlepsza płyta muzyki elektronicznej - jak dla mnie. Przykro mi, jeśli kogoś uraziłem". A ja stwierdzam: Księga Nieba - najlepsza polska płyta Berliner Schule - jak dla mnie. Przykro mi, jeśli kogoś uraziłem. (8.65/10)

1.Book Of Sky Part 1 - 8.34
2. Book Of Sky Part 2 - 6.33
3. Book Of Sky Part 3 - 8.46
4. Book Of Sky Part 4 - 6.39
5. Book Of Sky Part 5 - 6.53
6. Book Of Sky Part 6 - 7.57
7. Book Of Sky Part 7 - 5.28
8. Book Of Sky Part 8 - 2.42
Ostatnio zmieniony 06 lut 2013, 13:28 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #56138 autor: spawngamer » 16 lis 2007, 18:05

Wawrzyn
Elektrzyn
rok wydania: 2004

Urodzony w Poznaniu w 1966 roku Paweł Wawrzyniak z wykształcenia elektronik, samouk muzyczny, nie znający nut, zaczynał przygodę z muzyką na przełomie 1979/80 roku gdy założył wraz z kolegami z podstawówki zespół muzyczny. Żaden z nich nie umiał na czymkolwiek grać, nikt nie miał prawdziwego instrumentu, ale chęci były w nich wielkie, a zapał jeszcze większy. Pawłowi przypadła gitara, na której sam nauczył się grać. Wawrzyniak wspomina : „Miałem niejakie pojęcie do czego ów instrument służy. Tak więc wykorzystywałem rakietkę do badmintona w celu markowania gry na gitarze , marząc równocześnie o prawdziwym instrumencie. Takiego dopożyczyłem się niebawem, ucząc się na nim pierwszych chwytów i melodii". Ten zespół rozpadł się pod koniec podstawówki ale na początku szkoły zawodowej (1981) powstał kwartet O'kres gdzie Wawrzyniak grał na basie. Te czasy wspomina jego kolega: „Początkowo nie mieliśmy miejsca, aby wspólnie trenować. Gitary jakoś sobie skombinowaliśmy. Grzegorz kupił z Mariuszem perkusję, która nadawała się od razu do remontu. Pewnego dnia usłyszeliśmy o Domie Kultury "Stomil" i klubie MMG. Nagraliśmy u mnie w domu trzy albo cztery utwory i daliśmy je do przesłuchania. Zostaliśmy przyjęci, ale tylko po to, aby zagrać jeden raz na giełdzie płyt. Nasz występ był bardzo sztuczny, nie wiedzieliśmy co mamy grać, a publiczność nie zwracała na nas uwagi. W "Stomilu" nie było możliwości na granie, ponieważ nie mieliśmy własnego nagłośnienia. Zaczęliśmy grać u nas w szkole. Na granie mieliśmy przeznaczone małe pomieszczenie bez okna. W teorii opiekował się nami prof. Łuczak ze średniej szkoły muzycznej. Lecz styl grania sami sobie narzuciliśmy. Próby to było okropne wałkowanie, gdyż chcieliśmy dojść do pewnej perfekcji: Graliśmy początkowo utwory Breakoutu i trochę własnych. Po kilku miesiącach odchodzi Paweł Wawrzyniak. - pamiętam był to 3 stycznia 1982r". Paweł odszedł znużony kierunkiem do którego zmierzali ( heavy metal) gdy sam był miłośnikiem (dzięki bratu ) hard rocka, punku i bluesa. Ale fascynacje nie lubią próżni. Wawrzyniak zgadał się z dwoma kolegami z klasy, z którymi stworzyli anonimową kapelę działającą w Zespole Szkół Łączności w Poznaniu. W 1983 roku pojawia się jeszcze klawiszowiec a rok później wokalista. W międzyczasie startują w wojewódzkich eliminacjach do Konkursu Piosenki Radzieckiej z hard rockową wersją jakieś rosyjskiej pieśni. Komisja konkursowa nie mogąc znieść takiej interpretacji odrzuca ich. Dochodzi do licznych zmian personalnych aby skrystalizować skład w 1986 roku pod nazwą Panitsch gdzie Wawrzyniak grał na gitarze i udzielał się w chórkach. Zagrali kilka koncertów, dokonali półprofesjonalnego nagrania w Domu Kultury Rejtan i zdobyli zaszczytny puchar dla ZSŁ w Poznaniu za zajęcie 2 miejsca w Międzyszkolnym Turnieju Artystycznym Szkół, który odbył się w Jeleniej Górze w 1987r. Kilka miesięcy później nastąpił rozpad kapeli a jej członkowie oddali się pełnieniu ważniejszych obowiązków życiowych. Wawrzyniak wspomina: „Moja przygoda z graniem zespołowym zakończyła w roku 1987. Potem instrument w wersji "unplugged" towarzyszył mi i mojej familii na wielu wywczasach, weekend-ach i imprezach rodzinnych. Gdy w 1997 przez przypadek stałem się posiadaczem magnetofonu ZRK Opus (szpulowy, stereo, z możliwością dogrywania ścieżek ) moje młodzieńcze fascynacje ponownie doszły do głosu. Bazując na tym niedoskonałym sprzęcie (gitara Jolana , Over Drive Exar , Flanger BF-2 Boss , kamera ADS-500+ , Yamaha PSS480 ) uzupełnionym o wyśmienitego Technics-a M253X zarejestrowałem, pierwsze po kilkunastu latach przerwy, muzyczne pomysły. W roku 2002 pojawia sie komputer PC (Duron 700MHz z SB Platinum Live), no i pierwszy sekwencer programowy Future Beat. Powstają utwory bazujące na samplach dostarczonych z programem i pierwsza próba rejestracji własnego, gitarowego kawałka „Wostok". Niespodziewanie powróciła dawna fascynacja klasyką elektroniki. Odkrywam Tangerine Dream z lat 70/80 ubiegłego wieku, Kraftwerk. Zafascynowany ich twórczością zagłębiam obszary elektroniki (muzyki oraz softu) i znajduję dwa programy które pozwalają mi uzewnętrznić moje pasje - MagicMusicMaker G6dL oraz Buzz. 19 lutego 2002 rejestruję się w serwisie www.mp3.wp.pl, gdzie pojawia się pierwsza utwór łączący gitarę z wirtualnymi instrumentami - Dla kogo v.1 . Sukcesywnie dodaję tam kolejne utwory". W maju 2004r powstaje pierwsza autorska płyta Elektrzyn. Nazwa płyty powstała z połączenia słów „elektronic" i pseudonimu „wawrzyn". Tytuły utworów są albo przypadkowymi zbitkami literowymi ( boui , kesa...) albo spontanicznie wymyśloną nazwą własną (kolonkoski i myki). Wawrzyniak wspomina: „Nie przyszła znikąd - ta muzyka była we mnie od dawna. Słychać na niej inspiracje moimi mistrzami - od lat są nimi Kratftwerk , Klaus Schulze i Tangerine Dream , ale też są ślady tego co mnie otacza, świata i jego zawartość. Utwory powstawały od 2002 roku, po dwóch latach mogłem z nich stworzyć płytę. Pracowałem na skromnym sprzęcie -mikser Phonic 1002 , Casio CTK-811 , gitara lutnicza , multiefekt Digitech RP-1. Sercem ministudia był PC (Duron 700MHz) z kartą Sound Blaster 5.1 Platinum Live. Używałem 2 programów: sekwensera Magix MusicMaker G6dL oraz trakera Buzz" Pierwsza edycja to raptem 50 sztuk rozdanych w kręgu najbliższych mu osób.

