Rock ProgresywnyElektronika w muzyce.

Droga do Rocka Elektronicznego

Moderatorzy: fantomasz, yeske


Autor tematu
esflores
Beton
Posty: 756
Rejestracja: 13 kwie 2006, 13:09
Lokalizacja: Kraków
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Kontaktowanie:
Status: Offline

Post #86908 autor: esflores » 18 cze 2010, 15:32

Ostatni post z poprzedniej strony:

Czukay to eksperyment. Jednak postawą jego muzyki jest logika. Prawie trzyletni kontakt z Stockhausenem pozwolił na wypracowanie specyficznego modelu pracy. A więc pomysł, idea, nawet bardzo dziwna, następnie zbieranie odpowiednich materiałów, przemyślenie konstrukcji. I co dziwne, ten człowiek nie pracuje na wielośladach w sposób konwencjonalny. Niczego nie dogrywa, nic nie miksuje. Wielośladu cyfrowego używa jako pewnego rodzaju orkiestry - którą dyryguje w czasie rzeczywistym. Jeśli sesja zostanie zagrana w sposób zadowalający to wchodzi na płytę. Są próby - nie ma manipulacji.

Zapytany o Can mówi – tak było właśnie na początku, pełny spontan, gdy zaczęło się dogrywanie ścieżek, cała przygoda zaczęła się sypać. Holger przestał grać na basie, gdy zespół odmówił eksperymentów na żywo (używanie żywych połączeń telefonicznych podczas koncertów i nagrań) - Twórca odchodzi.

Pomimo, że tworzy muzykę ilustracyjną, jego pogląd na sposób tworzenia i relacje muzyka – film, jest bardzo oryginalny. Wzorem Morriccone i Sergio Leone, muzyka i film powinny powstawać w tym samym czasie, reżyser i kompozytor powinni pracować razem, wzajemnie się uzupełniając. Czasami reżyser przewartościowywuje swe pomysły , czasem muzyk zmienia swoje. Dogrywanie muzyki do gotowego zmontowanego filmu to błąd.

Holger Czukay - Moving Pictures

Moving Pictures to gotowa muzyka do nieistniejącego filmu. Niech ktoś spróbuje nakręcić do tego film – uśmiecha się muzyk. Choć muzyk bardzo chętnie współpracuje z innymi - współpracował z Jah Wobble, Davidem Sylvianem, The Edge, Petrem Gabrielem, Eurytmics, Brianem Eno. Jednak najszczęśliwszym dniem jego życia było wynalezienie właśnie cyfrowego multitrackera, na cyfrowych śladach "Czukay'ą" ukryte sample, czekające na uwolnienie. Pod magicznymi palcami Holgera, udadzą się w niezwykłą podróż po światach nieistniejących ale jakże realnych. Tu nie ma granic, nie ma manipulacji, nie ma kalkulacji - to nie jest produkt – tu nikt nie liczy ilości sprzedanych płyt - tu się liczy wolność. Jeśli jej szukasz zaproś Holgera Czukay'a do siebie.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

 
TEST
Awatar użytkownika

wojcik2202
Habitué
Posty: 1117
Rejestracja: 23 kwie 2009, 0:52
Lokalizacja: Z nikąd
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #86919 autor: wojcik2202 » 19 cze 2010, 19:09

Wywiad z Eugeniuszem Rudnikiem
autor: Borys Dejnarowicz

Opowiem historię inną. Idziemy pewnego dnia z ojcem do Empiku w Centrum i mówię mu, że chcę wejść na chwilę do działu muzycznego i coś kupić. Poszedłem do pokoju z poważką, znalazłem co chciałem. Wraca ojciec i pyta co tam wziąłem. A ja na to: "wiesz, taki wielki polski innowator, który do dziś nie miał na koncie żadnego wydawnictwa, chociaż od lat 60-tych działał z największymi i praktycznie wyprzedzał nurty w rodzaju kolażu, muzyki elektroakustycznej i...". Mój tata zerka na pomarańczowy karton, który trzymam w ręku i mówi: "Aaa, pan Eugeniusz. Tak, słyszałem, że nareszcie mu wydali te jego eksperymentalne nagrania sprzed dekad". Myślę sobie – skąd niby mój ojciec może coś z tego rozumieć, skoro ja nic nie rozumiem. Mówię więc: ale co pan Eugeniusz, ty coś o tym wiesz?". I dowiaduję się: "No pan Eugeniusz, nie kojarzysz pana Eugeniusza? Mieszka pode mną. Mieszkałeś nad nim, nie pamiętasz naszego sąsiada, pana Eugeniusza?".

I tak się zaczął jeden z najniezwyklejszych dni tego roku, póki co, dla mnie. Przez całą drogę do samochodu próbowałem przekonać ojca, że najwyraźniej pomylił pana Eugeniusza z kimś innym, bo to wielki, niedoceniony jak dotąd artysta, chluba polskiej muzyki współczesnej, więc to nie może być żaden sąsiad. Ale chwilę potem otwieram box, wyjmuję ślicznie zaprojektowaną (notabene przez sympatycznego kolegę mojej panny, ale to inny zbieg okoliczności) książeczkę i patrzę i oczom nie wierzę. Natomiast rzeczywiście widzę zdjęcia pana Eugeniusza, serdecznego, uśmiechniętego, zawsze pełnego ciepła człowieka, który mieszkał pode mną gdy w młodości mieszkałem na warszawskim Mokotowie i mijałem go codziennie idąc z futbolówką w ręku na boisko, a teraz mieszka piętro pod moim ojcem i zna mojego ojca, a jeszcze lepiej rodziców mojego ojca, a więc moją babcię i mojego dziadka... "Moja rodzona siostra, a twoja ciocia, została kiedyś, jako młoda dziewczynka, poproszona przez pana Eugeniusza, żeby przyszła coś pogadać do mikrofonu. A pan Eugeniusz później sobie obrabiał te dźwięki i sklejał na ich podstawie jeden z wielu swoich utworów", wspomina ojciec. Oniemiałem.

Pomysł na wywiad przyszedł mi do głowy natychmiast, aczkolwiek nabrał jeszcze wyraźniejszego sensu, kiedy przesłuchałem wspomnianą kolekcję 4CD, dosłownie próbkującą niezgłębione dokonania Rudnika. Będąc słuchaczem, którego płytoteka zawiera około pięćset razy więcej pozycji ze świata popu, niż z kręgu muzyki konkretnej, doznawałem co chwila jak bardzo wyprzedzały swoją epokę te odważne poszukiwania. To słuchowisko mogliby skomponować wcześni Books, tamto charczenie późni Autechre, a klimat kilku impresji zapowiada mroczny, depresyjny ambient. Tylko, że sprawdźcie sobie daty tych realizacji. Masakra. I właśnie dlatego to spotkanie miało sens. Pan Eugeniusz zgodził się na rozmowę i zanim zaczęliśmy pierwszy wątek, spytał co to za publikacja. Wyjaśniłem, że serwis internetowy o muzyce rozrywkowej, który prowadzą młodzi ludzie i kierują do nieraz jeszcze młodszych. Ta informacja ucieszyła Mistrza. Co z kolei ucieszyło mnie. Swoją drogą, zaskakująco adekwatne imię.

* * *

Co sprawiło, że na pewnym etapie w ogóle zaczął pan tworzyć muzykę? Szczególnie mnie to interesuje, zważywszy, że była to wówczas muzyka pionierska i w pewnym sensie bezprecedensowa.

Jako człowiek dojrzały twierdzę, że o naszym życiu w największym stopniu decyduje przypadek. Moja kariera jako artysty jest czystym przypadkiem. Przez przypadek zatrudniłem się w Polskim Radiu. Najpierw w Biurze Administracyjnym, a potem dostrzegł mnie Józef Patkowski, wybitny muzykolog, który wymyślił Studio Eksperymentalne i szukał do niego personelu. Zatrudniono mnie jako technika, realizatora i człowieka "do wszystkiego". Montowałem proste urządzenia do przetwarzania dźwięku. Wkrótce też pojawił się jeden, drugi, trzeci kompozytor... To był czas niezwykły dla polskiej kultury i polityki. Rok 1958. Powiało kapeńkę wolnością. Uchyliła się żelazna kultura. Odblokowano niektórych autorów. Powstała "Warszawska Jesień" i Studio Eksperymentalne. Byłem członkiem założycielem studia; dziś ktoś powiedział o mnie, że jestem "kustoszem pamięci studia". Jestem!

Ale skąd konkretnie idea własnych prób artystycznych?

