RecenzjeCzego teraz słuchacie

Przesłuchałeś kolejną płytę... Podoba ci się? Nie? Napisz o tym!

Moderator: fantomasz

Awatar użytkownika

Sublime
Stary wyga
Posty: 465
Rejestracja: 16 lis 2013, 19:44
Lokalizacja: Wałbrzych
Jestem muzykiem: Nie wiem
Ulubieni wykonawcy: Depeche Mode, Tangerine Dream, Boards Of Canada, Autechre, Arcane
Płeć: Mężczyzna - Mężczyzna
Status: Offline

Re: Czego teraz słuchacie

Post #115093 autor: Sublime » 19 lip 2018, 13:12

Ostatni post z poprzedniej strony:

Zasadniczo to cały czas czegoś słucham, także musiałbym się tu udzielać codziennie, ale nie ma co zalewać forum ciągłymi własnymi odpowiedziami na własne pytania na przykład. ;)

I tak z tych ostatnio słuchanych;

1. No to przede wszystkim King Crimson, tym razem epoka lat dziewięćdziesiątych i THRAK, ale też i ConstruKction of Light. Ta pierwsza to w zasadzie taki bardziej modern Red w najprostszym skrócie, ale tylko w teorii, bo też jest niesamowicie charakterna, szczególnie pod względem aranży i tekstów, ale to nigdy nie było i zasadniczo nie jest wielką bolączką Frippa i spółki - zawsze jest jakaś myśl przewodnia, nie ma nieplanowanych niedopowiedzeń. Ta druga to trochę tak jakby Autechre mieli się brać za rocka progresywnego - i ta płyta też dla mnie swoje wygrywa, szczególnie w wersjach koncertowych. (mimo trochę przestarzałych obecnie elektronicznych patentów używanych przez Mastelotto w tamtym okresie)

2. Nudna i co to dużo ukrywać zdecydowanie rozczarowująca mnie In the Land of Pink and Grey dobrze znanego zespołu Caravan. Wydaje mi się, że w kwestii brzmienia i pewnych rozwiązań była już przestarzała w momencie wydania. Mimo to kilka momentów broni się na tyle, na ile można czasem tej płyty przesłuchać. (chociażby Winter Wine czy druga część Nine Feet Underground) W przypadku takich solówek gitarowych natomiast wydaje mi się, że równie dobrze mogłyby być zagrane zupełnie inaczej, a i tak nie byłoby większego problemu. Absolutnie bezjajeczne i bez pomysłu, w ogóle się nie sprawdzają, zero chęci do kolejnego odsłuchu akurat w tym aspekcie.

3. Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie z kolei pierwsze spotkanie z Death Grips, czyli dość kontrowersyjną grupą hip-hopową. Mocne, eksperymentalne, świeże aranże do całkiem przemyślanych i interesujących tekstów. W szczególności na słuchanej przeze mnie No Love Deep Web z dość osobliwą okładką... wszystko to się sprawdza, robi wrażenie i zostaje w pamięci. Chce się więcej. Stanowczo nie dla konserwatywnych słuchaczy.
Sublime

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

 
TEST
Awatar użytkownika

Depeche Gristle
Twardziel
Posty: 561
Rejestracja: 27 lip 2009, 17:36
Lokalizacja: Wrocław
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115099 autor: Depeche Gristle » 23 lip 2018, 1:03

Job Karma - Society Suicide, 2014;
******
Style: rock elektroniczny, synthpop, industrial, cold wave, dark wave, art-rock, experimental, ambient, minimal
Obrazek


Society Suicide - siódmy album wrocławskiej industrialno-eksperymentalnej formacji Job Karma, wydany 1 maja 2014 roku, zaskakuje dosyć poważnym zwrotem, a w zasadzie dużym krokiem na przód w stosunku do dotychczasowej twórczości zespołu wywodzącego się z kręgów kontrkultury i muzyki eksperymentalnej. Przede wszystkim zespół rezygnuje z eksperymentalnej formy przekazu, na rzecz formy piosenkowej - chociaż ta forma nie jest nowością w twórczości Job Karmy, pojawiła się już bowiem na albumie Strike (2005), jednak w przypadku albumu Society Suicide, piosenka jest już elementem wyraźnie dominującym.
Podobnie, jak wydany w 2007 roku album Tschernobyl, Society Suicide także ma charakter koncept-albumu; tym razem motyw przewodni albumu stanowi ponura wizja upadku zachodniej cywilizacji, co już sama w sobie oddaje okładka albumu autorstwa Arka Bagińskiego, znanego grafika i performera, który odpowiedzialny jest również za wizualną stronę Job Karmy.
Dotychczasowa twórczość Job Karmy, począwszy od albumu Newson (2001) ulegała stopniowej ewolucji, od eksperymentalizmu, przez zrytmizowanie muzyki, po przyjęcie formy piosenkowej, o przejrzystym i wyrafinowanym brzmieniu, pozbawionym przemysłowego jazgotu, za to kreującym klimat, o czym przekonuje już na dzień dobry otwierający album utwór Oil, stanowiący niesamowite wejście w klimat całego albumu, zaskakując niespotykaną dotąd u Job Karmy dość przystępną synthpopową koncepcją, choć kompozycja zachowuje industrialny charakter w postaci syntezatorowego pulsu, zgrzytów i ciężkiego beatu automatu perkusyjnego; słychać tu echa twórczości Depeche Mode i Cabaret Voltaire. Gościnnie udział w nagraniu kompozycji wziął wokalista słynnego amerykańskiego zespołu Savage Republic - Thom Fuhrmann, którego ponury wokal dodatkowo potęguje mroczny klimat utworu.
Mimo pojawienia się piosenek, Job Karma nie rezygnuje całkowicie z awangardy i utworów instrumentalnych, o czym przekonuje Trees, z charakterystycznym plemiennym rytmem bębnów przechodzącym w jazz-rockową sekcję perkusji, silną sekcją basu oraz psychodeliczną elektroniką; słychać tu wyraźne wpływy twórczości Can, zaś sam utwór ma mocny wydźwięk proekologiczny, co słychać we wkomponowanych w utwór odgłosach lasu i degradujących go brutalnych, przeszywających uszy dźwiękach piły łańcuchowej.
Przejmująca kompozycja Earth, z gościnnym wokalnym udziałem Matta Howdena (wokalista Sieben i Sol Invictus - z Maćkiem Frettem współtworzy też 7JK), przesycona jest analogowym brzmieniem syntezatora, subtelną sekcją automatu perkusyjnego, nieco przytłumionymi partiami gitary i nastrojowym wokalem. Utwór przypomina współczesne dokonania Depeche Mode.
Instrumentalny Out zadowoli z kolei zwolenników bardziej eksperymentalnego oblicza Job Karmy, jest to bowiem przykład kompozycji w klimacie rocka elektronicznego, z silnymi wpływami krautrocka, industrialu i dark ambientu, z duszną elektroniczną przestrzenią oplatającą głęboki i odległy puls. Na pierwszy plan wychodzą tu wysokie zagrywki klawiszy i chwytliwe partie akustycznej gitary. W końcówce utworu pojawiają się również partie smyczkowe.
Change jest przykładem chłodnego, wibrującego dźwiękiem synthpopu, inspirowanego głównie twórczością Clock DVA. Wokalny duet, który Maciek Frett tworzy tu ze swoją żoną Anią Frett (oba wokale są lekko przetworzone), generuje niesamowity erotyczny klimat utworu.
Kolejny z instrumentalnych numerów, Greed, wypełniony jest ciepłą, analogową przestrzenią z delikatną, orientalną zagrywką akustycznej gitary, dźwiękowymi plamami, eksperymentalnymi pulsami i ambientową przestrzenią, pod koniec zaś pojawia się partia fortepianu. Utwór klimatem przypomina dokonania Cluster z przełomu lat 70 i 80.
Blackout odznacza się rozedrganym i mechanicznym brzmieniem syntezatorów oraz industrialnym i chłodnym klimatem przypominającym twórczość Coil, podsycanym przez leniwe i senne wokale. W utworze gościnnie śpiewa Monika Kubacka z zespołu Eva, wspierana wokalnie przez Maćka Fretta.
Chłodne i mroczne syntezatorowe przestrzenie, uzupełnione o wszechobecne dźwięki otoczenia i efekty stereofoniczne dominują w instrumentalnym Cycle, którego sekcja rytmiczna oscyluje od synthpopowego beatu automatu perkusyjnego, po rockowe uderzenia perkusji. Utwór kończy solo na harmonijce ustnej Henryka Feliczaka, wykonującego słynną przyśpiewkę „Płonie ognisko w lesie”.
Zamykający album Death Day z gościnnym udziałem muzyków Karpat Magicznych – Anny Nacher i Marka Styczyńskiego - opatrzony jest minimalistyczną muzyczną przestrzenią, jękliwymi i charczącymi (i chyba nadto przekombinowanymi) żeńskimi wokalami, zarówno po angielsku, jak i po polsku oraz nakładającymi się na siebie dialogami.
Society Suicide, to najlepszy album w dotychczasowym dorobku Job Karmy, który prezentuje w pełni dojrzały wizerunek kultowego zespołu, który odchodząc od eksperymentalnych korzeni, penetrując obszary muzyki rockowej i popowej, ciągle pamięta o swoich kontrkulturowych korzeniach, toteż nie brakuje na albumie odwołań do muzycznych eksperymentatorów, co stawia Job Karmę w roli najważniejszego polskiego zespołu awangardowego i industrialnego.
Entertainment Trough Pain
--------------------------------------------