„vbv". Entree to odgłosy ruchliwej ulicy, porykiwania silników, miejski szum z którego wyłania się coraz śmielej melodia rozplanowana w tle na interesujący podkład podwyższany co moment o oktawę tworzący dość intrygującego loopa. Ładny zestaw sampli ciekawie ubarwia całość powodując że utwór nie nuży a wprost przeciwnie intryguje. Jest w tym olbrzymia porcja tradycyjnej el muzyki i niewielka ilość nowych brzmień. A kończy się ponownie odgłosami ulicy, trzaskiem piorunu i deszczem.

„mody". Rytm i sposób grania wskazuje na wpływ zespołu Kraftwerk. Mamy tu ciekawą, delikatną melodię z lekką sekwencyjnością znowu znakomicie wspartą różnego rodzaju smaczkami. Jedyny zarzut to, że pojawia się barwa wykorzystana później w „boui".

„dissa". Marszowy rytm wybijany przez perkusyjny automat z dodanymi oszczędnymi wstawkami syntezatora plus świetny kontrast w postaci dość zaskakującej solówki saksofonu tworzy przedziwny quasi kraftwerkowski klimat z dużą szczyptą nowoczesnych brzmień. Wawrzyn urozmaica to sekwencjami które tworzą jakby kolejną melodię w tym utworze w ciekawy sposób przełamując całość kompozycji. Duży smak aranżacyjny pozwala się rozkoszować tym kawałkiem w wielu aspektach. Głównie barwa saksu, bardzo nieelektronicznego instrumentu, niesamowicie uatrakcyjnia ten utwór. Zwróciłbym też na iluminacyjny trzeci akt, z piękną barwą z keyboardu i wpleceniem subtelnie brzmiącej gitary elektrycznej i wstawek z talerzy.

„meku". Dość surowe nowoczesne sample kojarzące się z industrialem. Dość ciężki w odbiorze, oparty na brzmieniach przeróżnych instrumentów, poszukujący w formie wyrazu kawałek ucywilizowany przez swojsko brzmiące, w stylu synth popu lat osiemdziesiątych, granie na keyboardach.
„Kolonoski". Dźwięk przypominający pracę taktomierza, raz w lewym, raz w prawym kanale i wytłumione uderzenia z pogłosem wciągają nas w tę 13 minutową suitę. W oddali słychać ambientową aurę przerwaną dość mocnymi metalicznymi dźwiękami, nowo brzmieniowym drum'n'bassowym podkładem w tle zaś snują się ciekawe solówki gitary elektrycznej.

„boui". Mój zdecydowany faworyt gdzie można by powiedzieć dość prostymi metodami Wawrzyniak wytwarza niebanalną, interesującą tajemniczo- intymną atmosferę. Arcyciekawa melodia i wciągająca interpretacja za pomocą awangardowych brzmień.

„kesa". Przypominająca mi zapętlenia z Trans Europa Express i ma w sobie coś właśnie z oddania poprzez muzykę dynamizmu ruchu. Ładne ozdobniki zawoalowane w tle, oparte na wysokich tonach miło dla ucha wkomponowują się w całość utworu.

„myki". Spokojne, falujące dźwięki, wzmocniono „cykaniem" z syntezatora, pojedynczymi akordami, wstawką trąbki i modulowaną deklamacją „Wesołych świąt", „Szczęśliwego Nowego Roku"... W strefie mp3 utwór ten widnieje jako kompozycja świąteczna ale jak najbardziej to świetna praca z spod znaku elektroniki, lekko zadumana, wyciszona z ciekawą ponownie aranżacją. Jedyny feler to wyczuwalne złe wyciszenie końcówki, uciętej zbyt gwałtownie.

Wawrzyn robi muzykę dla przyjaciół (zaskoczony moim zainteresowaniem po prostu mi ją podarował) nie myśląc o rozgłosie i profitach. Zresztą powołuje się na cytat z Pablo Picasso -„Sądzę, że jedyną rzeczą, jaką ludzie powinni zrozumieć, jest to, iż artysta tworzy, gdyż musi tworzyć!". Wydawać się mogłoby, że polska el scena to kilkanaście wciąż przewijających się nazwisk i nazw a tymczasem po cichu, w domowych zaciszach pojawiają się arcyciekawe rzeczy najwyższej próby godne najbardziej znanych tego gatunku. (8.26/10)

1. vbv 5.33
2. mody 4.57
3. dissa 8.47
4. meku 6.10
5. kolonkoski 13.43
6. boui 8.07
7. kesa 8.09
8. myki 5.57
Ostatnio zmieniony 06 lut 2013, 13:28 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #56323 autor: spawngamer » 20 lis 2007, 21:57