Zawsze odpowiadam: z nudów. Aparatura studia była pewnym rodzajem niekonwencjonalnego instrumentarium. Albo pojawiał się klient – Penderecki, Schaeffer, Kotoński, Dobrowolski, Wiszniewski, Antczak, Hanuszkiewicz czy w końcu Wajda – albo się nie pojawiał. Jeśli nie przychodził, to sprzęt stał do dyspozycji i po prostu zacząłem na nim "grać". Po prostu ćwiczyć. Budować pewne struktury, organizować dźwięk, próbować łączyć mikro-struktury w większe całości. Lutosławski kiedyś powiedział – a jest to prawda dobrze znana – że jeżeli rzeczywistość daje nowe możliwości, to człowiek z pomocą tej technologii będzie tworzył sztukę. Gdy powstała technika cyfrowa, to została wykorzystana w plastyce czy filmie. Musiałem wiedzieć więcej od często "zielonych" kompozytorów o tajnikach studia, żeby ich nauczyć. Wiele utworów weszło do światowego obiegu pod nazwiskami X czy Y, ale o tym kto jest ich autorem – może kiedyś napiszę w pamiętniku, z decyzją odczytania pięćdziesiąt lat po mojej śmierci. Niemniej jednak uważam, że nieważne kto jest autorem, czyje są fragmentaryczne pomysły – ważne jest, że powstało opus. Myśmy wtedy identyfikowali się z każdym realizowanym utworem – czy autonomicznym, czy ilustracyjnym do radia, teatru, dokumentu, animacji. Dawało nam to satysfakcję. Praca była uciążliwa, ale przynosiła poczucie spełnienia.

Jaki był kontekst powstałych odrobinę wcześniej studiów eksperymentalnych na Zachodzie – na przykład w Kolonii lub Paryżu?

Nasz związek był bardzo ścisły. Na tym polegała mądrość Patkowskiego i Włodzimierza Sokorskiego (przewodniczącego Komitetu do spraw Radia), że Patkowski odbył tournee po europejskich studiach i nawiązał kontakt z ich szefami. Natychmiast nastąpiła wymiana doświadczeń – permanentna, twórcza i dwustronna. Cechą charakterystyczną naszego studia – co wynikało z ustroju w jakim żyliśmy – była etatowa instytucja reżysera dźwięku. W Europie czegoś takiego nie było, bo tam koszta siły roboczej były wysokie. Kompozytorzy przyjeżdżali do nas i stąd często moje nazwisko figuruje w zachodnich dokumentacjach utworów jako "performer". Nie ktoś od naciskania guzików, tylko interpretator. Ponadto nasze utwory wchodziły w krwiobieg europejski poprzez "Warszawską Jesień" oraz liczne koncerty organizowane przez zachodnie centra – jak Paryż czy Mediolan – na których dostałem zresztą parę nagród. Z perspektywy pół wieku widzę, że było to bardzo cenne okno na świat. W czasie najgorszej komuny, także w stanie wojennym, przyjeżdżali do nas obcy artyści ze Skandynawii, Francji czy obu Ameryk, a my wyjeżdżaliśmy na Zachód.

Jak przedstawiała się sytuacja ze sprzętem i czy był on gorszy w porównaniu do studiów zachodnich?

Nie powstałaby muzyka elektroniczna, gdyby nie wynaleziono taśmy magnetofonowej, różniącej się w sensie samej fizyki i materii od płyty, pozwalającej dotknąć tego ulotnego, niedotykalnego przecież zjawiska, jakim dotąd był dźwięk. Można go było uciąć, zaciąć, skleić, odwrócić, odtworzyć ze zmienną prędkością, w oktawie, dwu, trzech, pięciu, włączyć w urządzenia przekształcające. Nasze urządzenia były wprawdzie nieco gorsze od zachodnich, ale mieliśmy też mikrofony Telefunkena czy Philipsa o standardzie europejskim. Poza tym narzędzie jest w sztuce ważne, ale nic nie powstanie bez pomysłu, bez wyobraźni. Zdarzała się fetyszyzacja narzędzia – jego kult, uwielbienie. A potem powstały wręcz samograje w rodzaju syntezatorów. Ale powtórzę publicznie po raz dziesiąty – nieszczęściem dla analogowego rękodzieła było pojawienie się techniki cyfrowej. Dziś Studio Eksperymentalne nie istnieje, a są prężne ośrodki we Wrocławiu i Poznaniu, gdzie działają dwudziestoparolatkowie, dla których muzyka zaczęła się wtedy, gdy oni się tym zajęli. Natomiast czasem warto sięgnąć do źródeł. I taki jest sens twojej wizyty tutaj – powiedzieć młodym ludziom, twoim rówieśnikom, że w sztuce wszystko już było.

Ja sobie z tego zdaję sprawę, ale nasi czytelnicy chyba nie chcą tego przyjąć do wiadomości. Miał pan okazję pracować z wieloma słynnymi postaciami światowej muzyki. Jedną z nich był Stockhausen – postać kontrowersyjna. Niektórzy mówią: najwybitniejszy kompozytor drugiej połowy XX wieku...

I ja też tak uważam...

A inni krytykują go i wyzywają od szaleńców. Jak to było z pana perspektywy?

Oczywiście, że szaleniec. W rozumieniu niezwykłych pomysłów. A to szaleństwo wykwitło po 11 września 2001, gdy nazwał atak na WTC "największym dziełem Szatana"...

Ale to ponoć było wyjęte z kontekstu...

Nie nie, on to powiedział. Na tyle ile go znam, był w stanie to powiedzieć. Był to człowiek namiętny. Nie był to wariat, psychopata, egocentryk...

Aczkolwiek poczucie swojej wartości to on miał...

O tak! Nadzwyczajne! Natomiast ci, którzy nie znali go na co dzień, nie wiedzą o jednej rzeczy. Otóż był to człowiek mający coś niezwykłego w swoim sposobie bycia. Gdy się pojawiał Karlheinz Stockhausen, to wszyscy ludzie w jego kręgu byli od razu zdominowani przez jego osobowość. To jakaś niesamowita charyzma i energia z niego emanowała. Pamiętam, że młodzi, inteligentni Amerykanie przyjeżdżali za Stockhausenem na Stary Kontynent uczyć się kultury i sztuki. Uznali nawet za stosowne, aby się ubrać jak mistrz – welwetowe spodnie w grube prążki. Naśladowali go. Chodzili za nim jak za świętym. Od razu to zauważyłem, bo wcześniej współpracowałem z wieloma artystami o wielkim uroku, ale nigdy więcej – poza jednym wyjątkiem Andrzeja Wajdy – nie spotkałem się z kimś, komu ja również byłem skłonny się podporządkować podczas pracy. Na planie filmu Wajdy wszyscy – od kamerzysty po technicznego od kabli – czuli, że uczestniczą w ważnej inicjatywie i pracowali z wielką przyjemnością. U Stockhausena było tak samo. Był straszliwie pracowity. Był artystą non stop. Z pasją i namiętnością poświęcał się swojemu dziełu. A jednocześnie nie traktował wszystkich wkoło jak "hołoty", nie demonstrował swojego geniuszu i wyższości.

Często podkreślał swoją wielkość, zarzucano mu zarozumiałość. Czy artysta tego formatu powinien głośno mówić o swojej wartości?

Ja osobiście uważam to za złą cechę. Ale z moich obserwacji wynika tyle, że był bardzo skoncentrowany na tym, co robił. Był oddany dziełu i traktował je poważnie. Ale przytoczę pewną anegdotę. Kiedyś graliśmy pewien utwór na koncercie i przez przypadek mój asystent nie włączył jakiegoś guzika, przez co nie uruchomił się jakiś przetwornik. Utwór nie poszedł, a była to premiera. Moja realizacja. Ja, Polak, uważałem, że nastąpił koniec świata i Stockhausen wyleci na mnie z gębą. A on do mnie podszedł i mówi: "Eugeniusz, to jest poza tobą, nie ma sprawy". I to była jego wielkość. Nie był przykry dla otoczenia. Jedynie oddany swojej misji przez całą dobę. I to moim zdaniem słuszne podejście. Na pewnym etapie twórczości przekonałem żonę, aby zwolniła się z pracy i odciążyła mnie od obowiązków domowych, jak odbieranie dwójki dzieci z przedszkola czy pilnowania ich przy piaskownicy. Żona się zgodziła i zajęła się domem, a ja pracowałem na zmiany – często po południu, wieczorem, w nocy, w niedzielę. Też można mnie posądzać o "maniactwo" Stockhauseno-podobne, ale właśnie dzięki takiemu podejściu mój dorobek liczy, według mojego biografa Bolka Błaszczyka, około czterystu ilustracji muzycznych i sto utworów autonomicznych.