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Depeche Gristle
Twardziel
Posty: 561
Rejestracja: 27 lip 2009, 17:36
Lokalizacja: Wrocław
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115106 autor: Depeche Gristle » 31 lip 2018, 0:57

Cluster - Sowiesoso, 1976;
*****
Style: krautrock, ambient, rock elektroniczny, cold wave, rock psychodeliczny, experimental, neofolk, new age
Obrazek

Administratorr Electro - Sławnikowice / Zgorzelec 17:10, 2014;
*****
Style: nowa nala, cold wave, synthpop, synthrock, electropop, indie rock,
future pop, postpunk, electro blues, rock elektroniczny

Obrazek


Sowiesoso - czwarty album sygnowany szyldem legendarnej formacji Cluster, nagrywany w 1976 roku w jej słynnym wiejskim studiu Forst w zaledwie dwa dni, co czyni go jednym z najszybciej nagranych albumów w historii rocka; materiał zmiksował w swoim studiu w Wolperath, równie legendarny, współpracujący z zespołem praktycznie od początku jego istnienia inżynier dźwięku Conny Plank. Był to też pierwszy album Cluster nagrany pod szyldem wytwórni Sky Records, z którą formacja współpracowała (również jako muzycy solowi, jak i we współpracy z innymi muzykami, w tym Brianem Eno) przez następne dziesięć lat.
Nie bez znaczenia na zawartość muzyczną albumu miał fakt rozpoczęcia w tym samym czasie współpracy Dietera Moebiusa i Hansa-Joachima Roedeliusa z ojcem chrzestnym muzyki ambient Brianem Eno, pod szyldem ich drugiej formacji - Harmonia.
Albumem Sowiesoso w sposób oczywisty Cluster odchodzi od industrialnych, drone'owych i noise'wych klimatów z dwóch pierwszych albumów oraz zrytmizowanej muzyki bliskiej synthpopowi i rockowi elektronicznemu z albumu Zuckerzeit (1974).
Na Sowiesoso dominują ambientowe przestrzenie, często w klimatach wszechobecnej melancholii. Ponownie brak jest praktycznie sekcji rytmicznej, co stanowi zdecydowane przeciwieństwo mocno zrytmizowanej poprzedniej płyty zespołu.
Już na otwarcie albumu zespół nie pozostawia złudzeń; tytułowy utwór Sowiesoso składa się z lekkiego pulsu sewkwencera, ambientowych, atmosferycznych przestrzeni, uzupełnionych o gitarowe zagrywki oraz klimat jesiennej melancholii.
Kompozycja Halwa z kolei, emanuje ciepłem; partie gitarowe o orientalnym zabarwieniu uzupełniają się z równie zabarwioną orientem syntezatorową przestrzenią, na którą w dalszej fazie nakłada się organowe tło. Utwór dopełnia co jakiś czas pojedynczy perkusyjny werbel.
Dem Wanderer z charakterystycznie wysuwającym się na pierwszy plan pojedynczym sekwencerowym pulsem otwierają syntezatorowe zagrywki, potem kompozycja przechodzi w psychodeliczną organową przestrzeń w stylu Pink Floyd, uzupełnioną o syntetyczne efekty przypominające ćwierkanie ptaków, bardzo podobne do tych, które można usłyszeć w soundtracku Cabaret Voltaire - Taxi Music, wykorzystanym w filmie Johnny Yes No (reż. Peter Care, 1981). Zresztą, we wczesnej twórczości Cabaret Voltaire często jest słychać inspiracje utworem Dem Wanderer.
Umleitung rozpoczyna ciężki i kołyszący, choć nieco stłumiony puls sekwencera oraz oparte na nim partie fortepianu powtarzające ciągle ten sam wątek muzyczny; z czasem na ten muzyczny kolaż nakładają się dźwięki plemiennych rytmów wszelkich instrumentów perkusyjnych i szamańskich śpiewów.
Zum Wohl, to znowu powrót do jesiennej melacholii. Partie elektrycznego pianina, syntetyczne ćwierkanie czy pojawiający się co jakiś czas syntezatorowy puls uzupełniają tło ambientowej przestrzeni.
Es War Einmal z kolei stanowi swoiste przeciwieństwo poprzedniego utworu; na pierwszym planie pojawiają się tu chwytliwe melodie na pianino elektryczne, dla których odległa, ambientowa przestrzeń staje się tłem. Nie brakuje tu też odległych syntezatorowych zagrywek.
Zamykający album In Ewigkeit charakteryzuje się potężnymi wejściami fortepianu, między które wpleciony jest chwytliwy, syntezatorowy motyw, co daje do zrozumienia fakt posiadania talentu przez muzyków Cluster do komponowania całkiem przyswajalnych i przyjemnych melodii. Numer uzupełniony jest o wysokie i przeciągłe syntetyczne dźwięki przypominające theremin, odległe i chłodne ambientowe tło oraz bardzo subtelną i powolną sekcję rytmiczną - zaledwie jedno uderzenie na sekundę automatu perkusyjnego. To jedyna kompozycja albumu ze standardową sekcją rytmiczną.
Album Sowiesoso, będący już klasyką krautrocka i lat 70, stanowi dziś prawdziwy kamień milowy ambientu.
Album docenili zarówno krytycy jak i muzycy. Dziennikarz muzyczny Russ Curry pisał o nim, jako o doskonałej kolaboracji elektronicznych dźwięków z duchowym ciepłem, zaś słynnym muzyk rockowy Julian Cope zaliczył album do swojego top 50 ulubionych płyt muzycznych.