Marek Biliński
Wolne Loty
rok wydania: 1986

Jeśli chodzi o biografię Marka Bilińskiego odsyłam zainteresowanych do recenzji płyt „Ogród króla świtu" i „E#mc2". Od tego czasu Biliński dał m.in. koncert 17 maja 2007 podczas zamkniętej imprezy w nowo otwartym warszawskim hotelu Hilton oraz pojawił się 28 lipca 2007 jako gwiazda "The Day of Electronic Music Cekcyn 2007". Co najciekawsze dla fanów MaBi prace nad najnowszą płytą, która światło dzienne miała ujrzeć już w 2004 roku zostały sfinalizowane, choć droga do końca była ciernista...W czerwcu 2007 podano wiadomość o zgraniu ostatniego utworu i to, że definitywne zakończenie prac nad płytą, powinno mieć miejsce w ciągu kilku dni. Ale już w lipcu okazało się, że Marek Biliński nadal nie może zgrać ostatniego fragmentu płyty, a na dodatek prace zostały zawieszone z uwagi na udział w cekcyńskiej imprezie. Kolejny termin wyznaczono na jesień. W październiku dotarła informacja, że materiał dźwiękowy został przesłany już do wytwórni. Okładkę do albumu zaprojektował i wykonał Piotr Biliński, syn artysty a do projektu okładki wykorzystano jedno ze zdjęć wykonanych w Cekcynie przez Piotra Sułkowskiego. Premierę określono na połowę listopada. Jednak mimo, że płyta „Ogień" istnieje już fizycznie to jej premiera została przeniesiona na początek stycznia 2008 z „przyczyn logistycznych". Biliński był gotowy na listopad ale przesunięcie terminu o ponad miesiąc, zaproponował Romam Rogowiecki, który stwierdził, że „teraz płyta zniknie w tłumie przedświątecznej gonitwy". Czekając więc cierpliwie przypomnijmy sobie ten krążek z 1986 roku.
W stosunku do Bilińskiego pada określenie, nie mi dywagować czy słuszne, „polski Jarre". Akurat przy tej płycie można odkryć pewne analogie z tym francuskim artystą. „Oxygene", „Equinoxe" są bardzo podobne brzmieniowo tak jak dwie pierwsze pozycje Bilińskiego. „Les Champs Maqnetiques" niby w podobnym duchu co poprzedniczki, tworzą z nimi trylogię ale jednak są inne od wcześniejszych krążków. „ Wolne loty" także mają rozpoznawalne cechy stylu Bilińskiego, też tworzą uzupełnienie trylogii ale wszechobecny na krążku automat perkusyjny, głośne, nawet krzykliwe brzmienia powodują, że znać tu znaczne różnice od poprzednich płyt tego wykonawcy. Szczerze płytę tę dość długo właśnie przez ową „hałaśliwość" uważałem za mało udaną ale to nie znaczy, że nie ciekawą. Ostatnie odsłuchy jej na słuchawkach sprawiły, że kreślę jednak o niej te słowa jako o płycie z elitarnego kręgu według mojej oceny płyt znakomitych...
W „Wolnych lotach" pojawia się technologia cyfrowa w postaci Yamahy DX7 z MIDI, Yamaha RX 11, z którego automatyczna perkusja zdominowała całe wydawnictwo, pogłos Yamaha REV-7, sekwencer wielośladowy Yamaha QX1. Dzięki nowemu instrumentarium u Bilińskiego zaczęła się łatwość tworzenia rytmów i pragnienie wykorzystania możliwości nowych urządzeń, które nadawały się do tworzenia muzyki bardziej popowej. Poszczególne utwory inspirowane były barwami DX7, który zafascynował go możliwościami kształtowania dźwięku.
„Kosmiczne opowiadania" wprowadzają natychmiast perkusyjne zabawy przypominające wybijanie werblami rytmu, a potem na tle solówek Bilińskiego wciąż słyszymy automat, który mi się kojarzy z tym co miej więcej w tym czasie w swej muzyce uskuteczniali Łosowski i koledzy z Kombi. Trudno dociec czy gdyby zmienić aranżację na bardziej stonowaną muzyka ta nie nabrałaby lekkości kompozycji z poprzednich płyt ale owe dywagacje może zrekompensować stonowane „Gorące Lato", gdzie perkusja wciąż jest ale jedynie podkreśla piękną, subtelną i marzycielską muzykę gdzie nawet barwy są dobierane w bardziej miękki sposób. W „Bulwary nad rzeką wspomnień" wprowadza nas tradycyjna sekwencja w którą wpasowują się kolejne perkusacje, nieskoordynowane dźwięki z syntezatora i interesująca melodia. Biliński wykazuje po raz kolejny swobodę w kreowaniu ciekawych, wpadających w ucho kompozycji. Oparta na spokojnym tonie i dźwięku przypominającym modulowany flet „Caliope for ever" lśni rozbłyskiem iluminacyjnej aranżacji świetnie akcentującej wszelkie fenomenalne wstawki solówek. „Wolne loty - stare dobre czasy" to utwór, który promował to wydawnictwo dochodząc w 1986 roku do 33 pozycji Listy Przebojów III PR. Łomot automatu kojarzy mi się nieodzownie z „Leave Me Alone" Michaela Jacksona. Tam też pojawiał się ten rytm wybijany przez perkusję. Utwór ten reprezentuje idealnie to co nazywam „noisy el" czyli dużo głośnej muzyki. „Gwiezdne Oranżerie" są otwarte są w stylu „Zoolook" Jarre'a i ten styl dominuje w całym utworze. Mamy tu więc cały zestaw zabaw wokoderem. Spokojne wprowadzenie w „Szukając cienia" gwałtownie przerywa imitacja sekcji dętej. Ale i tak cały utwór jest dość spokojny tyle, że ma charakter radosnej ballady. "Super 515" przynosi rockowe zawijasy. Po tych melodiach przychodzi na chwilę wytchnienie czyli muzyczna historia w stylu tych z poprzednich płyt Bilińskiego - „Błogosław rojne miasta". Piękne zwieńczenie tej płyty.
Fakt, że do tej płyty w kontekście wcześniejszych propozycji Bilińskiego trzeba się przyzwyczaić powoduje, że na pierwszy rzut „ucha" jakoś nam ona nie pasuje. Ale warto się wsłuchać i odkryć czarujące obszary tej muzyki. (8.65/10)

Kosmiczne opowiadania - 4.52
Gorące lato - 3.49
Bulwary nad rzeką wspomnień - 5.43
Caliope for ever - 5.13
Wolne loty - stare dobre czasy - 3.33
Gwiezdne Oranżerie - 4.59
Szukając cienia - 6.11
Super 515 (bonus track) - 3.32
Błogosław rojne miasta - 2.41
Ostatnio zmieniony 06 lut 2013, 13:29 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #56850 autor: spawngamer » 05 gru 2007, 20:09

Maciej Braciszewski
Moonlight
rok wydania: 2007


Maciej Braciszewski z Gniezna, rocznik 1976, w 1991 roku skończył Zespół Państwowych Szkół Muzycznych 1 i 2 stopnia im. Feliksa Nowowiejskiego w Gnieźnie. Przez osiem lat, pobierał naukę w klasie fortepianu u prof. Renaty Kociołek. Równocześnie miał w szkole zajęcia chóralne prowadzone przez prof. Wiesława Kisera. Był on również dyrygentem chóru chłopięcego "Szpaki", w którym Braciszewski śpiewał. Parę lat później podjął naukę w studium organistowskim w Gnieźnie. Jego prowadzącym był ks. prof. Ryszard Figiel. Po trzech latach obronił dyplom i tym samym został dyplomowanym organistą. W między czasie grał w zespole parafialnym "Głos Wołającego", z którym wyjeżdżał na liczne festiwale i wydał dwie kasety magnetofonowe. Przez te wszystkie lata edukacji (jak i po ukończeniu), miał cały czas styczność z instrumentami klawiszowymi. W szkole był to przede wszystkim fortepian, a po zajęciach keyboard. Braciszewski ma bogate tradycje muzyczne w rodzinie. Dziadek od strony ojca grał na skrzypcach, natomiast ojciec jego mamy miał bardzo silny i czysty głos. Rodzice grali w zespole "Na walizkach". Mama, Mirosława, śpiewała, a tata, Zdzisław grał na akordeonie. Jego rodzeństwo też skończyło Zespół Państwowych Szkół Muzycznych 1 i 2 stopnia im. Feliksa Nowowiejskiego w Gnieźnie. Siostra Natalia obecnie studiuje w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Brat Michał, ukończył tak jak Maciej studium organistowskie w Gnieźnie. Czasami zdarzy się im razem cos zagrać wspólnie.