Padło nazwisko Pendereckiego. Jaka to postać widziana pana oczami?

To mój rówieśnik. Kiedyś Józef Patkowski zorganizował kurs dla młodych kompozytorów muzyki elektronicznej. Pamiętam, że wówczas niejaki Penderecki dostał 320 złotych na hotel, a niejaki Górecki 310 złotych. Krzysio był prowincjuszem, synem adwokata. Na konkursie związku kompozytorów wygrał trzy pierwsze nagrody pod pseudonimami i tak gruchnęła wielka kariera. Bardzo sobie cenię naszą współpracę. Powiedział kiedyś, że gdyby nie jego praca w Studio Eksperymentalnym, to nie powstałaby ani Pasja, ani Tren Pamięci Ofiar Hiroszimy. To bardzo miłe. Nadzwyczaj urokliwy facet i takim pozostał. Wprawdzie nie jest mówcą, showmanem, ma trudności z artykułowaniem dłuższych zdań z podmiotem, orzeczeniem i przydawką. Dziennikarze go mumifikują i on to lubi, ale w moim odczuciu on jest "homo ludens". Dla niego sztuka zawsze była przede wszystkim zabawą.

Zarówno Stockhausen, jak i Penderecki, komponowali utwory programowe, poświęcone konkretnej tematyce – by przytoczyć chociażby Hymnen pierwszego czy wspomniany Tren Pamięci Ofiar Hiroszimy drugiego. W pana twórczości też jest mnóstwo takich utworów...

Owszem, tak.

Właśnie, i tu pytanie. Czy według pana sztuka powinna nieść precyzyjne przesłanie czy jednak istnieje coś takiego jak sztuka wyabstrahowana z jakichkolwiek jasnych znaczeń, operująca wyłącznie estetyką?

To bardzo mądre pytanie i wyobraź sobie, że chociaż nie jesteś pierwszym dziennikarzem, który mi je zadaje, to pierwszy sformułowałeś je czytelnie. Oczywiście, można powiedzieć, że muzyka jest tym, czym jest i służy to tego, żeby być. Tworzysz formę – odcinek dobrze zorganizowanego czasu. Bez podtekstu, semantyki, semiotyki, literatury. Ja się teraz troszeczkę odsłonię... Jeżeli masz w sobie coś z filozofa, publicysty, moralisty, etyka – to będziesz miał potrzebę indoktrynowania reszty świata, przekonywania o czymś. Jeżeli przez przypadek przez pół wieku grałem, grałem, grałem i opanowałem tę technikę w stopniu bardzo dobrym, doskonałym, wirtuozerskim – to mam do wyboru mnożyć byty abstrakcyjne lub nadać im jakieś znaczenie i wykorzystać tę materię do przekonywania reszty świata o rzeczach, które ja uważam za ważne. Półtora roku robiłem utwór "Peregrynacje Pana Podchorążego" i ktoś w Niemczech napisał, że Rudnik dokładniej i bardziej namiętnie opisał los pokolenia, niż Andrzej Szczypiorski. I ja uważam, że to jest ważne.

Czy uważa pan, że w dobie cyfrowej obróbki dźwięku istnieje jakakolwiek przyszłość dla brzmienia, dla dźwięku? Czy też wyczerpano już 100% możliwości?

Podejrzewam, że więcej niż 100%. To zresztą szerszy wątek. Po pierwsze, jak obaj dobrze wiemy, na świecie jest za dużo artystów.

W ogóle jest za dużo wszystkiego...

My żyjemy w perwersyjnej cywilizacji nadmiaru! Wchodzisz do księgarni i cię mdli. Tony ślicznie wydanych książek, tylko... Po co to? Nikt nie ma nic do powiedzenia. I podobnie jest z cyfrową muzyką elektroniczną. Godzinami te komputery rzężą i rzężą... A przecież w utworze muzycznym słuchacz musi choć przez chwilę zdekodować jaki jest sens tego wywodu. A ta muzyka leje się z doskonałych głośników i co? Cienia ładu tam nie dostrzeżesz. Nowego brzmienia nie da się wynaleźć. Fascynacja fakturą przy wybuchu technik cyfrowych powoduje chwilowy zachwyt, ale te dźwięki są plastikowe.

Ostatnie pytanie: czy pan jako mistrz dźwięków konkretnych i kolażu w ogóle interesuje się muzyką tonalną, melodią, harmonią, rzeczami, które są "muzyką" w tym tradycyjnym rozumieniu?

Nie. Jestem hermetyczny z wyboru. Mam swój własny muzyczny świat

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Autor tematu
esflores
Beton
Posty: 756
Rejestracja: 13 kwie 2006, 13:09
Lokalizacja: Kraków
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Kontaktowanie:
Status: Offline

Post #86974 autor: esflores » 23 cze 2010, 16:07

Indywidualista, samotnik ale otwarty na wpływy kompozytor zetknął się z muzyka współczesną jako młody człowiek słuchając BBC w czasie wojny. Ma olbrzymie problemy z ukończeniem nauki gry na fortepianie bo Luc raz po raz przekracza niedozwolone granice - i tak już pozostanie. Późniejsze spotkania z innymi kompozytorami to raczej ciekawość i często rozczarowanie. Honegger zbyt konserwatywny, Messiaen zbyt nawiedzony, Schaeffer zachowawczy, Cage zbyt prowokacyjny itd. Ale Ferrari inspiruje się każdym z nich, nie jest jednak w stanie pracować grupowo. Początkowo serialistyczne utwory nie zwiastują czegoś wyjątkowego. Wkrótce jednak tworzy własną formułę, którą umownie nazywa muzyka anegdotyczną. Cóż to takiego?

Zagadnięty o minimalizm odpowiada, że repetytywność raczej mnie nie interesuje – jeśli pętla nie wnosi za każdym powtórzeniem jakichś nowych elementów to jest to nudne. I rzeczywiście te utwory są w nieustannym ruchu, zmieniają się wydarzenia muzyczne ale nastrój pozostaje utrzymany. Artysta opowiada swoją historię manipulując odbiorcą na tyle aby on zapomniał, czy to rzeczywistość czy jego wyobraźnia. Eksperymentator używa techniki o tyle o ile jest ona poręczna i prosta w obsłudze – magnetofon Nagra, którym zbiera ciekawe krajobrazy dźwiękowe i komputerowy Pro Tools. Już przy tworzeniu Presque Riens posługuje się metodami, które dzisiaj przypisujemy ambientowi. (Nagrywa poranne budzenie się dalmatyńskiej wioski rybackiej). Ferrari nie prowokuje nadmiernie, jego utwory są bardzo spójne tematycznie, rzadko przeciwstawia sobie gatunki muzyczne. Najważniejszy jest ten końcowy wydźwięk i nastrój jaki budzi w odbiorcy. Ciekawym utworem jest Umheimlich Schoen – przez 15 minut kobiecy głos powtarza tę kwestię przy udziale westchnień, oddechów (mężczyzny a może innej kobiety a może obojga na raz) – co budzi przeróżne konstatacje.
Przerażający Harmonie du diable, sielankowy Petite symphonie intuitive pour un paysage de printemps i przecudnej urody A la recherche du rythme perdu to naprawdę utwory niesamowicie interesujące, wieloznaczne i bardzo miłe dla ucha. Bo kompozytor to człowiek bardzo miły, obdarzony wielkim poczuciem humoru - a także otwarty na nowości – słynne próby z eksperymentującymi DJ'ami
Muzyka współczesna nie jest trudna w odbiorze. Dla człowieka nienawykłego do pewnego języka narracyjnego jest przerażająca i nieciekawa. Jeśli jednak szukasz przygody, chcesz poznać nowe - to po przekroczeniu tego swoistego ucha igielnego wyjdziesz na olbrzymie "krajobrazy muzyczne", gdzie obok innych swe miejsce ma Luc Ferrari.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

wojcik2202
Habitué
Posty: 1117
Rejestracja: 23 kwie 2009, 0:52
Lokalizacja: Z nikąd
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #86994 autor: wojcik2202 » 26 cze 2010, 0:23

Eugeniusz Rudnik rozmowa.