Sławnikowice/Zgorzelec 17:10 - wydany jesienią 2014 roku debiutancki album formacji Administratorr Electro, założonej rok wcześniej przez frontmana, wokalistę i gitarzystę zespołu Administratorr wywodzącego się z nurtu indie-rocka, Bartka Marmola, który od dziecka fascynował się muzyką elektroniczną; fascynacja ta miała swoje źródła w trakcie przypadkowo usłyszanego przez Bartka Marmola albumu Depeche Mode - Violator w 1990 roku. I w końcu tę fascynację artysta postanowił urzeczywistnić powołując do życia w 2013 siostrzaną formację mającego już na koncie dwa albumy indie-rockowego Administratorra - Administratorr Electro z odpowiednio dobranymi muzykami, znanymi ze współpracy w Kometach Pawłem Kowalskim i Markiem Veithem, którzy uzupełnili skład.
Stawiając na brzmienia syntezatorowe Administratorr Electro nie odciął się całkowicie od indie-rockowych korzeni, które w połączeniu z elektroniką są wyraźnie słyszalne na debiutanckim albumie. Teksty zaś, często są pełne sarkazmu, poczucia humoru, dystansu do siebie czy wręcz autoironiczne; najczęściej są retrostpektywne, nawiązujące do czasów młodości wokalisty, utrzymane w raczej punkowym duchu, zaś sam śpiew przesiąknięty jest wpływem polskich postpunkowych wykonawców połowy lat 90 - nie bez przyczyny zresztą, bowiem piosenki powstawały w latach 90, które wówczas musiały wywrzeć niemały wpływ na Bartosza Marmola.
Administratorr Electro, mimo, że muzykę oparł głównie na brzmieniach syntezatorów, wcale nie zrezygnował z gitar (przynajmniej jeszcze nie na pierwszym albumie, choć proces ograniczania roli gitar nabierze wyrazu już na następnym albumie), a znacznie je ograniczył; zabieg ten, wraz z wpływami punkowymi i indie-rockowymi sprawił, że w muzyce zespołu, niemal na całym albumie dominuje styl mocno przypominający klimatem dokonania New Order.
Nie bez znaczenia jest także tytuł płyty: „Sławnikowice/Zgorzelec 17:10”, nawiązujący do historii z młodości wokalisty, porzucającego swoją niewielką rodzinną miejscowość Sławnikowice, kierując się ostatnim autobusem odjeżdżającym z rodzinnego miasta o 17:10 do Zgorzelca, gdzie potem przyszły muzyk podjął pracę jako administrator nieruchomości, skąd zresztą zaczerpnął nazwę dla swoich zespołów.
Album otwiera dość pesymistyczny, wręcz oskarżycielski w wymowie Tango Corporacione, wyrzucający korporacjom wyzysk zwykłego człowieka, pozbawionego wolnego czasu, nie mającego czasu nawet na miłość. Numer odznacza się znakomitym gęstym basem i rytmem w stylu The Prodigy, elektronicznym pulsem oraz mocno stłumionym riffem gitary.
Weź Się Ubierz, całkowicie pozbawiona gitary, oparta wyłącznie na ejtisowym beacie automatu perkusyjnego, pulsie sekwencera i chłodnym brzmieniu syntezatorów, kompozycja zdecydowanie nawiązuje do stylistyki lat 80; utwór przypomina syntezatorowe oblicze New Order i można go zaliczyć do stylu electro-clash. Jest to zapowiedź klimatów z następnej płyty Administratorr Electro.
Synthpopowa ballada Zgorzelecka, o niespełnionej miłości, wypełniona jest gorzkim klimatem melancholii, chłodną, analogową syntezatorową przestrzenią i zagrywkami akustycznej gitary w tle.
Klimaty New Order odżywają w piosence Noc Na Klatce z twardą i stłumioną partią gitary oraz surowym brzmieniem elektroniki - choć pojawiają się też w refrenie futurystyczne zagrywki klawiszy w stylu Kraftwerk.
Demony Zimy, to piosenka o bardziej gitarowej oprawie, która jest powrotem do indie-rockowego oblicza Administratorra, choć nie brakuje tu zimnofalowego ducha Joy Division.
Rozmowy z Władzą, to niezwykle humorystyczna opowiastka z perspektywy typowego polskiego pijaka zmagającego się nie tylko z chcącym wypisać mandat za picie alkoholu w miejscu publicznym policjantem, ale i beznadzieją codziennego życia - nie bez dużej dawki ironii. A wszystko w electro-bluesowej oprawie.
Tęsknotę za dawno utraconą miłością słychać w przepięknej balladzie z niesamowitym chwytem akustycznej gitary Król Łękocina. Słychać tu wpływy postpunkowych polskich kapel początków lat 90, takich jak Chłopcy Z Placu Broni czy Universe.
Dżdżownice, to wielce humorystyczne, przesycone niesamowitą ironią spojrzenie na historię z dzieciństwa. Kompozycja jest połączeniem piosenki w stylu polskiego postpunka z lat 90 z neworderowskim obliczem muzyki.
Wpływy New Order silnie odznaczają się w kolejnych utworach, począwszy od zimnofalowego, energicznego i synthrockowego S.A.D., z kolei Ostatni z Paczki (Na Sen), przypomina bardziej gitarowe oblicze New Order, choć nie brakuje tu chłodnych klawiszowych melodii, podobnie jak w numerze Idioci z kolejnym ironicznym i prześmiewczym tekstem - że jednak warto i dobrze być idiotą.
Miłość Podpalacza, to najbardziej utaneczniony moment całego albumu - i znowu kompozycja odnosi się do New Order, tym razem dyskotekowego oblicza tego kultowego zespołu.
Kolejną ironiczną retrospektywą dzieciństwa jest Tylko Nie W Szczepionkę. Utwór jest kolaboracją ejtisowego synthpopu z zagrywkami gitary akustycznej - także i tu nie trudno odnieść wrażenia muzycznych wpływów kultowego zespołu z Manchesteru.
Podniosła ballada W Chowanego Na Cmentarzu charakteryzuje się chłodnymi syntezatorowymi przestrzeniami w strofie i brudnymi indie-rockowymi riffami gitary w refrenie.
Album, jakby na ostateczne pożegnanie z indie-rockiem, kończy zaledwie półtoraminutowa, całkowicie indie-rockowa kompozycja Węglowodany, z jakże ironicznym kulinarnym tekstem.
Album Sławnikowice/Zgorzelec 17:10 jest początkiem nowego etapu w twórczości Bartka Marmola - o wiele ciekawszego i ambitniejszego, od poprzedniego. W muzyce Administratorr Electro jest jeszcze sporo odniesień do indie-rockowego Administratorra; album stanowi moment przejściowy między oboma „Administratorrami”. Zespół postawił nie na rewolucję, a na ewolucję. Następny już album Administratorr Electro - Ziemowit - wyraźnie zrywa z indie-rockową etykietą, zaś formacja wypracowuje sobie nowe - własne brzmienie i styl, charakterystyczne wyłącznie dla Administratorr Electro.
Entertainment Trough Pain

--------------------------------------------

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Depeche Gristle
Twardziel
Posty: 561
Rejestracja: 27 lip 2009, 17:36
Lokalizacja: Wrocław
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115110 autor: Depeche Gristle » 06 sie 2018, 23:52

The Human League - Credo, 2011;
*****
Style: new wave, synthpop, future pop, cold wave, electro
Obrazek


Credo - dziewiąty album studyjny legendy brytyjskiego synthpopu, formacji The Human League, która w ostatnich dwóch dekadach zdążyła przyzwyczaić już do niezbyt częstego wydawania płyt - w zasadzie tylko raz na dziesięć lat, w okrągłą rocznicę wydania ich największego płytowego sukcesu komercyjnego - Dare (1981). Tak było w przypadku albumu Secrets (2001), który ukazał się dwadzieścia lat po Dare, mimo popularności brzmień lat 80 (na topie byli w tym czasie wielcy wykonawcy synthpopowi lat 80 m.in. Depeche Mode, New Order, Pet Shop Boys czy A-ha), album poniósł komercyjną porażkę. Na kolejny krążek The Human League trzeba było czekać zatem do trzydziestolecia Dare.
Tytuł Credo, (z łaciny "wiara") frontman zespołu Philip Oakey zaczerpnął od swojego ulubionego albumu Roxy Music - ,,Manifesto" (1979), wierząc, iż album będzie prawdziwym manifestem wiary w możliwości brzmieniowe The Human League.
Album budził wielkie zainteresowanie fanów zespołu już na wiele lat przed jego premierą, bowiem zespół z wielką pompą wszedł do studia już w 2007 roku, zapowiadając nawiązanie do czasów swojej największej świetności. Ostatecznie album oficjalnie ukazał się nakładem wytwórni Wall of Sound 21 marca 2011 roku.
Pewne zaskoczenie przychodzi już na samo otwarcie albumu, bowiem pierwszy numer płyty Never Let Me Go śpiewany jest przez Susan Ann Sulley; Philip Oakey ogranicza się tu jedynie do chórków i wokaliz, choć utwór nie zaskakuje w zasadzie niczym odkrywczym; słychać tu ducha dawnego The Human League w retrospektywnym brzmieniu połączonym z ejtisową sekcją rytmiczną automatu perkusyjnego. I jedno tylko pozostaje bez zmian - fatalny wokal Susan Sulley, choć w tym przypadku śpiew podrasowany został inżynierią dźwiękową, co i tak nie zatarło złego wrażenia.
Night People prezentuje się już znacznie ciekawiej, nie tylko w związku z przejęciem przez Oakey'a roli pierwszego wokalisty. Kompozycja łączy bowiem brzmienia analogowej elektroniki i syntezatorowego pulsu z szybką, nowoczesną i utanecznioną sekcją rytmiczną.
Sky co prawda wyraźnie zwalnia obroty, ale utwór jest w całości w retrospektywnej oprawie, mocno nawiązującej stylem i brzmieniem do albumów Dare i Hysteria. Ten sam schemat zachowuje Into the Night, choć numer posiada bardziej marszowy rytm.
Egomaniac wyraźnie nawiązuje do klimatów Dare, choć nie brak tu współczesnych elementów brzmienia, z kolei w Single Minded słychać futurystyczno-analogowe dźwiękowe penetracje rejonów początków działalności zespołu i jego wczesnych albumów - Reproduction i Travelogue.
W Electric Shock słychać jest fascynacje twórczością Kraftwerk (motywy wyjęte z utworu Metropolis) oraz nurtem euro disco popularnym pod koniec lat 70. Utwór przypomina dokonania Space lub wczesnego Yellow Magic Orchestra w połączeniu z szybkim, mocno utanecznionym rytmem.
Get Together znowu powraca brzmieniem do klimatów z Dare i Hysteria, choć nie brakuje tu miejsca dla współczesnej elektroniki.
Privilege, to najlepszy moment albumu; nieprzypadkowo, bowiem utwór obdarzony jest ciężkim, mechanicznym beatem, zaś brzmieniem i stylem nawiązuje do Reproduction i Travelogue.
Breaking the Chains brzmieniowo i stylistycznie przypomina klimaty z albumu Hysteria, głównie za sprawą sampli funkowej gitary. Piosenka charakteryzuje się ponadto rozpowszechnionymi niegdyś przez Depeche Mode i Kraftwerk japońskimi motywami klawiszy i mocnym wpływem euro disco.
Na zamknięcie albumu zespół zapodaje numer całkowicie retrospektywny i ejtisowy - When the Stars Start to Shine, z szybkim postpunkowym rytmem automatu perkusyjnego i futurystycznym brzmieniem rodem z 1981 roku; utwór brzmi jakby był żywcem skomponowany specjalnie na Dare!
Album Credo wydaje się wyrażać głęboką nostalgię za czasami świetności The Human League z lat 1981-84. Bez wątpienia jest to solidny album, choć nie brakuje na nim słabych momentów, jak chociażby Never Let Me Go. Innym minusem płyty jest aż nadto usilne czy wręcz przesadne nawiązywanie klimatem, przede wszystkim do Dare.
Choć Credo wydaje się być najlepszym albumem The Human League w przeciągu dwudziestolecia 1990 - 2011, to jednak ciężko zestawić go obok największych dokonań zespołu z Dare i Hysteria na czele - a o dwóch pierwszych albumach The Human League nawet nie wspominając.
Credo spotkało się z mieszanymi opiniami krytyków, choć przeważały te pozytywne; album osiągnął minimalny sukces komercyjny, na pewno nie taki, na jaki liczyli muzycy zespołu, dla których srebrny certyfikat przyznany przez Independent Music Companies Association czy 44 miejsce brytyjskiej UK Albums Chart, stanowiły raczej rozczarowanie, toteż zapewne na kolejny album The Human League przyjdzie czekać do kolejnej okrągłej rocznicy wydania Dare - czyli do 2021 roku.
Entertainment Trough Pain