Na pytanie skąd zainteresowanie el muzyką Braciszewski odpowiada: „Ciężko mi znaleźć moment, w którym polubiłem czy też zainteresowałem się muzyką elektroniczną. Chyba nastąpiło to po wysłuchaniu płyty Marka Bilińskiego "Ucieczka do tropiku". Zaczęły się wówczas poszukiwania następnych wykonawców el-muzyki. Oczywiście wśród pierwszych kaset pojawił się "Revolution" Jeana Michela Jarre'a. Zawsze w muzyce elektronicznej fascynowała mnie różnorodność barw. Każdy utwór powstały na syntezatorach odbierałem jako opowieść. Miała ona początek, środek i zakończenie, swój jedyny i niepowtarzalny klimat". Początki komponowania sięgają roku 1996. Wówczas pojawił się w jego instrumentarium Roland XP-10, Roland M-VS1 ,Atari 1040 STE. „Wcześniej miałem na stanie Yamaha DS-55. Pierwszy syntezator, który sprezentowałem sobie na 18 urodziny. To instrumentarium pozwoliło mi w miarę profesjonalnie zacząć komponować. Jednak cały czas były to poszukiwania tego co chciałbym przekazać potencjalnemu odbiorcy. Pierwszym utworem jaki skomponowałem na tym sprzęcie był "Taniec Nimfy". Tym właśnie utworem rozpocząłem przygodę z komponowaniem". W 1999 roku odbył pokazowy koncert w Miejskim Ośrodku Kultury, który był skierowany do uczniów i nauczycieli szkoły muzycznej. Podczas pokazu Maciej omawiał możliwości instrumentów elektronicznych jak i zalety połączenia z komputerem. Rok później spróbował swoich sił w konkursie ogłoszonym przez Starostwo Powiatowe w Gnieźnie. Był to ogólnopolski konkurs na hejnał dla powiatu i w lutym 2000 został jego laureatem. W kwietniu 2000 jako jedyny Gnieźnianin wśród wielu zaproszonych gości, obok Roberta Kaanana, White Garden, zagrał koncert na rynku starego miasta w Gnieźnie. Towarzyszył mu brat Michał, który grał na fletni pana. Utwory te nawiązywały klimatem do muzyki celtyckiej. Artysta uznał to za wielkie wyróżnienie ponieważ jego sceniczny debiut muzyczny przypadł na rok millenijny. W tym samym roku przyjął zaproszenie Roberta Kaanana i zagrał krótki recital w Świeciu nad Wisłą. W latach 2001 - 2004 grał kolejne koncerty; w Gnieźnie z okazji uroczystości Św. Wojciecha oraz Bydgoszczy ( przystąpienie do Unii Europejskiej). Do tego drugiego przedsięwzięcia zaprosił go Paweł Murlik a grał wówczas z Tomkiem "Odyssey" Pauszkiem, Marcinem Chmarą i Tomaszem Florkiem czyli "Electronic Revival". Maciej wspomina: „Na każdy koncert starałem się komponować nowe, niepowtarzalne utwory. Tak powstała między innymi suita syntezatorowa "Odyseja". Powstały również krótkie wstawki muzyczne do reklam radiowych i czołówka programu "Obiektyw" w TV Gniezno. Przez cały czas komponowania starałem się zaskoczyć słuchacza czymś nowym i niepowtarzalnym. Muzyka elektroniczna daje dużo możliwości zaprezentowania potencjalnemu odbiorcy, co chciał przekazać kompozytor poprzez prezentowany utwór. Moim celem zawsze było komponowanie muzyki, która nie przeszkadza w odbiorze". Obecnie Maciej tworzy poza granicami Polski. „Przygoda z Irlandią rozpoczęła się w roku 2005. Straciłem pracę w moim rodzinnym mieście. Na ratunek przyszedł brat Michał wraz z żoną Anetą, którzy mieszkali już w Irlandii. Nie mając pracy w Polsce wyruszyłem na Zieloną Wyspę. Przez czas pobytu szukałem inspiracji do kolejnych utworów. Powstało ich kilka na zupełnie nowym instrumentarium. Wraz z nowym sprzętem pojawiły się nowe pomysły. W trakcie pobytu w Irlandii wydałem płytę zespołu "Z1S" (Zespół Jednego Sezonu), tutaj również powstała moja debiutancka płyta "Moonlight". Materiał został wyselekcjonowany do tej płyty z kilkunastu nagrań z okresu 2000-2007. Nie wszystkie utwory, jakie chciałem zamieścić na płycie, odpowiadały jakości technicznej, dlatego ta w/w selekcja. W strefie MP3 znajdują się trzy utwory z CD: Moonlight, Voyager oraz History of Love. Dwa pierwsze zostały nagrane w Irlandii, natomiast ostatni powstał w Polsce. Całość materiału została nagrana w Westport. Umieściłem na CD muzykę zbliżoną klimatem. Chyba zgodzisz ze mną, że nie wszystko należy pokazywać". Pytany o wzorce odpowiada; „Hmm...nigdy o tym nie myślałem. Przez te wszystkie lata słuchałem różnych gatunków muzycznych. Począwszy od klasyki a skończywszy na metalu. Nie mam jednego wzoru muzycznego jeśli chodzi o wykonawcę. Słucham Jarre'a, Bilińskiego, Łosowskiego, Enigmy, Gregorian i wielu innych artystów. Można powiedzieć, że są to wykonawcy muzyki elektronicznej ale każdy ma swój jeden, jedyny i niepowtarzalny styl i klimat. Chciałbym w swoich kompozycjach być niepowtarzalny z klimatem jaki towarzyszy mojej muzyce. Każdy muzyk z osiągnięciami może być wzorem dla młodego pokolenia. Inspiracji do moich kompozycji szukam wszędzie. Podczas spaceru, kiedy stoję nad oceanem. Podczas komponowania muzyki staram się wyczuć klimat jaki ma towarzyszyć tej muzyce i jakiego konkretnego miejsca dotyczy. Dużą inspiracją są możliwości brzmieniowe sprzętu jak i również chęć wykreowania czegoś nowego. Dzieje się tak, kiedy załaduję nowy instrument wirtualny do komputera . Podczas przeglądania barw mam wrażenie, że to brzmienie mogę wykorzystać w ...i tutaj zaczyna się układanie aranżacji, takiej żeby wybrane brzmienie pasowało. Czasami piszę muzykę w przypływie chwili. Chodzi mi po głowie jakaś melodia i staram się jak najszybciej przenieść ją na monitory komputerów i syntezatory. Inspiracją może być każdy dzień z naszego życia". Marzeniem Macieja po powrocie do Polski jest widowisko promujące materiał nad którym teraz pracuje („A.D. 966") zorganizowane w rodzinnym Gnieźnie. Rozmowy trwają...

Moonlight. Odgłosy letniej nocy - kumkanie żab, cykady, szum ciepłego wiatru i wejście ciepłej barwy wygrywającej sympatyczną melodię. I to nie byle jaką. Po chwili czujemy, że kompozycja unosi nas w pozytywne wibracje i osobiście doszukuję się w niej analogii z tym co robił Tomasz Kubiak. Z tym, że Kubiak wytwarzał podniosłą, porywającą atmosferę za pomocą patetycznych środków, zaś Braciszewski choć kreśli tą melodią ugwieżdzony nieboskłon widziany gdzieś z górskiej polany w wirującym, wciągającym nastroju to pozostaje jednak na granicy intymnego wyciszenia w czym pomaga mu szczególnie wiodący dźwięk przypominający flet. Rewelacja. Na minus - za krótkie..