Jestem artystą dźwięku (Dziennik, 13.03.2009)
Wtorek, 17 marca 2009

Jeden z pionierów polskiej muzyki elektronicznej doczekał się wreszcie monograficznej płyty. Przez ostatnie pół wieku współtworzył fenomen Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia i zdobywał najbardziej prestiżowe europejskie nagrody kompozytorskie.



Pana utwory mają wiele cech dźwiękowego reportażu. Czy należy pana nazywać kompozytorem muzyki elektronicznej?
Eugeniusz Rudnik: Dziś do szuflady z napisem „muzyka elektroniczna” wrzuca się wszystko. Ale na początku sprawa była o wiele bardziej skomplikowana. W latach 40. w Paryżu Pierre Schaeffer opatentował muzykę konkretną opartą wyłącznie na nagraniach dźwięków życia codziennego. W ośrodku kolońskim, gdzie debiutował m.in. Karlheinz Stockhausen, mówiło się po prostu o muzyce elektronicznej. Anglicy i Amerykanie używali terminu „muzyka na taśmę”, kładąc nacisk na samą technologię nagrywania. To, czym ja się zajmuję najczęściej, pojawiło się nieco później jako „sztuka dźwięku”. Często pada pytanie, czy na przykład utwór „Homo Ludens” – opowiadający o moich wspólnych przygodach z Pendereckim na olimpiadzie w Monachium (Krzysztof skomponował dla nich hymn w naszym studio) – to jeszcze muzyka czy już reportaż. Odpowiadam, że nie wiem. Na prestiżowym konkursie w Bourges ten utwór został nagrodzony w kategorii muzyka radiowa, ale już na wystawie sztuki współczesnej „Documenta” w Kassel zaprezentowano go jako… dzieło literackie. Dziś artystów i naukowców jest po prostu za dużo i wielu wymyśla sobie specjalną domenę, żeby móc zaistnieć. I tak obok chemii fizycznej powstała fizyka chemiczna…



W odniesieniu do pana twórczości równie często używa się także terminu „poezja dźwiękowa”. Biorąc pod uwagę pana akustyczne i semantyczne zabawy z językiem oraz liczne odwołania do klasyków polskiej literatury, ma to chyba sens?
Ja po prostu zgadzam się z Tomaszem Mannem, który powiedział, że najpiękniejszą powierzchnią jest ludzka twarz, a najpiękniejszym sygnałem – ludzki głos. Od początku miałem jednak ogromny dystans do kreacji aktorskich, owego celebrowanego „Ł”. Jeśli w moich pracach pojawiają się głosy Holoubka czy Zapasiewicza, to na zasadzie kolażowego kontrapunktu do nagrań dokumentalnych, często w regionalnych dialektach języka polskiego. Jako człowiek radia wiem po prostu, że w zwyczajnej mowie informacyjnej jest o wiele więcej emocji, poezji i muzyki. Jeśli sięgam do istniejącej literatury – „Pana Tadeusza” Mickiewicza czy „Początku” Szczypiorskiego – to na zasadzie pewnego kulturowego symbolu, rozpoznawalnej ikony. Gdybym miał wskazać faktyczną literacką analogię dla mojej twórczości, to byłaby nią poezją lingwistyczna Mirona Białoszewskiego. Podobne kalambury i zabawy formą oraz znaczeniem słów mają zresztą swój odpowiednik w czysto muzycznej warstwie kompozycji, w której przywołuję – często przewrotnie – ikony muzyki klasycznej, popularne szlagiery czy polski folklor. Paradoks polega na tym, że takie parareportażowe środki służyć mają stworzeniu komunikatu ponadjęzykowego. Niemożliwe? Weźmy „Peregrynacje Pana Podchorążego” – utwór do bólu polski, patriotyczny, chwilami wręcz kiczowaty. Pewnego razu puściłem go na Warsztatach Reportażu Radiowego w Supraślu kilkunastu osobom, które wolały posłuchać mojej muzyki, niż iść na imprezę „po fajrancie”. Dodam, że byliśmy zmęczeni po całym dniu słuchania „jak pijany mąż bije teściową i co o tym sądzi żona” – wie pan zresztą, że polskie reportaże radiowe i telewizyjne bardzo mocno ciążą ku patologii. Były tam dwie kobiety z Mołdawii w bardzo różnym wieku; jedna mówiła kilka słów po rosyjsku, druga znała tylko rumuński. I one po wszystkim powiedziały do mnie ze łzami w oczach: – Opowiedziałeś nasze życie. A przecież nie miały szansy zrozumieć ani jednego słowa! Chodzi o to, że z poszczególnych głosek, oddechów, westchnień oraz innych gestów fonicznych można stworzyć rodzaj metajęzyka przekraczającego granice. Bo sztuka powinna być „przezroczysta”, niejednoznaczna. I jeśli czasami udaje mi się ten cel osiągnąć, to chyba mogę nieskromnie nazywać siebie „artystą dźwięku”.



Już w swojej prehistorii muzyce elektronicznej towarzyszyła „kosmiczna” albo „industrialna” otoczka. Humanistyczna i historyczna tematyka pana utworów jest chyba pod tym względem wyjątkowa?
Jeszcze dziś większość słuchaczy kojarzy elektroniczne dźwięki z zielonymi ufoludkami albo robotami. Ja od początku z tym walczyłem, choć nie było łatwo. Byłem przecież obciążony tradycją tandetnych amerykańskich filmów science fiction, w których nieustannie rozbrzmiewały archaiczne instrumenty elektroniczne. Zresztą Studio Eksperymentalne Polskiego Radia bardzo szybko zostało wciągnięte do tego „kosmicznego biznesu”. Sam skomponowałem, bądź zrealizowałem muzykę do kilku adaptacji prozy Lema, m.in. rodzimego „Testu pilota Pirksa” oraz polsko-niemieckiej „Milczącej gwiazdy”, która stała się najbardziej kasowym filmem w całych demoludach. Wolałem jednak poszukiwać w nowych dźwiękach nie technologicznego wyobcowania, lecz ciepła oraz humanistycznej głębi. I chyba często się to udawało, skoro mój biograf Bolek Błaszczyk napisał, że „u Gienia nawet sinus jest uduchowiony”. Dlatego bardzo dumny jestem z muzyki, którą stworzyłem do 12-odcinkowego serialu Telewizji Polskiej o Janie Pawle II. Wiem, że teraz o papieżu gderają wszyscy, najczęściej wystawiając mu tandetne pomniki. To była jednak ambitna produkcja, której poszczególne odsłony poświęcone były m.in. kwestiom ekumenizmu, kobiety, Europy albo patriotyzmu w nauczaniu Jana Pawła II. Na szczęście zamiast „Abba Ojcze”, wyśpiewanego przez fałszujących wiernych, znalazł się tam mój „uduchowiony sinus”, który paradoksalnie okazał się bardzo adekwatną muzyką do zachowań papieża. Wyobraźmy sobie taką scenę: Jan Paweł II po raz 1557 schodzi po schodkach samolotu i całuję płytę lotniska w Wenezueli albo Hondurasie. Taki obrazek strasznie się zbanalizował, stracił pierwotną atrakcję. I tak właśnie byśmy go postrzegali, gdyby w tle leciała „Arka”. Jednakże odpowiednio dobrane dźwięki stworzyć mogą iluzję, że widzimy tę niezwykłą scenę po raz pierwszy, nie ujmując przy tym nic z jej godności oraz wzniosłości.



Album wydany przez Polskie Radio zawiera ponad cztery godziny takiego „uduchowionego sinusa”. Wiem, że w trwającej pół wieku karierze stworzył pan o wiele więcej muzyki?
Bolek Błaszczyk oszacował, że jest tego w sumie kilkadziesiąt godzin – ponad 100 autonomicznych kompozycji oraz mnóstwo prac ilustracyjnych. Można powiedzieć, że to zwykła grafomania. Ale ja zgadzam się z Andrzejem Wajdą, który powiedział mi przy okazji pracy nad „Weselem”: – Musisz tworzyć wiele, bo wtedy jest szansa, że 2 lub 3 rzeczy zostaną po tobie. Na szczęście mam w sobie taki chłopski nawyk niewyrzucania niczego (...).