--------------------------------------------

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Depeche Gristle
Twardziel
Posty: 561
Rejestracja: 27 lip 2009, 17:36
Lokalizacja: Wrocław
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115126 autor: Depeche Gristle » 20 sie 2018, 22:10

The Buggles - The Age Of Plastic, 1980;
*****
Style: new wave, synthpop, cold wave, synthrock, postpunk, glam rock,
disco, future pop

Obrazek


The Age of Plastic - debiutancki album brytyjskiej formacji The Buggles, założonej w 1977 roku w południowo londyńskiej dzielnicy Wimbledon przez trzech muzyków - Trevora Horna, Geoffa Downesa oraz wokalistę Bruce'a Woolley'ego - zainspirowanych w głównej mierze twórczością Electric Light Orchestra, 10cc i Kraftwerk. Zespół szybko opuścił Bruce Woolley zakładając własną formację The Camera Club, wobec czego wokalne obowiązki przyjął na siebie Trevor Horn.
Album powstawał w 1979 roku w Londynie, zaś muzycy dysponowali całkiem pokaźnym budżetem 60000 funtów, dzięki czemu mogli zastosować szereg nowinek technicznych i inżynieryjnych.
Głównym motywem albumu był temat stawienia czoła rzeczywistości przez plastikowy popowy zespół działający w plastikowej i futurystycznej erze nadchodzących lat 80, stąd też wywodzi się tytuł płyty - The Age of Plastic.
Album miał swoją premierę 10 stycznia 1980 roku, choć po raz pierwszy szerokiej publiczności został zaprezentowany przez angielskie stacje radiowe już 31 grudnia 1979.
Album otwiera singlowy numer Living in the Plastic Age w klimacie łączącym pop lat 60, klasyczne disco lat 70 i zimnofalowy synthpop lat 80. Utwór opowiada o powszednieniu w erze plastikowego życia codziennych newsów telewizyjnych i prasowych dotyczących wojny w Wietnamie.
Kolejny singiel, utrzymany w podobnej stylistyce co singiel otwierający album, Video Killed the Radio Star, stał się największym przebojem The Buggles i jednym z pierwszych hitów brytyjskiego synthpopu. Kompozycja utrzymana w radosnej tonacji, z przetworzonym "radiowym" wokalem Trevora Horna i cukierkowymi kobiecymi wokalami w wykonaniu Debi Doss i Lindy Jardim w refrenie, szybko stała się wizerunkiem grupy i rozpoczęła modę na synthpop w latach 80. Chyba nie ma stacji radiowej, która nie grałaby tego przeboju zapewniającemu światową sławę The Buggles, choć, jak na ironię, przyczyniającemu się również do zguby formacji. Dodatkowo utwór został unieśmiertelniony przez amerykańską stację MTV, która 1 sierpnia 1981 roku zaczęła nadawanie właśnie teledyskiem Video Killed the Radio Star.
Glamrockowy i zimnofalowy numer Kid Dynamo z wpływami twórczości Davida Bowiego, przypomina również wczesne dokonania Ultravox z Johnem Foxxem w składzie. Wyraźnie jest tu słychać echa i inspiracje dla przyszłych dokonań polskiego zespołu synthpopowego Klincz.
Synthpopowy I Love You (Miss Robot) przypomina z kolei klimaty Ultravox lat 80; nawet pełen melancholii wokal Trevora Horna jakby nawiązuje do stylu śpiewania Midge'a Ure'a. W refrenie uwagę budzą vocoderowe partie wokalne w stylu Kraftwerk.
Kolejny z singlowych numerów, postpunkowy, przypominający wczesny Ultravox z lat 70 Clean, Clean z chwytliwą i przebojową zagrywką klawiszy budzi skojarzenia z przyszłymi postpunkowymi rejonami twórczości The Cure i New Order.
Czwarty z singlowych utworów, Elstree, zdominowany jest przez styl disco z wyraźnie wyczuwalnym wpływem Abby.
Astroboy (And the Proles on Parade), to spokojna i nastrojowa synthpopowa ballada zapowiadająca erę new romantic, z kolei zimnofalowy Johnny on the Monorail jest jakby zapowiedzią postpunkowego oblicza Ultravox lat 80.
Kompaktowe wznowienie albumu zawiera utwory dodatkowe; pierwszym z nich jest instrumentalny Island, łączący elektroniczne przestrzenie ze stylem reggae; kompozycja bardzo przypomina podobne dokonania Can.
Technopop z futurystycznymi partiami klawiszy nawiązującymi brzmieniowo do Vox Continental, jak żywo przypomina stylem OMD.
Całość kończy wczesna wersja Johnny on the Monorail (A very different version) w bardziej postpunkowym wydaniu.
The Age of Plastic okazał się wielkim sukcesem komercyjnym, zarówno jako album, zajmując czołowe lokaty na europejskich listach przebojów, jak i pod względem singli, a w szczególności Video Killed the Radio Star, który stał się numerem jeden w Wielkiej Brytanii, Australii, Austrii i w krajach skandynawskich.
Sukces albumu sprawił, że muzycy The Buggles dostali propozycję dołączenia do legendarnej progresywnej formacji Yes, którą właśnie wstrząsnęło odejście dwóch czołowych muzyków - Ricka Wakemana i Jona Andersona - których miejsce zajęli właśnie Trevor Horn i Geoffrey Downes, i z nimi w składzie Yes nagrał album Drama. Posunięcie to okazało się jednak błędem, bowiem mimo wysokiego poziomu albumu i świetnych recenzji krytyków, w zespole pojawiły się nieporozumienia; Horn i Downes już po jednym nagranym albumie dla Yes musieli opuścić zespół, co też niekorzystnie odbiło się na dalszych losach The Buggles, z którym muzycy nagrali album Adventures in Modern Recording (1981) i, być może także pod ciężarem wielkiego sukcesu The Age of Plastic i Video Killed the Radio Star, album nie odniósł spodziewanego sukcesu komercyjnego, chociaż krążek został doceniony w USA, docierając do 7 miejsca US Bubbling Under Rock Albums amerykańskiego Billboardu.
W rezultacie The Buggles został rozwiązany w 1982 roku, stając się formacją, do której przylgnęła etykietka "zespołu jednego przeboju".
Trevor Horn i Geoffrey Downes kontynuowali z powodzeniem działalność w progresywnym zespole Asia; Trevor Horn ponadto dał się poznać jako muzyk industrialnego zespołu The Art. Of Noise oraz w roli cenionego producenta muzycznego.
Entertainment Trough Pain

--------------------------------------------

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Depeche Gristle
Twardziel
Posty: 561
Rejestracja: 27 lip 2009, 17:36
Lokalizacja: Wrocław
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115166 autor: Depeche Gristle » 27 sie 2018, 23:17

Wrangler - White Glue, 2016;
******
Style: new wave, synthpop, industrial, cold wave, future pop, ebm, minimal,
house, electro, trip-hop, experimental

Obrazek

Coil - The Ape Of Naples, 2004;
******
Style: new wave, rock psychodeliczny, cold wave, art rock, dark wave,
noise, rock industrialny, rock elektroniczny, synthpop, trip-hop, experimental, ambient