Moonlight 2. Tu Braciszewski pozwala sobie na rozbudowanie klimatu poprzez dosadne, głośnie dźwięki osadzone w perkusyjnych brzmieniach. Interesująca solówka i melodia wiedzie nas ku skojarzeniom, że owa księżycowa poświata przyświeca odważnym, radosnym ludziom przeżywającym przeciwności losu jako kolejne etapy życiowego rozwoju. Swoisty hymn dla uporu w dążeniu do celu. Pojawia się też pewna charakterystyczna cecha u Macieja - takie samo otwarcie jak zamknięcie w tym wypadku emulowany głos. Na minus zbyt dziecinne dzwoneczki, za krótkie...

History Of Love. Kolejny głośny i tym razem już mocno trącający o podniosłość przebojowy kawałek. W tej dźwiękowej interpretacji miłość ma w sobie moc, jest na tyle silnym uczuciem by zmieść z drogi wszelkie przeszkody.

Dreams. Wybieranie tonowe telefonu. Po chwili artysta dawkuje nam subtelną, melancholijną melodię. Miłosna opowieść o śnie - tęsknocie za ukochanym, którego można tylko usłyszeć w słuchawce. Czyżby, biorąc pod uwagę emigracyjny tryb życia autora, był to autoportret psychologiczny Braciszewskiego tęskniącego za rodzinnym krajem?

Dancing With The Wind. Zaskakująca wolta. Dodanie bitu trance i prowadzenie linii melodycznej przez brzmienie gitary i glissanda na syntezatorze. Dynamicznie ale według mnie dysonans względem pozostałych utworów. Zbyt skłaniające się ku muzyce dance.

Sweet Dream. Kolejna ładna melodia ale ze spowolnionym tym razem znacznie tempem. Na minus - znowu kolejny raz Maciej wtrąca te przelatujące między kanałami dzwoneczki. Za dużo.

Voyager. Znowu gnamy przed siebie, w tle zawijas loopa i ostre wejście talerzy z kumulatą decybeli.

„Jak na razie moimi opiniodawcami była rodzina. Jednak nie zawsze są to oceny miarodajne" twierdzi Maciej. Ja jestem osobą postronną i z całą stanowczością rzec mogę - oby takie debiuty zdarzały się nam jak najczęściej. Bardzo dobra płyta przynosząca nadzieję na świetny ciąg dalszy tego wykonawcy. Dużo dobrej melodyjnej muzyki - troszkę to momentami infantylne ale słychać pasję, radość z tworzenia, która obok talentu kreowania atrakcyjnych melodii jest wielką siłą Braciszewskiego. Wielka szkoda, że to tylko EP-ka...(8.70/10).



1.Moonlight. 2.39
2.Moonlight 2. 3.04
3.History Of Love. 2.45
4.Dreams. 3.55
5.Dancing With The Wind. 3.34
6.Sweet Dream. 2.25
7.Voyager. 2.37

Instrumenty: Roland V-Synth ,Roland V-Synth GT,Korg MS-20, Yamaha N12,Cubase 4,Cubase AI4,Korg KLC,Korg DE,ReFx Nexus

Album dedykowany rodzinie i przyjaciołom.

Specjalne podziękowania dla Musik Productiv Germany. (Maciej wyjaśnia:" Podziękowania na płycie to ukłon w stronę tej firmy, ponieważ oni pomagają mi wyposażyć studio nagrań (i nie tylko). Nie jest to jedyna firma z którą współpracuję").
Ostatnio zmieniony 06 lut 2013, 13:30 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #57024 autor: spawngamer » 08 gru 2007, 14:51

Dorian Przystalski
Antimatter
rok wydania: 2003

Dorian Przystalski z Będzina, rocznik 1978, skończył szkołę muzyczną w klasie fortepianu oraz Organizację Produkcji Filmowej i TV na Wydziale Radia i TV Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Rodzinne tradycje muzyczne ograniczały się do taty, który w młodości grał na akordeonie i gitarze i było to domowe granie. Dorian konstatuje: „fascynacja muzyką elektroniczną zaczęła się jeszcze we wczesnych latach 80- tych kiedy chodziłem do szkoły muzycznej w Będzinie. Poznałem tam nauczyciela który już wtedy miał swoje domowe studio i tworzył własną muzykę elektroniczną. Był to Andrzej Sarapata. Natomiast pierwszą płytę z muzyką elektroniczną jaką słuchałem to „Oxygene" Jean Michel Jarre'a (teraz wiem ,że dobrze zrobiłem zaczynając od tej płyty). Następnie poznawałem wielu innych twórców tej wspaniałej muzyki. Z Andrzejem Sarapatą do dzisiaj się przyjaźnimy, nawzajem odwiedzamy i wymieniamy wiedzą muzyczną i informatyczną" Wtedy też, w trakcie nauki muzyki (od 1986 roku intensywnie trenuje grę na fortepianie i keyboardach), powstają pierwsze muzyczne kompozycje. Po skończeniu szkoły muzycznej rozpoczęła się przygoda z zespołami rockowymi, z którymi kilka razy Dorian pojawiał się w TVP ,TV Wisła (obecnie TVN) oraz w Radiu Katowice. Dorian wspomina ; „było tych zespołów kilka ale wspomnę tylko o najważniejszych. Pierwszy zespół to The Stage. Grałem w nim od samego początku istnienia z przerwami do roku 1996. Ale nie wspominam tego okresu zbyt dobrze. Zespołem z którym grało mi się w latach 90- tych bardzo dobrze i nawet utrzymujemy kontakt do dziś był to nie istniejący już obecnie zespół Odium. Wtedy poznałem Grzegorza Skawińskiego, Waldemara Tkaczyka, Agnieszkę Chylińską i resztę kapeli O.N.A. podczas supportu do ich koncertu. Przy wspólnej kolacji rozmawialiśmy na tematy muzyczne i sprzętowe z Grzegorzem Skawińskim. Był to fajny okres w moim życiu. Kolejnym zespołem z którym współpracowałem tylko w studio nad kilkoma utworami to zespół Blind Brush". W 1997 Przystalski definitywnie zakończył współpracę z kolegami z zespołów i zaczął pracować indywidualnie. W tym samym roku pojawia się pierwszy album "Zaćmienie Słońca", który nigdy de facto nie wydano a istnieje jedynie jego wersja dostępna tylko dla wybranych osób gdzie kompozycje to efekt prac Przystalskiego z lat 1992-1997. Dorian opowiada; „po nagraniu mojej płyty demo dałem ją kilku osobom które pracowały w radio jako realizatorzy. Płyta ta spodobała się i tak zostałem w 1997 roku zaproszony do Radia R (obecna ESKA) w Sosnowcu na godzinny wywiad z prezentacją mojej muzyki". A ciąg dalszy był taki; „Po skończeniu płyty demo "Zaćmienie Słońca" miałem dużo pomysłów i bardzo szybko zrodziły się utwory na nową płytę. "Antimatter" powstawała w okresie 1998-2001 (na zupełnie innym sprzęcie niż używam obecnie). Natomiast mastering został zrobiony w 2003". Artysta wykorzystuje konkurs „przyślij nam swoje demo" i wysyła do czasopisma „Estrada i Studio" utwór „Zorza Polarna" (później na „Antimatter" jako Aurora Borealis"), który zrobił na tyle duże wrażenie, że chwalony przez redaktorów tego pisma, w lutym 2003 ukazuje się na płycie CD dołączonej do „EiS". W 2003 roku po nagraniu materiału na „Antimatter" wysłał go do Jacka „E-Motion" Sprucha prowadzącego label wydawniczy Underwatermusic a temu płyta bardzo się spodobała i wydał ją dbając też o promocję. Płyta dzięki niemu kupowana była w różnych miejscach Europy i została zauważona przez znaną, specjalizującą się w elektronice niemiecką wytwórnię SynGate Lothar'a Lubitz'a. To ona dokonała redycji tego krążka w 2005 roku jak i wydania w lutym 2007 kolejnej pozycji w dorobku artysty płytę "Industrial Love". Przystalski dodaje:„O SynGate dowiedziałem się i dostałem namiary od Barbary Zielińskiej-Van. A do pierwszej współpracy doszło przez J.Sprucha. On wysłał mój album „Antimatter" do Niemiec który od razu się spodobał. Potem zakończyłem współpracę ze Spruchem i zacząłem już tylko współpracować z SynGate. Pracuje Mi się z nimi znakomicie". Od 2003 roku Dorian zagrał kilkanaście koncertów lokalnie w zagłębiu Śląsko-Dąbrowskim głównie w Będzinie ostatnio 7 października 2006 w King's Pub w duecie z Robbone, jednak głównie koncentrował się na pracy w studio. Jego muzyka często pojawia się w różnych audycjach zachodnich z muzyką elektroniczną. Pisał także muzykę do przedstawień dla regionalnych grup teatralnych. Nawiązał również kontakt z rosyjskim reżyserem filmowym Dimitrym Gribanoffem, z którym zamierza współpracować w przyszłości. W lutym 2007 wydał kolejny krążek „Industrial Love" a już w czerwcu 2007 rozpoczął pracę nad kolejnym albumem. Pytany o muzyczne wzorce twierdzi, że ma ich wiele od Bacha po Porcupine Tree. Zawodowo realizuje się jako ...ale muszę tu podać słowa Doriana;" A O mojej pracy to bardzo proszę ale nie pisz. Nie żebym się jej wstydził bo stanowisko mam dobre (szef CMW oraz nadzór IT) ale po prostu nie uważam tego za zbyt ważne. Tam zarabiam tylko pieniądze żebym mógł inwestować w muzykę i produkcję muzyczną"...