Można również odnieść wrażenie, że ignoruje pana środowisko tak zwanych profesjonalnych kompozytorów? Do tej pory na „Warszawskiej Jesieni” miał pan zaledwie trzy wykonania.
I szczerze mówiąc, mam to w nosie. O wiele większe znaczenie mają dla mnie kolejne nagrody przyznawane mi na prestiżowym konkursie w Bourges. Jestem zresztą głęboko przekonany, że wartościowe utwory i tak dotrą do świata, czy się to komuś podoba, czy nie. Świetnym przykładem są moje „Lekcje”, które dziesięć lat przeleżały na zakurzonej półce. Potem ktoś je przez przypadek odkrył i szybko stały się światową klasyką.
Czterdzieści lat temu, gdy zacząłem odnosić międzynarodowe sukcesy, zaproszono mnie do Związku Kompozytorów Polskich… I chwilę później się rozmyślono, bo przecież nie jestem „dyplomowanym artystą”, tylko zwykłym radiowym technikiem. Kolejne zaproszenie pojawiło się już w nowym stuleciu. Złożyłem wtedy podanie o przyjęcie mnie do Koła Młodych, a w komentarzu dodałem, że przy takim tempie wykonywania moich kompozycji na „Warszawskiej Jesieni”, ostatnia zagrana zostanie w… 3774 roku. Proszę mnie źle nie zrozumieć – w tym środowisku są też wyjątkowo uczciwi, wspaniali ludzie. Znikają jednak w tłumie drobnych cwaniaczków, którzy od pierwszego roku studiów rozmyślają nieustannie, jak wypromować samych siebie, a kolegę wziąć pod obcas. Warto mówić o tym otwarcie.



Manualna technologia radiowa odeszła już do lamusa. Pracownię Studia Eksperymentalnego zamknięto cztery lata temu. Pan jednak wciąż skleja swoje kompozycje z fragmentów taśmy. Czy nigdy nie pociągały pana syntezatory, komputery, internet?
Szczerze mówiąc, nie widzę, aby postępowi technologicznemu towarzyszył rzeczywisty rozwój estetyczny. Nie powinno to zresztą dziwić – sztuka nigdy nie rozwijała się przecież liniowo. Jestem głęboko przekonany, że od czasów pionierskich prac Schaeffera i Stockhausena nie nastąpił żaden istotny przełom, zaś apogeum całego nurtu przypada na pierwszą połowę lat 70. Wówczas do powszechnego użytku weszły syntezatory Mooga, a potem komputery. Narzędzia bardzo sprawne i wszechstronne. Ale właśnie ich „łatwość” zdemoralizowała twórców i w konsekwencji spowodowała lawinową inflację tandetnych brzmień. Podstawowym problemem w sztuce pozostaje nadmiar materiału, konieczność dokonywania wyboru. Paradoksalnie przy nieograniczonych możliwościach współczesnych komputerów staje się to bardzo trudne. Problem ten nie dotyczy zresztą tylko muzyki. Od kilkunastu lat, gdy komputery stały się w Polsce powszechnie dostępnym narzędziem, nie powstało ani jedno arcydzieło dźwiękowe czy wizualne. Weźmy twórczość Tomasza Bagińskiego: jego „Katedra” była jeszcze ciekawą etiudą, próbką możliwości nowego w naszych warunkach medium. Ale już ilustracja do „Siedmiu Bram Jerozolimy” Pendereckiego jest absolutnie nieudana. Mamy tam erupcję niezwykłych plastycznych bytów, ale absolutnie pozbawionych sensu i niezwiązanych w żaden sposób z muzyką. Przy „Labiryncie”, nad którym Jan Lenica pracował manualnie przez półtora roku, wypada to naprawdę banalnie. Za czasów mojej młodości filmowiec, dostając od producenta 100 metrów taśmy celuloidowej, musiał stworzyć przynajmniej 30 metrów wartościowego materiału. Dziś nagrywanie nic nie kosztuje, więc rejestruje się dosłownie wszystko. Paradoksalnie technika zapisu dźwięku czy obrazu, która zadecydowała o całej mojej drodze artystycznej, staje się dziś prawdziwą zmorą kultury.



Rozmawiał Michał Mendyk (Dziennik, 13.03.2009)Obrazek

Obrazek
Ostatnio zmieniony 26 cze 2010, 2:00 przez wojcik2202, łącznie zmieniany 2 razy.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Autor tematu
esflores
Beton
Posty: 756
Rejestracja: 13 kwie 2006, 13:09
Lokalizacja: Kraków
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Kontaktowanie:
Status: Offline

Post #87007 autor: esflores » 29 cze 2010, 10:51

Te ostatnie kwestie są całkowicie adekwatne do rzeczywistości.

Abstrahując od gustów
Technologia zabija kreatywność, przeglądnąłem pokrótce te wszystkie programy do tworzenia muzyki, wszystkie są ukierunkowane pod nowoczesne technopodobne kierunki
- presety, loopy, wtyczki, sample. Większość tego badziewia niejako podsuwa pod nos gotowe rozwiązania, wystarczy dobrać jakąś melodyjkę a reszta sama się robi.
Wszystko to jest równe, przewidywalne po 15 sekundach, skwantyzowane i sterylne.
Jeżeli jest to muzyka z założenia automatyczno-mechaniczna - to wszystko jest na miejscu. Ale jeśli imituje inne gatunki to mamy dramat. (Choć nie zawsze tak jest)

Oczywiście twórca mający coś w głowie potrafi zaprzęgnąć każdą technologię i robić coś autentycznie niepowtarzalnego. Jednakże jest coraz trudniej wyłowić te ciekawsze postacie.
Nie gloryfikuje tu określonej muzyki, raczej generalizuję problem.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

wojcik2202
Habitué
Posty: 1117
Rejestracja: 23 kwie 2009, 0:52
Lokalizacja: Z nikąd
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #87010 autor: wojcik2202 » 29 cze 2010, 18:07

Ja Jurek ujął bym to jak to nazywasz :grin: Badziwie w ten sposób...myślę ,że to fajna sprawa mieć te wszystkie zdobycze nowej technologi itd, ale myślę ,że jeśli twórca jest obdarzony wyobraźnią i mający coś konkretnego do powiedzenia - ma okazje stworzyć z tego badziewia naprawdę muzyczne arcydzieło....ale, ale nie tępo wsłuchując się co inni grają tylko wskrzesić w sobie indywidualne niezależne, myślenie , tak pan Gienek ,jest właśnie tym przykładem wielkiego indywidualnego komponowania na....SWÓJ sposób...oczywiście to moje subiektywne spojrzenie na tą kwestie :wink:
Ostatnio zmieniony 29 cze 2010, 18:08 przez wojcik2202, łącznie zmieniany 1 raz.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Autor tematu
esflores
Beton
Posty: 756
Rejestracja: 13 kwie 2006, 13:09
Lokalizacja: Kraków
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Kontaktowanie:
Status: Offline

Post #87016 autor: esflores » 30 cze 2010, 14:53

W naszej skromnej podróży po muzyce współczesnej w kontekstach elektronicznych napotykamy na niezwykłe zjawisko. Xenakis. Jest jak rafa koralowa, która nie pozwala ani odpłynąć ani dobić do lądu. Kompozytor proszony o komentarz do swojej muzyki milknie, kiedyś mówił. Znaleźli się jednak tacy, którzy natychmiast zarzucili mu brak artyzmu. W tym milczeniu słychać - użyjcie własnych środków percepcyjnych. Niezależność, oderwanie od przeszłości, tradycji, losowość, przypadek. I rzeczywiście pierwsze kontakty z jego muzyką to najczęściej doznanie przeżycia przerażającej burzy albo innego kataklizmu. Jeśli ta muzyka wypływa z wnętrza człowieka jak sugeruje mistrz - to kryją się tam upiory przeszłości – wojna, strach, niepewność, potworne zranienie, samotność ale i siła.

Siła oparta na logice i porządku, wewnętrzny rygor i zdyscyplinowanie. Stochastyka to dążenie do celu, tym celem jest znalezienie środka wyrazu dla ujścia sił, które rozrywały Iannisa od środka. Jego niezwykłą twórczość buduje nowy porządek na innym poziomie percepcji. Twórczość oparta o teorie – prawdopodobieństwa, gier, grup, zbiorów, mechanika statystyczna. Realizowana technicznie – elektronika, laser, lampy błyskowe, 400 luster, przestrzeń, glissanda, permutacje, harmonika pozaoktawowa, brak powtórzeń, linearny rozwój kompozycji. W wywiadzie zdradza, że dźwięki otoczenia są nudne i banalne a więc nie ma miejsca dla nich w jego muzyce. A jednak nie przeszkadza mu to imitować - gradu, deszczu, huraganu, zamieszek ulicznych, strzałów, pieśni pochodowych itp.