Obrazek


White Glue - drugi album tria z Sheffield Wrangler, tworzonego przez znanego ze współpracy z Johnem Foxxem pod szyldem John Foxx and the Maths Benge (Bena Edwardsa), Phila Wintera i byłego wokalistę legendarnej industrialnej formacji Cabaret Voltaire Stephena Mallindera.
Debiutancki album grupy, wydany w 2014 roku „LA Spark”, opierający się głównie na industrialnym stylu czerpiącym z twórczości Cabaret Voltaire, zdobył ogromną popularność i przychylne opinie krytyków, świetnie też sprawdzał się na koncertach, toteż muzycy postanowili rozwinąć koncepcje, które pojawiły się na debiutanckim krążku, wydając wiosną 2016 album „White Glue”.
Na rozpoczęcie albumu zespół prezentuje przesyconą acid-house'owym klimatem z przełomu lat 80 i 90 kompozycję Alpha Omega z wokalem przetworzonym przez vocoder oraz subtelną aurą przypominającą klimaty z albumu Cabaret Voltaire - „Groovy, Laidback And Nasty” (1990); nie brakuje tu też chwytliwych, retrospektywnych ejtisowych motywów klawiszy.
Klimatem lat 80 przesiąknięty jest Stupid, klasycznie synthpopowy utwór, z wokalem Mallindera o soulowym zabarwieniu; piosenka odbiega raczej od klimatu Cabaret Voltaire, przypominając nieco bardziej dokonania Kraftwerk. Numer ponadto ukoronowany został efektownym teledyskiem.
Synthpopowy Clockwork oscyluje pomiędzy zimnofalowymi klimatami Gary'ego Numana, a futurystycznym synthpopem wczesnego The Human League. Tło stanowią tu świdrujący puls i psychodeliczna przestrzeń w stylu elektroniki lat 70. Całość uzupełnia szorstko brzmiąca deklamacja Mallindera.
Dirty, z rwanymi riffami gitary w gościnnym wykonaniu Julie Capmbell, powraca w industrialne rejony Cabaret Voltaire rodem z płyty The Covenant, The Sword, and the Arm of the Lord (1985). Oprócz wspomnianych gitarowych riffów, utwór charakteryzuje się marszowym tempem, potężnym industrialnym pulsem, sekwencerową wibracją, kolażami analogowego brzmienia w tle i posępnym bluesowym wokalem Mallindera.
Stop, z trip-hopowym rytmem w stylu Depeche Mode z albumu Exciter, utrzymany jest w minimalistycznej formie brzmieniowej, wypełnionej wibrującymi pulsami elektronicznymi, przywołującymi na myśl klimaty z albumu Cabaret Voltaire - Micro-Phonies (1984) oraz basowymi elementami house'u znanymi z albumu Body And Soul (1991), zaś wokal Mallindera nabiera charakterystycznego dla niego wyrazu nieprzejednanego chłodu.
Real Life w morderczym tempie electro-clashu przypominającym dokonania D.A.F., charakteryzuje się silnym i nieprzerwanym industrialnym pulsem, chłodnym syntezatorowym tłem i mocno przetworzonym śpiewem Mallindera.
Synthpopwo-minimalistyczny, zimnofalowy Days balansuje w przedziałach, od współczesnych dokonań Depeche Mode i Yello, po klimaty Coil i Clock DVA. Wokal Mallindera nabiera tu dość ponurego charakteru.
Superset jest klasycznie synthpopowym numerem łączącym retrospektywę lat 80, przede wszystkim w sekcji rytmicznej, nawiązującej do stylu Cabaret Voltaire lat 80, ze współczesnym brzmieniem elektroniki, w której słychać zarówno ducha Cabaret Voltaire lat 90, jak i wpływy Front Line Assembly czy Skinny Puppy. Wokal jest tu praktycznie szeptany, co jest dość charakterystycznym elementem dla twórczości wczesnego Cabaret Voltaire.
Album kończy, będący jakby w opozycji do całości Colliding, spokojny lecz minimalistyczny utwór z subtelnym beatem sekcji rytmicznej, delikatnym transowym pulsem sekwencera, zagrywkami klawiszy przypominającymi wczesne analogowe syntezatory z lat 60 i 70 oraz przetworzonym przez vocoder wokalem, powtarzającym stale jedną frazę. Kompozycję kończy ciekawe, dramatyczne spowolnienie w duchu krautrocka.
White Glue (którego współproducentem, podobnie jak w przypadku LA Spark, jest związany niegdyś z Depeche Mode Steve Malins) wykracza znacznie dalej aniżeli LA Spark, penetrując o wiele większe rejony elektroniki, choć album jednocześnie w dalszym ciągu pozostaje pod ogromnym wpływem twórczości Cabaret Voltaire. Zresztą - biorąc pod uwagę osobę wokalisty - White Glue mógłby śmiało być albumem Cabaret Voltaire - i to nawet jednym z lepszych w dorobku zespołu.
Niemniej White Glue udowadnia dojrzałość muzyków tworzących Wrangler, co też dobrze rokuje na dalszą przyszłość twórczości zespołu.


The Ape Of Naples - ostatni album Coil wydany przed rozwiązaniem legendarnej awangardowej formacji. Jest to będąca swoistym pożegnaniem kompilacja wybranej twórczości Coil z lat 1993 - 2004, a zarazem jest to ostatni album nagrywany za życia wokalisty Jhonna Balance'a, który zmarł 13 listopada 2004 roku, na skutek wypadku spowodowanego upojeniem alkoholowym. Album, który początkowo miał nosić tytuł Fire of the Mind, ostatecznie ukazał się ponad rok później - 2 grudnia 2005.
Specjalnie dobrany na to wydawnictwo zestaw kompozycji otwiera początkowo mająca być tytułowym utworem płyty Fire Of The Mind, szamańska pieśń, pełna bólu w wokalu i w tekście, w którym pojawiają się mocne metafory: "Anioły są bestiami, ludzie są zwierzętami / Im bardziej czarne słońce, im ciemniejszy świt" czy wreszcie wyjątkowo ponure pytanie: "Czy śmierć przychodzi sama czy z gorliwą pomocą?" A wszystko na tle podniosłego syntezatorowego brzmienia analogowego na miarę kościelnych organów oraz chłodnej i odległej przestrzeni i delikatnej plemiennej rytmiki.
Ponad 10-minutowy The Last Amethyst Deceiver oparty jest na chłodnych i wibrujących partiach syntezatorowych wprowadzających w stan ewidentnej hipnozy. Ponury wokal Balance'a przywołuje niekiedy ducha Iana Curtisa.
Tattooed Man, wykonywana dotąd wyłącznie na żywo pieśń, doczekała się wersji studyjnej. Neofolkowa kompozycja przypomina stylem miejski folklor z wyjątkowo smutną, jak wokal Balance'a, partią akordeonu na pierwszym planie oraz linią przeciągłych dud w tle.
Triple Sun utrzymany jest w klimacie psychodeli, z chłodnymi motywami klawiszy, mocnym pulsem basu, partiami marimby i przytłumionymi riffami gitarowymi. Wokal tym razem jest mocno stłumiony, słyszany jakby przez niedostrojony radioodbiornik.
It's In My Blood jest kolaboracją rocka industrialnego z psychodelicznym, w posępnym i powolnym rytmie, z licznymi syntezatorowymi zgrzytami, orkiestrowo-filmową, jak u Hitchcocka, przestrzenią i przeraźliwymi, wręcz opętańczymi krzykami Jhonna Balance'a.
Instrumentalny I Don't Get It jest utrzymany w duchu ambientu i krautrocka rodem z twórczości Cluster drugiej połowy lat 70; syntezatorowe ścieżki współgrają tu z partiami fortepianu, zaś na uwagę zasługuje niesamowita partia saksofonu. W utwór wkomponowano ponadto sample przetworzonych odgłosów zarówno ludzkich, jak i zwierzęcych.
Jedyny w zestawieniu numer w dynamicznym tempie czy wręcz o przebojowym charakterze, o ile można tak rzec w kontekście Coil, Heaven's Blade, łączy klimat synthpopu, industrialu i cold wave. Synthpopowa chłodna aura, industrialny puls, trip-hopowy, choć przyśpieszony rytm i zmysłowy wokal Balance'a o podtekście erotycznym, wszystko to sprawia, że na moment album odchodzi od klimatu smutku i przygnębienia, zaś utwór przypomina klimaty zaczerpnięte z twórczości Depeche Mode z albumu Exciter.
Cold Cell jest pieśnią o wymiarze sakralnym, dość powiedzieć że kończącą się słowem "Amen", w której Balance śpiewa jak prawdziwy kaznodzieja na tle muzyki opartej o bas i chłodną syntezatorową przestrzeń w klimacie rodem z Twin Peaks.
Teenage Lightning 2005 oparty jest na syntezatorowym pulsie, dusznej przestrzeni, rozedrganej marimbie, odległych partiach fortepianu i psychodelicznym klimacie. Nawet lekko przetworzony wokal Balance'a wydaje się być zawieszony gdzieś wysoko w tej przestrzeni. Utwór dość niespodziewanie kończy interlude z wybuchem szczerego i nieskrępowanego śmiechu Jhonna Balance'a. Amber Rain wypełniony jest z kolei pełną melancholii, lekko wirującą melodią na tle partii saksofonu i harmonijki ustnej. Pełen smutku i melancholii jest również wokal.
Zamykający całość Going Up jest de facto przeróbką pochodzącej z programu telewizyjnego produkcji BBC, "Are You Being Served?" piosenki o tym samym tytule, w której wykorzystano słowa Balance'a wypowiedziane podczas ostatniego występu na żywo, na Electronic Arts Festival w 2004 roku. Utwór, pełnym dramaturgii falsetem gościnnie śpiewa François Testory na tle melodii składającej się z podniosłych partii smyków i wiolonczeli oraz delikatnie wibrującej marimby, tworząc prawdziwe epitafium w obliczu ludzkiego końca i odwiecznemu pytaniu: "co jest tam, po drugiej stronie?" Idealne zwieńczenie albumu pełnego smutku i przygnębienia, podejmującego zadaniu pożegnania się z fanami. Aurze przygnębienia potęguje w dodatku umieszczenie we wnętrzu wkładki płyty zdjęcia przerażającego martwego oblicza Jhonna Balance'a - artysty od lat zmagającego się z demonami uzależnienia od alkoholu i narkotyków, zmagającego się z ciężką depresją, co w ostateczności doprowadziło go do tragicznej śmierci.
Entertainment Trough Pain