Artysta wspomina: „Tytuł płyty jak sama nazwa wskazuje nawiązuje do Antymaterii.
Na początku lat 90 bardzo interesowałem się tą ideą istnienia masy ujemnej co z logicznego punktu widzenia jest niemożliwe. Natomiast rzeczywiste badania nad antymaterią trwały już od dawna i trwają zapewne do dziś".

„Liquid Nitrogen". Rzewna, pełna powiewów, dźwięków przypominających sekcję smyczków, którym artysta ciekawie dodaje pogłos a w tle oszczędnie dodane barwy syntezatorów zamglona, pełna rozmazów kompozycja. Rzeczywiście jak w tytule słychać tu płynność ukształtowaną na wizerunek odpływów i przypływów morza. Po części można to potraktować jako kontrastowe wprowadzenie do wielce melodyjnej pozostałej części płyty.

„Escape From Reality". Zestawy kosmicznych sampli przygotowują nas na odbiór przebojowego kawałka gdzie rytm podaje nie narzucająca się perkusja, na tle której wije się sympatyczna, wpadająca w ucho melodia. W ciekawy sposób Przystalski dozuje nam dźwiękowe doznania tak, ze utwór ten nie nuży mnóstwem powtórzeń i można go słuchać wciąż od nowa.

„Antimatter". Metalizujące brzmienie przenika przez nasze uszy do mózgu. Tak rzeczywiście można odbierać oddanie poprzez muzykę tego fizycznego zagadnienia. Co do reszty mam wrażenie, że Dorian Przystalski trawestuje „Les Chants Magnetiques Part 3" Jarre'a. I robi to w doskonały sposób godny samego francuskiego artysty tak, że mam wrażenie, że to jakiś zaginiony utwór z tej sesji .

„Lost Labirynth". Plemienne rytmy wybijane na tam tamach, są jedynie tłem do syntezatorowego podkładu i rzewnej, pięknej solówki. Harmonijne linie melodyczne wprawiają słuchacza w miły acz zadumany nastrój.

."Expedition On The Pole". Ciekawie, z biglem zagrana melodia gdzie niebagatelne znaczenie ma podkład z gitary basowej. Tu wyraźnie słychać, że Przystalski nie koniecznie lubi pasaże syntezatorowe, pejzażowość kreowaną dźwiękami a stawia na klarowność i zwartość instrumentalnego utworu.

"Mysterious Forest". Otwarcie, mocno tajemnicze, pełne pogłosów wprowadza atmosferę kosmicznej pustki, w którą miękko wplatają się ciepłe barwy syntezatora i wyłania się bardzo ciepła, delikatna melodia. Zadumane piękne dźwięki porywają nas w ów tajemny, nieziemski las. Najsubtelniejsza i najciekawsza pozycja na płycie.

Aurora Borealis". Ten utwór promował to wydawnictwo. Powtarzalność sekcji perkusyjnej na tle której wiodąca linia solówki trwa nieprzerwanie wzbogacana zestawem różnych wtrętów. Hipnotyczne sekwencje układają się w ciekawą, dynamiczną fakturę.

"Hybrid". Zwieńczenie płyty ma podobną strukturę jak poprzedzająca ją kompozycja. Jest może bardziej wyciszone. Dużo tu ciekawych barw i dość nietypowych brzmień ciążących ku muzyce instrumentalnej , której wcale nie należy identyfikować z muzyką el. Relaksacyjno - nostalgiczna forma ładnie kończy i podkreśla całą zawartość płyty.