Mówi się o związkach tej muzy z architekturą, matematyką, ale to tylko pewne ramy, których artysta pozwala na kontrolowany przypadek, zapisy jego utworów są tak przesycone treścią, że artysta wykonujący wybiera tylko te, które jest w stanie albo ma ochotę zagrać bez utraty spójności dzieła.

Doprawdy niewielu jest przejść przez wspomnianą rafę aby dotrzeć do wyspy Iannisa Xenakisa – jeśli jednak się zdecydujesz to możesz liczyć na cierpienie niemal fizyczne ale rany szybko się zagoją i będziesz wśród nielicznych dla których ta oaza jest już niezbędna do życia.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


musman76
Habitué
Posty: 1181
Rejestracja: 28 wrz 2009, 15:00
Lokalizacja: Z Polski.
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Mężczyzna - Mężczyzna
Status: Offline

Post #87041 autor: musman76 » 02 lip 2010, 0:05

esflores pisze:Technologia zabija kreatywność, przeglądnąłem pokrótce te wszystkie programy do tworzenia muzyki, wszystkie są ukierunkowane pod nowoczesne technopodobne kierunki
- presety, loopy, wtyczki, sample. Większość tego badziewia niejako podsuwa pod nos gotowe rozwiązania, wystarczy dobrać jakąś melodyjkę a reszta sama się robi.


W jednym z takich programów dla zabawy i z ciekawości poskładałem kiedyś z gotowych sampli jeden kawałek. Nie powiem, fajnie było poeksperymentować, ale szybko poczułem, że te gotowce ograniczają człowieka, a jeśli do tego jeszcze nie ma się umiejętności i wiedzy niezbędnej do samodzielnego wydobycia z instrumentów muzycznych tego, co gdzieś tam gra w wyobraźni, to do bani z takim tworzeniem.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Autor tematu
esflores
Beton
Posty: 756
Rejestracja: 13 kwie 2006, 13:09
Lokalizacja: Kraków
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Kontaktowanie:
Status: Offline

Post #87047 autor: esflores » 02 lip 2010, 9:47

Ja poszedłem nieco dalej. Nie jestem muzykiem ale sporo słucham. I w głowie mam różne dźwięki. I nie mam też sprzętu (klawisze midi - reszta software) i nie umiem grać ale się uczę. Zacząłem więc od przeróbek klasyki, wiesz midi + dogrywki + efekty. Zabawa jest, ale i zmagania z tymi wszystkimi gotowcami.
Zauważyłem, że pociągają mnie ciepłe barwy analogowe, kręcenie gałami( myszką dość trudno ale da się bo na klawiszach tylko pitch bend i modulation i velocity curve, volume)
Zacząłem od Satie zrobiłem Gnossiennes i wyszło mi TD (okres FFB) ale z wyraźną linią melodyczną. Natychmiast się znudziłem i zapragnąłem coś swojego. Nie jest to trudne wybierasz skalę, dopasowujesz akordy i jamujesz dopóki coś się nie urodzi.
Jeszcze nie skończyłem(cholerny brak czasu, zmęczenie, hałas , rozpraszanie) mam do dodania efekty perkusyjne.
I wyobraź sobie, wczoraj słucham na telefonie (zgroza ale dźwięk cymes - sony + panasonic) Eberharda Schoenera. Mój pożal się boże utwór oparty dosłownie na 5-6 nutach wyrwanych z C-major mógłby wejść na prawie każdą jego płytę.
A więc jestem sonorystą - są świetne kursy w necie nawet online od podstaw - tylko eng.
To naprawdę pozwala na inne zupełnie szersze spojrzenie na muzykę -
elektronika jest fajna;)))

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Autor tematu
esflores
Beton
Posty: 756
Rejestracja: 13 kwie 2006, 13:09
Lokalizacja: Kraków
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Kontaktowanie:
Status: Offline

Post #87076 autor: esflores » 04 lip 2010, 16:56

Zapraszam do skrótowego zapoznania się z muzycznym światem La Monte Younga. Artysta od najmłodszych lat zafascynowany naturą dźwięku, stworzył kilka interesujących teorii. Zapytany o nie stwierdza, że uwielbia analizowanie i eksperymenty nad współbrzmieniem, interwałami, konceptualizmem. Jest to dla niego pasja. Koncepcja "Just Intonation" opiera się na systemie akordów o częstotliwościach na podobieństwo licznika i mianownika w ułamku złożonym z liczb całkowitych.
Wielogodzinne koncerty jego grup parateatralnych (John Cale, Terry Riley) i efekty świetlne realizowane prze żonę kompozytora, doprowadziły go stwierdzenia.Określone brzmienie pozwala na stworzenie silnego stanu psychicznego, stan ekstazy. Elementy harmoniczne są bardzo ważne aby to uzyskać. Niektórzy porównują jego dokonania do rzeźb dźwiękowych generowanych współbrzmieniami tonów prostych (sinusoidalnych). Dla mnie ta muzyka kojarzy się z impresjonizmem sonorystycznym kojarzonym z Satie czy Debussy'm. Jego muzyka to minimalizm nawiązujący do Weberna, śpiewów gregoriańskich, to niesamowite drony. Odbiorca doznaje objawienia klucza do zrozumienia związku między dźwiękiem a uczuciem (uniwersalne struktury). Jako, że jego muzyka jest oparta na elementach wschodnich, niektórzy współpracujący z nim muzycy mówią, że muzyka grana na zachodzie jest grana tak "szybko" bo jej harmonie są "fałszywe". Syntezator Ryana i specjalnie wielogodzinne strojenia np. fortepianu, relacje interwałowe, systemy modalne wpływają na czystość i wysoką "jakość" współbrzmień i wielobarwność jego twórczości. Artysta ukuł nowy termin The Well Tuned Piano.
Jedno jest pewne ta twórczość jest niezwykle inspirująca i w sumie bardzo przyjemna w odbiorze.

Media na blogu.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Autor tematu
esflores
Beton
Posty: 756
Rejestracja: 13 kwie 2006, 13:09
Lokalizacja: Kraków
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Kontaktowanie:
Status: Offline

Post #87106 autor: esflores » 07 lip 2010, 13:56

To historia o "walce" człowieka z maszyną. Laurie stojąc przed egzemplarzem Buchla 100, słuchając Subotnicka – co to cudeńko może, jeszcze nie wie, że to starcie przegra. Tymczasem pociąga ją wolność i pełna kontrola procesu twórczego, niesamowite barwy, niezliczone możliwości ekspresji wykonawczej. To, że można zabrać instrument do domu ma olbrzymie znaczenie. Klaus Schulze podkreśla swoje intymne i bardzo emocjonalne relacje z poszczególnymi instrumentami. Spiegel to potwierdza – "nie lubię słowa syntezator, to się kojarzy z czymś syntetycznym, sztucznym i fałszywym. Zresztą i tak jesteśmy wyrzutkami w środowisku muzycznym. Normalni ludzie traktują komputer jako nieprzyjazną bezosobową maszynę, która nie ma duszy, w przeciwieństwie do instrumentów klasycznych." Historia pokaże, że te instrumenty są o wiele bardzie "żywe" i przyjazne niż nam się wydaje.

Ta muzyka jest bardzo silnie naładowana emocjami ale nie liczcie tu na ckliwe melodyjki w rodzaju Ciani. Laurie wspaniale wykorzystuje naturę tych urządzeń do przekazania własnych emocji, dokonuje się tu niezwykła synteza człowieka z technologią. To jest nowa wartość, za tym przykładem pójdą inni ale będą na marginesie. To boli.

Osobista dygresja - Esflores speaking – Ktoś kiedyś mi bliski podsłuchał czego tam właściwie słucham w takim skupieniu. "No teraz rozumiem, dlaczego jesteś czasami taki nerwowy, można oszaleć od tego rzężenia" Przyznam się, że nie było to przyjemne, pomimo, że nie zależy mi na pełnej akceptacji. Doznałem jednak objawienia - coś musi być w tych dźwiękach skoro moje wnętrze się z nimi harmonizuje i tworzy jakieś przestrzenie emocjonalne. Natomiast gdy po raz tysięczny stykam się z chaosem, duchowym repiterstwem i nudą tzw. dnia codziennego - to rzeczywiście staje się nerwowy.