--------------------------------------------

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Depeche Gristle
Twardziel
Posty: 561
Rejestracja: 27 lip 2009, 17:36
Lokalizacja: Wrocław
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115215 autor: Depeche Gristle » 10 wrz 2018, 22:06

The Beloved - Conscience, 1993;
*****
Style: new wave, electro pop, synthpop, house, cold wave, soul, rock elektroniczny, dark wave, trip-hop, funk
Obrazek


Conscience - album brytyjskiej formacji synthpopowej The Beloved, którego premiera miała miejsce 8 lutego 1993 - roku wyjątkowego, bowiem 1993 rok, będący szczytem popularności nurtu Grunge i tandetnego Euro Dance, zaowocował kultowymi wydawnictwami gwiazd synthpopu lat 80, takimi jak Songs Of Faith And Devotion, będący do tej pory najlepszym albumem Depeche Mode; Pet Shop Boys wydali swój najbardziej hitowy album Very, z kolei New Order i OMD zaprezentowali może i nie największe dzieła w swoim dorobku, ale za to albumy zawierające ich największe przeboje, odpowiednio: Republic i Liberator.
The Beloved, jako przedstawiciel sceny synthpopowej w latach 80 nie odniósł sukcesu komercyjnego, jednak zespół, po przetasowaniach personalnych, na przełomie lat 80 i 90, sięgnął po przybyły z USA nurt Acid House, który w szybkim czasie zdobył ogromną popularność w Europie, co też okazało się strzałem w dziesiątkę; wydany w 1990 roku album Happiness, łączący synthpop z acid house'em, przyniósł grupie sukces komercyjny, do tego stopnia, że muzycy rok później postanowili nagrać remix-album zawierający remixy utworów z Happiness - Blissed Out, po którym z kolei z zespołu postanowił odejść klawiszowiec i gitarzysta Steve Waddington, co jednak nie wpłynęło negatywnie na dalszą działalność The Beloved, bowiem wokalista formacji Jon Marsh dokooptował do składu swoją żonę Helenę Marsh. Ponadto nawiązano współpracę z całą rzeszą muzyków sesyjnych, m.in. z saksofonistą Nigelem Hitchcockiem (mającym za sobą współpracę m.in. z Joe Cockerem, Rayem Charlesem, Cher, Tomem Jonesem, Kate Bush czy Moody Blues), kompozytorem muzyki filmowej Edwardem Shearmurem, gitarzystą Neilem Taylorem (współpracującym m.in. z Tears for Fears, Holly Johnsonem, Tiną Turner, Morrissey, Propaganda) czy też ze skrzypkiem Gavynem Wrightem. Wokalnie w chórkach Jona Marsha wspomogły legendarne brytyjskie soulowe wokalistki Linda Lewis oraz Sylvia Mason-James. Taki dobór współpracowników, plus łączenie popu z będącym na fali wznoszącej w pierwszej połowie lat 90 acid house'em musiał przynieść The Beloved sukces komercyjny - i przyniósł.
Conscience rozpoczyna się od raczej spokojnych i łagodnych klimatów, i z czasem album rozkręca się, nabierając dynamiki, ale po kolei.
Rozpoczynający album Spirit może sugerować, iż zespół pójdzie w kierunku z lekka melancholijnych, nastrojowych ballad, bowiem kompozycja utrzymana jest w popowo-soulowym klimacie z elementami popu lat 60 i z trip-hopową sekcją rytmiczną, jednakże wzrost dynamiki następuje wraz z następnym utworem, synthpopowym Sweet Harmony, muzycznie nawiązującym do synthpopu lat 80, choć również przypominającym dokonania Pet Shop Boys lat 90. Jako singiel utwór ukazał się już w 1992 roku, przynosząc zespołowi ogromny sukces komercyjny, docierając do 8 miejsca listy przebojów w Wlk. Brytanii. Utwór szturmował czołowe lokaty wielu światowych list przebojów, stając się wizytówką The Beloved, do tego stopnia, że nawet radiowi słuchacze nie kojarzący zbytnio twórczości The Beloved, od razu kojarzą formację z tym przebojem, granym chyba przez niemal każdą stację radiową na świecie, zaś kontrowersyjny teledysk zna praktycznie każdy widz MTV czy VIVA. Sukces komercyjny singla sprawił, iż nieco w cieniu znalazła się pozostała, bardzo ciekawa twórczość The Beloved.
Kolejny z singli, Outerspace Girl, również okazał się przebojem światowych list przebojów, choć już na mniejszą skalę, niż Sweet Harmony. Numer, który ewidentnie już rozkręca swą dynamiką album, utrzymany jest w stylistyce synthpopu z rytmiką acid-house'ową z przełomu lat 80 i 90.
Jednym z najmocniejszych momentów albumu jest z pewnością Lose Yourself in Me, uderzający w bardziej mroczne i chłodne rejony elektroniki, choć sekcja rytmiczna pozostaje house'owa, kompozycja przypomina klimat Depeche Mode z albumu Violator. Nawet Jon Marsh popisuje się tu nietypowym jak dla siebie barytonem w stylu Dave'a Gahana z Depeche Mode. Na uwagę zasługują również partie skrzypiec pełniące rolę solówek gitarowych.
Paradise Found kontynuuje house'owo-taneczną linię muzyki; utwór jest przykładem klasycznego house'u, w którym pojawiają się niespodzianki w postaci klimatu psychodeli lat 60 z brzmieniem Hammonda na czele czy rozległe syntezatorowe przestrzenie.
Chwilę oddechu od szybkiego tempa gwarantuje singlowy You've Got Me Thinking, o spokojnym rytmie i ciepłym w wiosennym klimacie electro-popowo-soulowym z akompaniamentem gitary akustycznej.
Kolejny z singlowych numerów, Celebrate Your Life, jest połączeniem synthpopu i chłodnej elektroniki z trip-hopową sekcją rytmiczną. Piosenka zawiera również gitarowe ozdobniki.
Kolejne dwa utwory przypominają nieco stylistykę Pet Shop Boys lat 90, odpowiednio: Rock to the Rhythm of Love (wydany na singlu jedynie w USA) utrzymany w klasycznie popowo-house'owym wydaniu, zaś w Let the Music Take You, z funkową gitarą w tle, słychać nawiązania do stylów disco i soulu lat 70.
1000 Years from Today w acid-house'owym tempie, wyrazistymi partiami fortepianu, funkowymi gitarowymi ozdobnikami i klimatem melancholii przypomina przebój The Beloved -The Sun Rising - z płyty Happiness.
Prawdziwą wisienką na torcie pozostaje jednak kompozycja kończąca album - Dream On, zupełnie różniąca się od reszty albumu; utwór jest bowiem utrzymany w klimacie rocka elektronicznego, o mocno psychodelicznym wymiarze z pogranicza jawy i snu, z pulsującą chłodem i mrokiem elektroniką, transową sekcją basu, przeciągłymi riffami gitarowymi, odległymi szamańskimi zaśpiewami, szeptanym wokalem, i marszową sekcją rytmiczną. Kompozycję kończy interlude będące wstecznym odtworzeniem muzyki utworu. To zdecydowanie najlepszy utwór całego albumu, będący jego idealnym zakończeniem. Co więcej, Dream On, ze swoim mrocznym klimatem, równie dobrze mógłby być utworem Depeche Mode i znaleźć się na albumie Songs Of Faith And Devotion!
Album Conscience okazał się największym płytowym sukcesem komercyjnym The Beloved; płyta dotarła do drugiego miejsca UK Albums Chart, jednakże ów sukces okazał się na tyle przytłaczający dla zespołu, iż pod jego wpływem, a w szczególności pod wpływem sukcesu singla Sweet Harmony, nie potrafił już później powtórzyć podobnego wyczynu. Następny album The Beloved - X, który ukazał się w 1996 roku, mimo przebojowości i wysokiego poziomu muzycznego, nie cieszył się już taką popularnością, zaś The Beloved został zapamiętany przede wszystkim jako odtwórca megahitu Sweet Harmony.
Entertainment Trough Pain