Bardzo sprawny warsztat, dopracowane aranżacje, świetny technicznie materiał i interesujące melodie. Czy trzeba czegoś więcej? (8.45/10)

1.„Liquid Nitrogen" -3.18
2.„Escape From Reality"- 5.59
3."Antimatter"- 4.13
4. Lost Labirynth" - 5.44
5."Expedition On The Pole" -5.24
6."Mysterious Forest"- 4.40
7."Aurora Borealis" - 7.04
8."Hybrid"- 9.05
Ostatnio zmieniony 06 lut 2013, 13:30 przez spawngamer, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #57328 autor: spawngamer » 16 gru 2007, 12:28


Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #57655 autor: spawngamer » 23 gru 2007, 21:11

Kępa urodził się w 1978 roku w Szczecinie gdzie mieszka do dziś. Pracuje jako technik, serwisant, monter. Jak wspomina; „Nie mam muzycznego wykształcenia, był taki zamiar - ale że interesowałem się techniką i elektroniką to wybrałem technikum, dostałem się na elektromechanikę i tak zostało". Ale ma tradycje rodzinne. Pradziadek grał na organach w kościele, jeden dziadek grał na akordeonie, a drugi grał na harmonijce i wspaniale śpiewał a wszelkim imprezom rodzinnym zawsze towarzyszyły donośne śpiewy. Przygoda z muzyką zaczęła się w szkole podstawowej od grania na cymbałkach. Zawsze ciągnęło go jednak do klawiatur. Mając mały keyboard zaczął chodzić w wieku 10 lat na lekcje gry w klubie osiedlowym. Trwało to do końca szkoły podstawowej a z tych lekcji gry wzięło się zamiłowanie do muzyki klasycznej bo nauczyciel uczył go grać według szkoły na pianino. Tworzenie muzyki rozpoczął dzięki komputerom Amiga, na których to powstały pierwsze kompozycje. Potem doszedł Protacker, sample i łączenie komputera z keyboardem przez MIDI - tak komponował i rozwijał swoje umiejętności przez kilka lat najpierw tworząc aranżacje znanych utworów, później własne kompozycje. Zdobyte doświadczenie przydało się gdy kupił profesjonalny syntezator workstation - jego możliwości w kreowaniu muzyki i brzmień pozwalały na osiągnięcie nowych horyzontów. Obok komputera jest on teraz podstawowym narzędziem w jego małym, domowym studiu muzycznym. W 1999 roku założył z kolegą, gitarzystą Mariuszem T. Bąkiem zespół Sagittarius grający i tworzący muzykę instrumentalną. Przemek opowiada: "Były występy, pamiętam, że pierwszy raz zagraliśmy na jakimś przeglądzie na zamku w Szczecinie. Gdzieś koło roku 2000 kilka naszych kompozycji poszło w Top-Tlenie Kordowicza. Kilkakrotnie byliśmy gośćmi audycji muzycznej P. Rokickiego w Radiu Szczecin. Zagraliśmy kilka koncertów w szczecińskich Kontrastach, ostatni raz jak wzięliśmy udział w eliminacjach do Famy 2005. Zdobyliśmy pierwsze wyróżnienie, elektroniczna muzyka instrumentalna wśród kapel punkowych i rockowych to był faktycznie kontrast ha ha. Ale niezapomniane przeżycie, wypchana po brzegi sala i ta atmosfera.... Ostatni akcent duo Sagittarius to wysłanie dwóch kompozycji - jednej mojej i jednej Mariusza - do EiS - przyślij nam swoje demo. Później się okazało, że wybrali „Przylądek Świtu" na składankę Brylantowe Debiuty 2006". Utwór został wybrany przez redakcję „Estrada i Studio" oraz „Gitarzysty" spośród dziesiątek demo wysłanych na konkurs "Przyślij nam swoje demo" i w nakładzie 30 tys. egzemplarzy został dołączony do miesięczników „Budujemy Dom", „Estrada i Studio" oraz „Gitarzysta" ( maj / czerwiec 2006).

Zainteresowanie el muzyką zaczęło się gdzieś pod koniec szkoły podstawowej. Kępa opowiada;" Pamiętam, że był taki moment - dużo osób zaczęło słuchać J. M. Jarre'a. Bogactwo brzmień, zupełnie inne klimaty, kolegom jakoś to szybko przeszło, mi nie - pamiętam, że miałem taką taśmę - składankę najlepszych utworów, byli tam też inni wykonawcy, m. in. Vangelis, Kitaro - słuchało się tego godzinami. Nie mam jednego wzorca muzycznego, słucham różnej muzyki w różnych klimatach. Fascynuje mnie muzyka filmowa, wśród wielu wspaniałych kompozytorów wyróżniłbym J. Williamsa, J. Goldsmitha czy B. Poledourisa, w el muzyce to Vangelis i Kitaro, w muzyce klasycznej jest wiele wspaniałych utworów wielu kompozytorów. Uwielbiam też różnego rodzaju chóry, afrykańskie, gregoriańskie. Od kiedy pamiętam interesował mnie również kosmos - jego bezmiar, wspaniałe widoki planet, mgławic i galaktyk. Stąd też wzięło się zamiłowanie do astronomii. Ona też jest inspiracją do tworzenia muzyki - czasami są to zdjęcia ukazujące piękne miejsca na Ziemi, bogactwo i różnorodność życia, zdjęcia kosmosu, planet, mgławic, galaktyk. Czasami wystarczy spojrzeć na ładny zachód słońca, piękne błękitne niebo czy wyjść w bezchmurną noc i patrzeć w gwiazdy, nieraz jest tak czysto i ciemno, że widać poświatę naszej galaktyki. To jest tak samo nieskończone źródło inspiracji jak nieskończony jest wszechświat. Wpadam wtedy w odpowiedni klimat, gram, szukam brzmień, tworzę jakieś własne, potem ogólny pomysł, szkic, nagrywanie i tak aż do ukończenia utworu. Generalnie jest to muzyka instrumentalna w różnych klimatach - od elektronicznej do filmowej. Uwielbiam również tworzyć różnego rodzaju brzmienia i efekty dźwiękowe, które często później trafiają do moich kompozycji. Tworzę w domu, jak jest czas, moje studio to mój pokój, jedyny profesjonalny instrument jaki posiadam to Roland XP-50 z kartą World, nagrywam na komputerze z kartą EMU 0404 i korzystam z programów z jakimi jest ona oferowana, a więc trochę brzmień na ProteusieX LE, nagrywanie i miksowanie na Cubase LE. To wszystko co mam do dyspozycji, i tak musiało wiele wody upłynąć by to osiągnąć".

Kępa solowo nie gra koncertów gdyż nie ma odpowiedniego zaplecza sprzętowego i logistycznego. „Natomiast był czas, sporo lat wcześniej, że grałem ze znajomym - człowiekiem który uczył mnie właśnie grać w klubie osiedlowym - Krzysztofem Ziembickim. A graliśmy na..... ślubach kościelnych, Krzysztof grał jako organista, ja miałem przygotowane kilka wspaniałych aranżacji i dogrywałem melodie - Marsze Weselne, Ave Maria, Ave Vrum i kilka innych. Atmosfera była super, klimat i akustyka kościołów dopełniały reszty. Dlaczego tworzę i co mnie do tego popycha - trudno to określić, czuję, że to jest we mnie. To jest niesamowite jak człowiek staje przy instrumencie z jakimś pomysłem a po wielu godzinach pracy powstaje utwór. Wspaniałe chwile tworzenia - jest się wtedy w jakimś transie, świat nie istnieje, jest tylko instrument, dźwięki i brzmienia. I w końcu finał - wspaniała chwila ukończenia dzieła. Wszystko przychodzi w swoim czasie, na siłę nic nie da się zrobić. Pełna swoboda to podstawa. To niestety wiąże się z potrzebnym na to wolnym czasem, a z tym jest ciężko.... Zresztą ta twórczość przełożyła się też na inne dziedziny, zawsze lubiłem majsterkować, miałem takie marzenie - jeden z moich ulubionych instrumentów - harfa. Więc sobie taką zrobiłem sam, a efekty można zobaczyć na mojej stronie.".