Laurie Spiegel tworzy coś z czymś można wejść w intymny kontakt, bezpieczny kontakt. Digitalizacja na początku lat 80-tych wszystkich zaskoczyła, ten technologiczny skok zmienił na zawsze sposób tworzenia. Artystka podjęła się pracom związanym z tworzeniem oprogramowania muzycznego. Gdy pojawił się pierwszy Mac z myszką, stworzyła pewną technikę, która pozwalała na bardziej ludzki interfejs twórczy. Digitalizacja pomimo swych niewątpliwych zalet i użyteczności spowodowała właśnie to co zarzucano wczesnym elektronikom – dehumanizację. Gdy spojrzymy uważniej na sztukę, np. sztukę użytkową to zdecydowana większość to cyfrowy chłam. To oczywiście generalizowanie z premedytacją – są ludzie i artyści, którzy tworzą żywą muzykę, posługując się nawet bardzo skomplikowaną technologią. Ludzie tworzący nowe wartości, przecierający nowe szlaki. Droga Laurie Spiegel jest porośnięta i zaniedbana czeka być może na ponowne odkrycie. To zaledwie kilka płyt z muzyką pozbawioną niesamowitych solówek i blichtru komercyjnych produkcji. Mówi się potocznie, że każdy ma swoją melodię, spotykając tę artystkę odkryjesz dziwnie znajome częstotliwości, które nazywa ona na przykład Unseen Worlds. Szkoda, że nie znalazła sposobu aby znaleźć się w nowej rzeczywistości. Gra swoją muzykę dla własnych uszu gdzieś w nowojorskim domu na przystosowanym strychu.


Computer music pioneer Laurie Spiegel discusses her compositional tools and processes with host Jude Quintieré (WBAI). Having recently completed a number of works using the GROOVE system at Bell Labs, Spiegel describes the flexibility of her programs, and her approach to sequencing and real-time manipulation of synthesized sounds. The composer further elaborates on the evolution of her personal interests, especially in regard to her use of specific pitch and rhythmic materials drawn from her experience as a banjo and lute player. Compositions heard in their entirety include Patchwork, Waves, The Orient Express and Expanding Universe.

Media on blog.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Autor tematu
esflores
Beton
Posty: 756
Rejestracja: 13 kwie 2006, 13:09
Lokalizacja: Kraków
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Kontaktowanie:
Status: Offline

Post #88064 autor: esflores » 17 sie 2010, 14:45

Jon Lord, mistrz organów Hammonda, pionier hard rocka, człowiek otwarty na przeróżne wpływy, osobowość bardzo dojrzała. Album SARABANDE nagrany w ciągu zaledwie 3 dni przy współudziale Eberharda Schoenera, muzyka i dyrygenta o równie niezwykłym wnętrzu. Schoener podobnie jak Lord w swojej karierze penetruje równie niezwykłe obszary muzyczne, intrygujące, barwne i wieloznaczne. O ile Jon trzyma się jednak pewnej konwencji, to Schoener posuwa się w swoich eksperymentach o wiele dalej, ale o tym przy innej okazji. Traf chce, że spotykają się na początku lat 70 tych, którego to spotkania rezultatem są WINDOWS, bardzo odważny eksperyment zrealizowany live on stage i właśnie SARABANDE. Lord wcześniej zrealizował sfilmowany koncert z LSO i Gemini suite. Wszystkie niezwykle oryginalnie łączące brzmienie orkiestry i zespołu rockowego. Symfonicy grają swoje partie, rockmani swoje, poczym następuje synteza, która tworzy niezwykłą nową wartość. Wszystko brzmi zaskakująco harmonijnie. SARABANDE jest zwieńczeniem tego mariażu.

Lord przyjmuje formę barokowej suity tanecznej, zamykając całość w ośmiu częściach. O ile Keith Emerson i Rick Wakeman szaleją wszechobecnie na swoich syntezatorach, to Jon bardziej stawia na współbrzmienie, harmonie, i przepiękne tematy melodyczne. To niezwykłe zjawisko bo artysta uprawia jednocześnie kilka gatunków muzycznych; rock, funk, R’n’Blues i we wszystkich czuje się niezwykle swobodnie i jest dosyć konkretny. SARABANDE to wspaniała, soczysta i dynamiczna orkiestra, ledwo zaznaczone partie improwizowane i rewelacyjnie potraktowanie klasycznej rockowej perkusji i symfonicznych instrumentów perkusyjnych. Grają Philharmonica Hungarica Orchestra pod Eberhardem Shoenerem, Paul Karass, Andy Summers(Police), Mark Nausseff – wyborny muzyk grający na instrumentach perkusyjnych a także Pete York.
Płytę otwiera uroczysta uwertura Fantasia, Sarabande to już fuzja, zaczyna zespół, całość wyśmienicie uzupełnia orkiestra, pojawia się syntezator ale symfonicy napędzają całość, delikatny syntezator, subtelna gitara a perkusjonalia nadają taneczny charakter, wszystko przenika się strukturalnie. Masterpiece. Aria – bajkowy kawałek o prześlicznych harmoniach i współbrzmieniach, nawiązujący do muzyki romantycznej XIX wieku (bardzo polskie). Króciutka perełka. Gigue – spokojny wstęp i jedziemy z koksem, filharmonicy szaleją, dając po chwili miejsce improwizowanej gitarze Summersa, intermezzo hammonda i dalej, dalej. Wszystko pulsuje w niezwykłym napięciu, znowu intermezzo, tym razem orkiestrowe, tutaj nic się nie powtarza, każda minuta przynosi zaskoczenie. Bębniarze z obu stron rozpoczynają niezwykłą rozmowę. Bouree – zwolna rozkręca się w formie bolera, rytm, rytm, pojawia się temat w skalach bizantyjsko – greckich. Vangelisowi włosy stają dęba. Wchodzą poszczególne instrumenty; gitara, elektrycznie piano lekko improwizuje, Vangelis przewraca się na drugi bok. Summers wyśpiewuje gitarą swoją partię, napięcie rośnie, temat przejmują delikatnie smyczki a wszystko kończy cały skład orkiestrowy. To dowód na to, że orkiestra jest doskonałym „instrumentem” kompletnym brzmieniowo. Pavane – liryczny wstęp symfoników, akustyczna gitara rozpoczyna swoją opowieść, piano Lorda wdaje się z nią w pogaduszki, przejmuje inicjatywę, leciutko jazzując, powoli podnosi temperaturę ale wszystko kończy się spokojnie przy wtórze orkiestry. Kolejna perła. Caprice – wesoły skoczny taniec, lekki i zwiewny, krótkie solo hammonda i powrót do tematu. Finale – retrospekcja wszystkich tematów i powrót do otwierającej uwertury, w klamrę zamykając całość. Materiał zrealizowany rewelacyjnie, ileż tu barw, nagromadzonych tematów a wszystko selektywne, dobrze słyszalne. Jedna z najważniejszych płyt rocka symfonicznego, nie ma zapchaj dziur, nie ma dłużyzn, nie sposób się nudzić. Chciałoby się powiedzieć - OH MY LORD!!!

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Autor tematu
esflores
Beton
Posty: 756
Rejestracja: 13 kwie 2006, 13:09
Lokalizacja: Kraków
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Kontaktowanie:
Status: Offline

Post #88421 autor: esflores » 02 wrz 2010, 11:14

Po definitywnym rozpadzie Deep Purple, Jon pogrywał jako sideman ale wysokie podatki, jakie go dopadły w Zjednoczonym Królestwie zmusiły do bardziej wytężonej pracy. Akurat David Coverdale kompletował Whitesnake i chcąc nie chcąc Lord wszedł do składu. Powiedział potem o Coverdale’u – szefem był dobrym ale kiepsko płacił, rola klawiszowca ograniczała się do akompaniamentu. Jak mówi, wiele go to nauczyło, zaznajomił się bowiem z wieloma instrumentami elektronicznymi. W tym czasie nagrywa właśnie Before I Forget. To niesamowita wybuchowa mieszanka, zwykłe rockowe numery przemieszane z adaptacjami Bacha, Ravela i jakiś średniowieczny temat, troszkę soul’u, funk’u i przecudnej urody tematy; Before I Forget, Burntwood, For a friend, jest nawet zwykła pościelówa - Lady.