--------------------------------------------

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Sublime
Stary wyga
Posty: 465
Rejestracja: 16 lis 2013, 19:44
Lokalizacja: Wałbrzych
Jestem muzykiem: Nie wiem
Ulubieni wykonawcy: Depeche Mode, Tangerine Dream, Boards Of Canada, Autechre, Arcane
Płeć: Mężczyzna - Mężczyzna
Status: Offline

Post #115223 autor: Sublime » 14 wrz 2018, 19:27

Depeche Gristle pisze:(...)Prawdziwą wisienką na torcie pozostaje jednak kompozycja kończąca album - Dream On, zupełnie różniąca się od reszty albumu; utwór jest bowiem utrzymany w klimacie rocka elektronicznego, o mocno psychodelicznym wymiarze z pogranicza jawy i snu, z pulsującą chłodem i mrokiem elektroniką, transową sekcją basu, przeciągłymi riffami gitarowymi, odległymi szamańskimi zaśpiewami, szeptanym wokalem, i marszową sekcją rytmiczną. Kompozycję kończy interlude będące wstecznym odtworzeniem muzyki utworu. To zdecydowanie najlepszy utwór całego albumu, będący jego idealnym zakończeniem. Co więcej, Dream On, ze swoim mrocznym klimatem, równie dobrze mógłby być utworem Depeche Mode i znaleźć się na albumie Songs Of Faith And Devotion! (...)


No nie przesadzajmy, na SOFAD mamy zdecydowanie wyraźniej zaakcentowany rockowy influence. Tutaj co najwyżej możemy mówić o jakimś dość średniawym kolażu synthpopu, house'u i new age - z tymi zaśpiewami, harfami, dość oszczędnym aranżem ciężko mówić o obecności na maxisinglach DM z tego okresu, a co dopiero na regularnym długograju... Bliżej tu jakichś psybientowych składanek niż płyty zahaczającej o rocka.
Sublime

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Belmondo
Habitué
Posty: 5733
Rejestracja: 10 maja 2004, 12:59
Lokalizacja: W-wa
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115232 autor: Belmondo » 15 wrz 2018, 15:37

O rany jak ja zapomnialem o tej grupie :handup:

Zgadzam sie z DG, Dream On spokojnie moglby trafic na w/w plytke DM, tyle ze z nieco innym wokalista. Natomiast klimatem DG wychwycil podobienstwa idealnie.
Let us be thankful we have commerce. Buy more. Buy more now. Buy. And be happy

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Sublime
Stary wyga
Posty: 465
Rejestracja: 16 lis 2013, 19:44
Lokalizacja: Wałbrzych
Jestem muzykiem: Nie wiem
Ulubieni wykonawcy: Depeche Mode, Tangerine Dream, Boards Of Canada, Autechre, Arcane
Płeć: Mężczyzna - Mężczyzna
Status: Offline

Post #115237 autor: Sublime » 15 wrz 2018, 20:28

Gdyby DM grali muzykę bardziej przypominającą jakieś dożynki na SOFAD, to kto wie, może rzeczywiście :rofl:

No to jest absolutnie absurdalne porównanie, szczególnie, gdybyśmy mieli tutaj przytaczać historię zespołu i role poszczególnych członków w tamtym okresie. To i tak ma mniejsze znaczenie w porównaniu z tym, że Depeche Mode na żadnej płycie nie zbliżyli się do tego dość tandetnego i "psychodelicznego" muzaka w takim stylu.
Sublime

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Belmondo
Habitué
Posty: 5733
Rejestracja: 10 maja 2004, 12:59
Lokalizacja: W-wa
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115239 autor: Belmondo » 15 wrz 2018, 21:52

A co ma rola czlonkow do tej onkretnej muzyki?
Ja tam nie slysze zadnych dozynek, pomijajac to, ze caly ten brytyjski synthpop i to co wokol niego bylo nieco jarmarczne.

Przeciez oni wszyscy czerpali z tych samych zrodel, spotykali sie w tych samych knajpach, niektorzy byli przyjaciolmi, uzywali tych samych instrumentow, ich producenci nagrywali w tych samych studiach, a efektem bylo to, ze wszystko bylo do siebie podobne i gdyby nie wokalisci mozna by spokojnie wymieniac plyty utworami. To co odroznialo DM to oczywiscie wokal i nieco wieksza dyscyplina aranzacyjna.
Akurat DG ma trafne, ale tez nie banalne spostrzezenia. Ja bym na pewno nie pomyslal o tej plytce DM w pierwszej kolejnosci sluchajac Dream On, ale o DM juz tak. Niemniej uwazam, ze porownanie jest mimo wszystko trafione. Wiecej podobienstw niz roznic, natomiast sila rzeczy inne wykonawstwo.
Let us be thankful we have commerce. Buy more. Buy more now. Buy. And be happy

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Sublime
Stary wyga
Posty: 465
Rejestracja: 16 lis 2013, 19:44
Lokalizacja: Wałbrzych
Jestem muzykiem: Nie wiem
Ulubieni wykonawcy: Depeche Mode, Tangerine Dream, Boards Of Canada, Autechre, Arcane
Płeć: Mężczyzna - Mężczyzna
Status: Offline

Post #115242 autor: Sublime » 15 wrz 2018, 22:33

Wilder mający spory wpływ na produkcję w Depeche Mode w tamtym czasie potrafił wciskać triphopowe patenty na płytę mimo tego, że była silna presja na bardziej rockową płytę. Trudno o bardziej adekwatny przykład w tym kontekście.

No niby przyjaciele, a jednak DM od pewnego momentu przestali tworzyć w UK, a co dopiero mieszkać w UK... SOFAD był chociażby nagrany w pewnym momencie w Madrycie, a wokalista szukał wrażeń w Stanach.

Naprawdę, różnica brzmieniowa na płaszczyźnie The Beloved i Depeche Mode w 1993 roku jest ogromna. Ci pierwsi proponują nam dość odtwórczy synthpop przypudrowany klubową estetyką, newage'owym kiczem, a ci drudzy podają nam okołorockową płytę z triphopowym wpływem (mamy tam momenty bardziej rockowe, czy też nawet gospelowe czy symfoniczne). DG w co drugiej recenzji słyszy gdzieś wpływ Depeche Mode, więc właściwie mógłbym na to przymknąć oko, nie mniej jednak tak przesadzone porównania IMO są po prostu nieprawdziwe i dość drażniące. No może jeszcze nie prowokacyjne, ale...
Sublime

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Belmondo
Habitué
Posty: 5733
Rejestracja: 10 maja 2004, 12:59
Lokalizacja: W-wa
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115243 autor: Belmondo » 15 wrz 2018, 23:11

Sublime pisze:Naprawdę, różnica brzmieniowa na płaszczyźnie The Beloved i Depeche Mode w 1993 roku jest ogromna.


Zgadza sie. Ale tez jest taka jak miedzy Dream On i reszta plyty.

Sublime pisze:Ci pierwsi proponują nam dość odtwórczy synthpop przypudrowany klubową estetyką, newage'owym kiczem, a ci drudzy podają nam okołorockową płytę z triphopowym wpływem (mamy tam momenty bardziej rockowe, czy też nawet gospelowe czy symfoniczne).


Absolutnie sie z tym nie zgadzam. Nie widze nic z tego co napisales w takim zakresie, w ktorym mozna by tak obie grupy i plyty zaszufladkowac. To sa jakies wymysly, dzieki ktorym i tak nieswiadomie potwierdziles podobienstwa Dream On do utworow rzeczonej plyty DM.
Let us be thankful we have commerce. Buy more. Buy more now. Buy. And be happy

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Sublime
Stary wyga
Posty: 465
Rejestracja: 16 lis 2013, 19:44
Lokalizacja: Wałbrzych
Jestem muzykiem: Nie wiem
Ulubieni wykonawcy: Depeche Mode, Tangerine Dream, Boards Of Canada, Autechre, Arcane
Płeć: Mężczyzna - Mężczyzna
Status: Offline

Post #115244 autor: Sublime » 15 wrz 2018, 23:42

Belmondo pisze:Zgadza sie. Ale tez jest taka jak miedzy Dream On i reszta plyty.