Odkrywcy Światów. Po tytułach utworów dopatrywać się należy kosmiczo -astronomiczej pasji Przemka. „Większość utworów powstaje pod wpływem inspiracji, tworząc te, które są na płycie, miałem jakąś swoją wizję a to fascynacja odkrywaniem nowych planet, przecież gdzieś tam, wśród miliardów gwiazd są pewnie miliony planet, nowych światów, pełnych tajemnic, innych form życia, jest jeszcze tyle do odkrycia, poznania, wyjaśnienia. A to piękno naszej Ziemi - różnych miejsc, szum wody, fal, wiejącego wiatru, lotu w przestworzach, przemijającego czasu, zmian i postępu. Czy wreszcie wizja dalekich, zimnych i ciemnych otchłani kosmosu, gdzie są miejsca pełne światła i ciepła, pięknych kolorów, gdzie powstają nowe mgławice, gwiazdy, planety". A co do utworu otwierającego ten zestaw. Hitchcock podając receptę na udany dreszczowiec twierdził „ Najpierw musi być trzęsienie ziemi a potem napięcie rośnie...". Ta kompozycja jest bardzo filmowa, czyli zrealizowana według recepty muzyki, którą Kępa sobie bardzo ceni dlatego opowiem jej treść uplastycznionym językiem. To dzieło pokroju batalistycznej sceny zbiorowej z czasów starożytności o gigantycznym rozmachu wyświetlanej w formacie 3D na ekranie wielkości 10 piętrowego wieżowca. Delikatny poszum wiatru, rosnące w siłę werble, patetycznie brzmiący fortepian, wszystko to rośnie w moc by nagle zamilknąć i przerodzić się w prawdziwą manifestację dźwiękowej siły, przepięknie poprowadzonej przez brzmienie trąb i niesamowite perkusacje. To według mnie wyraźne nawiązanie to muzyki filmowej lat 50 -tych charakterystycznej dla westernu tyle, że z fenomenalnymi wstawkami kosmicznych ozdobników. Ilekroć słucham tego utworu wciąż mnie porusza...Sześć minut nieba.

Planeta Ziemia: Azja. Gong i falujące loopy w vangelisowskim stylu, otoczone efektami w typowym dla Greka klimacie. Po chwili krystalizuje się melodia oparta na brzmieniu cymbałek, z ładnym czytelnym tłem. Utwór sięga po azjatyckie skalowanie ( wszak o tym lądzie opowiada), wykorzystując wszelkie kojarzące się z Azją brzmienia. Dobrze dobrany bas uwypukla moc tego kawałka.
Planeta Ziemia: Życie. Zestawy wietrznych odgłosów wplecione w dochodzący po chwili fortepian wygrywający nostalgiczne, oszczędne akordy zamieniony od 1.07 w zestaw smyczków powtarzających melodię wycisza się i w szumie morza okazuje się interludium do przejęcia pałeczki przez el muzykę, którą prowadzi najpierw brzmienie fagotu a po chwili po uderzeniu talerzy majestatyczno patetyczne brzmienie trąb akcentowane przez talerze z wyciszeniami gdzie na pierwszym planie słychać fortepian i harfę. Jeśli ktoś nie znałby wykonawcy pomyślałby, że to jakiś zaginiony utwór Vangelisa! Kępa perfekcyjnie wczuwa się w sposób obrazowania Greka świadomie lub nieświadomie dokonując imitacji doskonałej. O dojrzałości artystycznej Przemka i jego wielkiej wyobraźni muzycznej świadczy zawarcie w tym krótkim utworze aż trzech różnych części gdzie ostatni fragment skonstruowano z odpływów i przypływów natężenia głośności dźwięków na tle których znowu słychać morze i nawoływania mew. To co mniej wprawny twórca rozbiłby na różne opowieści Kępa nie waha się w swym kunszcie scalić w jedną kompozycję z piękną ornamentacją.
Planeta Ziemia: Czas. Kosmiczny szum wiatru wprowadza nas w krainę melodyjnych wstawek. Oszczędne formy przechodzą metamorfozę przez wygrywanie dźwięków przypominających modulowaną trąbkę z wstawkami dzwonów rurowych chórków i fortepianu. Znowu nasuwa się Vangelis na myśl tym razem z okresu „Spiral" i „Albedo 0'39". Wreszcie mamy pełną melodię gdzie ponownie oparto strukturę kompozycji na marszowym rytmie wygrywanym przez werble. Pięknie brzmi klawesyn naprzemiennie z fortepianem. Wytracamy pęd i wirujemy w niezmierzonej, pięknej pustce kosmosu... I tu znakomity pomysł na brzmienia podobne do trącania szklanych naczyń. W finale gdzieś ulatujemy niesieni przez świdrujące, bezgranicznie ładne dźwięki.
Przylądek Świtu. To dzieło zamieszczone w EiS namaszczone jest na hit. Początkowe rozmazy układają się w zgrabną muzykę stworzoną z wpadającej w ucho mocnej, żywej materii dźwiękowej.
Przedsionek Niebios. Wyciszony kawałek operujący swoistym odrętwiającym klimatem i ciekawym modulowaniem dźwięku pływającego między kanałami. Próba przekazania poprzez oszczędną formę wielkości i piękna kosmosu.

Narodziny Mgławicy. Zaskakujące zakończenie krążka albowiem słyszymy tu typowo ambientowe bulgotania, świsty, poszumy zespolone ze sztafażem typowego el.



Kiedy wystukuję te słowa niewiele czasu pozostało ku końcowi 2007 roku. Więc śmiało mogę napisać: najlepszy album tego roku. Pełny profesjonalizm połączony z olbrzymim talentem. Przemek to wielka nadzieja naszej rodzimej el. Znam tylko trzy polskie albumy lepsze od tego krążka. Jazda obowiązkowa. (9.48/10)

Odkrywcy Światów - 5,48
Planeta Ziemia: Azja - 5,13
Planeta Ziemia: Życie - 5,37
Planeta Ziemia: Czas - 6,55
Przylądek Świtu - 4,48
Przedsionek Niebios - 4,52
Narodziny Mgławicy - 5,04
Wszystkie utwory skomponowane i nagrane w domu przy wykorzystaniu syntezatora workstation i komputera. Grafika okładki wykonana w VistaPro 4.2.7
26.11.2007 Szczecin.
Ostatnio zmieniony 06 lut 2013, 13:24 przez spawngamer, łącznie zmieniany 8 razy.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #60324 autor: spawngamer » 22 lut 2008, 9:55


Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Wróć do „Recenzje spawngamer'a”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Studio Nagrań : Zastrzeżenia