To wszystko sprawia, że nikt tego albumu nie lubi, zwolenników progresu rażą banalne kawałki, a fani popu i zwykłego rocka, zniechęcają dość miałkie przeróbki. A ja lubię tę płytę, bo jest w niej tyle radości, swobody, wprowadza w bardzo miły nastrój, jak po dużym kieliszku wybornego szampana. Bo Lord to bardzo wytrawny muzyk, czego by się nie dotknął, tchnie wspaniałym nastrojem. Ta płyta pieniędzy mu nie przyniosła ani sławy tym bardziej. Jeśli jednak ktoś myśli, że łatwo nagrać taki materiał o przeróżnej prowieniencji, to niech spróbuje. Facet pokazuje swój uniwersalny kunszt klawiszowca, który potrafi znaleźć się w każdej sytuacji i wychodzi zawsze obronną ręką. Ale publika nie zawsze to widzi i docenia, gdy więc nadchodzi propozycja reunionu Deep Purple, Jon się nie waha. Zresztą żaden z nich się nie waha bo wszyscy są na lodzie. Największy opór stawiał Blackmore ale wszyscy byli gotowi zapłacić krocie by usłyszeć DP MkII. I zapłacili, zapłacili za chłam, do którego Lord nie powinien przyłożyć ręki ale przyłożył. I musieliśmy czekać aż do 1998 i jego fenomenalnego - Pictured Within. Tymczasem po raz kolejny ląduje w słuchawkach omlet z wieloowocowymi konfiturami i bitą śmietaną . Mniam.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Autor tematu
esflores
Beton
Posty: 756
Rejestracja: 13 kwie 2006, 13:09
Lokalizacja: Kraków
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Kontaktowanie:
Status: Offline

Post #89770 autor: esflores » 27 paź 2010, 15:49

I znowu płyta, którą uwielbiam, a na którą wszyscy psioczą. Pożegnanie Mclaughlina z elektrycznością, INNER WORLDS – swoisty rachunek za kilka lat używania prądu. Nagrana w kwartecie w roku 1976. Rozpoczyna Walden niczym Cobham, wspaniały wstęp na garach, afrykańskie tempo, myślę sobie dobrze jest, fajne brzmienie, John zagrywa po swojemu z biglem, pogaduchy moog i gitara, temat i wszystko siedzi na miejscu. I w górę wszystko funkowo pulsuje, hammondy górują. Na najgorszym sprzęcie ten kawałek brzmi jak na eleganckim Luxmannie. MILES OUT to utwór, którego wiele osób nienawidzi, Mclaughlin eksperymentuje z syntezatorem gitarowym. Podkład rytmiczny, spokojny a muzyk wyładowuje w kapitalny sposób swoje neurotyczne tajemnice, rwie swe frazy, niczym wymiotująca prostytutka, po nieudanym wieczorze. Barwa gitary obrzydliwie bulgocząca, napięcie sięga zenitu, uwielbiam ten numer, chociaż brzmi jak odrzut z sesji, artysta przekracza emocjonalne granice. Plotka głosi, że John rozbił swą słynną dwugryfową gitarę za sceną po ostatnim elektrycznym koncercie. Frustracja dotycząca przyszłości znalazła rozwiązanie. I masz - dwie piosenki, zwykłe banalne, słodkie soulowe pianie, szok dla fanów jazz rocka, tego było już za wiele, pionier gatunku zszedł na psy. Za chwilę folkowa zabawa MORNING CALLS na syth i organy, co to k… M.Oldfield?

Drugą stronę płyty zaczyna „wczesno jazzowy Jeff Beck”, gitarzysta jest tu cudownie liryczny, melodyjny, funkowy i prosty, świetne nagranie, synth gada z gitarą, nóżka tupie swobodnie, piękne solo i to zacięcie na końcu, słodycz doprawiona podskórnym nerwem. I ballada, ptaszki, piano, Walden pieje o rzeczce jego życia, kicz, blachy szemrają. PLANETARY CITIZEN, funkowo z czarnym chórem, zgroza, rozpacz, gitara funky, Sly and the family stone. Ale następny już zabija, kapitalny LOTUS FEET z sitarem, akustycznie, cudowny mini moog, Indie ale w kolorze białym, Harrison gdzieś za parawanem pogrywa. To nieświadoma zapowiedź SHAKTI, słodkie, lekkie z mocnym aromatem Madras. I finał - 2 częściowa coda INNER WORLDS. Dowód na potęgę talentu Artysty ukrytego za fasadą przetworników, efektów. Chore tło sekwencyjne, pełne lęku i niepokoju, myśli samobójczych. John Mclauhlin się żegna boleśnie raniąc uszy, krzyczącymi dysonansami, akordami z zaświatów, to krzyk zranionego człowieka, który nie może już dalej ciągnąć tej farsy, przejmujące. Walden wali ile wlezie a wszystko topi się w uroczystym organowym uniesieniu, dzwony rurowe, melodia na pożegnanie - żegnaj Mahavishnu. Na okładce Mclaughlin symbolicznie nagi, już nie ma nic do odkrycia. Symbol twórczej śmierci.
Wszyscy zastanawialiśmy się czy wróci bo Shakti to wtedy było zbyt wiele. Byli w Polsce, ubrani w białe szaty, John wtopiony w hindusów, nierozpoznawalny, zgaszony, inny, obcy z jakimś dziwacznym instrumentem. Poczucie żalu i wielkie rozgoryczenie gdy wraca do elektrycznej gitary. To już nie Mahavishnu. Tak to wtedy przeżywaliśmy ;)

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Autor tematu
esflores
Beton
Posty: 756
Rejestracja: 13 kwie 2006, 13:09
Lokalizacja: Kraków
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Kontaktowanie:
Status: Offline

Post #90340 autor: esflores » 16 lis 2010, 19:34

Klaus Netzle to niezbyt dobrze znana i trochę tajemnicza postać na scenie elektronicznej. Jeszcze aby było Go łatwiej znaleźć, używa kilku aliasów; Carlos Futura, Claude Larson, Delle Haensch, Gyan Nishabda, Manuel Landy, VD-People. To muzyk starszego pokolenia ur.1926. Początkowo producent muzyczny, aczkolwiek odebrał gruntowne wykształcenie muzyczne(teoria kompozycji i śpiewu). Tak więc angażował się też muzycznie, miał spore sukcesy jako kompozytor muzyki do filmów turystyczno-dokumentalnych, zdobył Złoty Medal w Cannes dwukrotnie. To człowiek związany głównie z firmą Sonoton i Selected Sound, które zajmowały się produkcją dźwięków na cele użytkowe (film, TV, reklama, dokument, krótkie formy itp.)
Ale kompozytor to wybitny i wkrótce okazuje się, po spotkaniu z pierwszym instrumentem elektronicznym, bardzo wszechstronny człowiek. Specjalnie się jednak nie śpieszy, zbiera dokładne informacje techniczne, dokształca się i podejmuje pierwsze eksperymenty nad cyfrowym sterowaniem instrumentów dla firmy Roland. Zakłada swoje laboratorium muzyczne – elmulab. W 1979 już jest na tyle uznanym specjalistą, że Fairlight powierza mu dystrybucję na Europę. A był to bardzo ważny moment bo Fairlight pozwalał na próbkowanie dowolnego dźwięku z rozłożeniem na całą klawiaturę, wtedy szok. Klaus już dużo pogrywa dla filmu, dokumentów i reklamy. Jego właściwa kariera muzyka elektronicznego rozpoczyna się w 1978 roku. O ile jego twórczość to łagodne, krótkie analogowe, bardzo profesjonalnie zrealizowane utwory, to wydany jako dwuczęściowy cykl Dynamic Meditations, przynosi utwory dłuższe, rozbudowane. Elements opisuje cztery żywioły; ziemia, woda, ogień, powietrze a Materials – metal, drewno i szkło. Ziemia jeszcze niczego nie zdradza ale pozostałe utwory to wyśmienity kawał muzyki, wspaniałe analogowe brzmienia, świetnie melodie i klimat. O ile pierwsza część kojarzy mi się z życiem, to druga już ze śmiercią. Ale nie ma to odzwierciedlenia w muzyce. Kiedyś dla rozrywki przeglądałem ofertę domów pogrzebowych, szczególnie interesowały mnie urny i traf chce, że właściwie wszystkie były zrobione z metalu, drewna albo szkła.;)) Ale wróćmy do muzyki, słychać, że lata doświadczeń nie poszły na marne, gdybyż ten muzyk był odpowiednio promowany, to z powodzeniem mógłby konkurować z popularnym postaciami ówczesnej sceny elektronicznej. Jest bowiem od nich dojrzalszy o całe pokolenie, niezwykle precyzyjny, był już wtedy przecież uważany za prekursora współczesnych konwencjonalnych technik pobierania próbek, to świetny przykład na to w jaką stronę mogła ta muzyka iść , niczego innym nie ujmując. Polecam Dynamic Meditations.

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Wróć do „Rock Progresywny”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Studio Nagrań : Zastrzeżenia