Czy ja wiem... nie jest to płyta wysokich lotów, chociażby Erasure proponuje podobne różnice brzmieniowe w utworach na danej płycie, tak jak The Beloved tutaj.

Absolutnie sie z tym nie zgadzam. Nie widze nic z tego co napisales w takim zakresie, w ktorym mozna by tak obie grupy i plyty zaszufladkowac. To sa jakies wymysly, dzieki ktorym i tak nieswiadomie potwierdziles podobienstwa Dream On do utworow rzeczonej plyty DM.


No cóż, czy bym się zgodził czy nie, pewnie i tak bym to potwierdził. Nie chcę (w szczególności w stosunku do Conscience) tutaj produkować jakichś elaboratów na ten temat, przedstawiam swój pogląd i tak mniej więcej klasyfikuję gatunkowo muzykę na obydwu płytach.

Choć ja staram się podkreślić, że na SOFAD nie ma tandetnej rytmiki, new age'owych pasaży i partii gitarowych spłyconych do roli jednego z wielu sampli, tak chciałbym wiedzieć, na czym to podobieństwo miałoby polegać. Bo ja dostrzegam wiele różnić w mroku na Dream On i w mroku na In Your Room chociażby. Doklejanie do takiej płyty jak SOFAD takiego numeru jak DO (w takiej estetyce brzmieniowej) świadczyłoby o braku świadomości twórców tego, co tworzą i co chcą poprzez płytę przekazać.
Sublime

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Belmondo
Habitué
Posty: 5733
Rejestracja: 10 maja 2004, 12:59
Lokalizacja: W-wa
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115245 autor: Belmondo » 16 wrz 2018, 0:19

Obie nie sa wysokich lotow, tylko co to ma wspolnego z przedmiotem dyskusji? To co mozna zarzucic The Beloved to predzej tandetna produkcja, a nie rytmika, ktora w DM to niby jest jakas wyszukana? Obie sa tak samo proste, mimo to, ze DM mial lepszego producenta. I byl zwyczajnie produkcyjnie lepszy do czego przyczynila sie m.in. w/w prostota aranzacyjna. Jesli odrzucisz roznice produkcyjne, charakterystyczny wokal DM, nagle okaze sie, ze instrumentacja jak i harmonia byly bardzo podobne i to m.in. zauwazyl DG. Nie bez powodu, to byla przypadlosc wielu tamtych produkcji z UK i to nie ma nic wspolnego ze swiadomoscia tworcow czy jej brakiem, nikt sie tym wtedy nie przejmowal. Natomiast wszyscy siebie sluchali nawzajem i potem robili plyty. A na koniec producenci starali sie wydobyc to, co mialo wyrozniac ta czy tamta grupe, z bardzo roznym skutkiem, bo trudno jest cokolwiek sensownego wymyslic jesli uzywano tych samych akordow na jednakowo prostym schemacie rytmicznym charakterystycznym dla stylu jak i owczesnych automatow perkusyjnych.
Let us be thankful we have commerce. Buy more. Buy more now. Buy. And be happy

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Sublime
Stary wyga
Posty: 465
Rejestracja: 16 lis 2013, 19:44
Lokalizacja: Wałbrzych
Jestem muzykiem: Nie wiem
Ulubieni wykonawcy: Depeche Mode, Tangerine Dream, Boards Of Canada, Autechre, Arcane
Płeć: Mężczyzna - Mężczyzna
Status: Offline

Post #115246 autor: Sublime » 16 wrz 2018, 0:49

No to najwidoczniej nie kupuję takiego sposobu recenzowania muzyki, rozbierającego utwór do samego szkieletu... :D (tzn. oczywiście muzyki takiej, o jakiej teraz obecnie mówimy)

Nie mniej jednak to właśnie te różnice produkcyjne są główną przyczyną dla której to porównanie nie ma większego sensu. Wskazanie na zbieżność harmonii być może jeszcze jest czymś poparte, ale dalej pod względem instrumentacji mamy niby to samo, a jednak The Beloved na Dream On składa całość z "(...)transową sekcją basu, przeciągłymi riffami gitarowymi, odległymi szamańskimi zaśpiewami, szeptanym wokalem(...)", czego na SOFAD nie ma. I akurat biorąc pod uwagę wszystkie poprzednie płyty DM, byłbym w stanie jednak bronić tezy, że jednak taki skok stylistyczny miałby spore znaczenie dla słuchaczy, fanów, czy też ogólnie pojętego środowiska muzycznego.
Sublime

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Belmondo
Habitué
Posty: 5733
Rejestracja: 10 maja 2004, 12:59
Lokalizacja: W-wa
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115249 autor: Belmondo » 16 wrz 2018, 11:09

Posluchaj muzyki, a nie sugeruj sie mocno subiektywnym opisem, ktory tu jest wlasciwie malo szczesliwy, albo w ogole nieszczesliwy w tym przypadku. Po prostu jest spisem odbieranych wrażeń, co do ktorych trzeba miec margines. Sila rzeczy wykonawcow roznia elementy wykonawcze jak i ozdobiniki aranzacyjne wypelniajace scene muzyczna, natomiast fundament jest bardzo podobny.
Przy porownaniu dwoch utworow muzycznych pierwsze co robi nawet zwykly sluchacz w mniej lub bardziej swiadomy sposob to porownanie konstrukcji harmonicznych. To nie jest rozbieranie do szkieletu, do ktorego potwornie daleko, to jest zaledwie lizniecie powierzchni.
Let us be thankful we have commerce. Buy more. Buy more now. Buy. And be happy

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Sublime
Stary wyga
Posty: 465
Rejestracja: 16 lis 2013, 19:44
Lokalizacja: Wałbrzych
Jestem muzykiem: Nie wiem
Ulubieni wykonawcy: Depeche Mode, Tangerine Dream, Boards Of Canada, Autechre, Arcane
Płeć: Mężczyzna - Mężczyzna
Status: Offline

Post #115252 autor: Sublime » 16 wrz 2018, 11:56

Ale słucham muzyki, owszem. IMO do łatwiejszego oddania jej charakteru taki opis jak najbardziej pasuje i jest w moim odczuciu odpowiedni. Po to klasyfikujemy, by łatwiej się odnajdywać w całym zalewie muzyki, który nas otacza. Nie jest to nic takiego strasznego, szczególnie w odniesieniu do muzyki takiej, jaką prezentuję Beloved. Porażonymi poziomem zachwytu i porównań musiałem zareagować.
Sublime

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Belmondo
Habitué
Posty: 5733
Rejestracja: 10 maja 2004, 12:59
Lokalizacja: W-wa
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115255 autor: Belmondo » 16 wrz 2018, 17:09

Zachwyt jest subiektywnym odbiorem przedmiotu tegoz :D
Let us be thankful we have commerce. Buy more. Buy more now. Buy. And be happy

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

jman
Beton
Posty: 991
Rejestracja: 26 wrz 2005, 18:19
Lokalizacja: Wrocław
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115262 autor: jman » 17 wrz 2018, 14:13

Zachwyt jest subiektywnym odbiorem przedmiotu tegoz


Belmondo a Ty czego ostatnio słuchasz?

Pozdrawiam,
Krzysiek

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Belmondo
Habitué
Posty: 5733
Rejestracja: 10 maja 2004, 12:59
Lokalizacja: W-wa
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115265 autor: Belmondo » 17 wrz 2018, 15:21

jman pisze:Belmondo a Ty czego ostatnio słuchasz?


Zlapales mnie. Hopkinsa :o . Serio. Troche mam malo czasu aby przesledzic cala tworczosc, ale to zrobie.
Nastepny jest Moderat. Potem Bjork.
Wczoraj przypomnialem sobie Fragile Midge Ure'a (bylem na koncercie w tym roku i wracam czesto do tego artysty). Orchestrated niemalze rzucil mnie na kolana, ale to z sentymentow.
Zainteresował mnie Kensigton z mainstreamu, swietni artysci.
Zaczynam tez sluchac Korteza :o ma fenomelany glos.
Zlapalem sie tez na, uwaga, islandzkim hip-hopie :mrgreen: jest wyjatkowo hmm... plastyczny jesli to moge tak okreslic.
Ogolnie przestaje mnie interesowac w tej chwili historia, skupiam sie na tym co teraz i niedawno temu aby troche nadrobic.
Klasyke (elektronike) raczej omijam. To co w tej chwili powstaje, to glownie w skrocie chlam, zarowno artystyczny jak i wykonawczy.
Let us be thankful we have commerce. Buy more. Buy more now. Buy. And be happy

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Wróć do „Recenzje”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości

Studio Nagrań : Zastrzeżenia